W ten sposób Theresa May uzyskała zapewnienie, że podstawy solidarności transatlantyckiej zostaną przynajmniej na jakiś czas utrzymane.
Ale Trump nie byłby sobą, gdyby w zamian czegoś nie uzyskał, nie zawarł, jak mówi, "dealu".
Właśnie dlatego May, w imieniu najstarszej demokracji świata, wprowadziła miliardera i politycznego parweniusza na "polityczne salony". Zapowiedziała, że prezydent USA jeszcze w tym roku zostanie zaproszony do odbycia "wizyty państwowej" w Wielkiej Brytanii, co oznacza także nocleg w Pałacu Buckingham i obiad wydany przez królową. To wielki honor, bo takich wizyt nie organizuje się nad Tamizą więcej niż dwie w ciągu roku. May pochwaliła też Trumpa mówiąc, że "oddał znowu władzę w ręce ludu".