To rozstrzygnięcie SN będzie miało doniosłe znaczenie, ponieważ do rozpowszechniania utworów coraz częściej dochodzi w internecie.

Sąd Własności Intelektualnej – SA w Warszawie skierował do SN pytanie prawne, czy na wniosek właściciela (dysponenta) praw autorskich sąd może wezwać dystrybutora usług internetowych do ujawnienia imion i nazwisk osób obracających plikami z naruszeniem praw autorskich.

Seriale na dziko

Berlińska firma Crystalis Entertainment UG, wyłącznie uprawniona do dystrybucji trzech popularnych seriali, wystąpiła do warszawskiego Sądu Okręgowego, by nakazał znanemu w Polsce dostawcy telewizji cyfrowej i internetu ujawnić dane osobiste abonentów tej sieci, którzy wykorzystując dość skomplikowany program, pobierali filmy i dzielili się nimi z użytkownikami w tzw. roju.

Czytaj więcej

Prawa autorskie: różnica między opracowaniem a inspiracją

SO nie miał wątpliwości, że berlińska firma posiada majątkowe prawa autorskie do seriali i niezbędne jest dla niej uzyskanie danych o naruszycielach, aby mogła ich pozwać. Tym bardziej że stopień naruszeń był znaczny, grupa użytkowników liczyła czasem co najmniej kilka tysięcy, a ich IP prowadziły do sieci warszawskiej spółki. Ta odmówiła ujawnienia danych, powołując się przede wszystkim na tajemnicę telekomunikacyjną.

Stara wykładnia, nowe przepisy

SO odmówił jednak nakazania udzielenia informacji o imionach i nazwiskach oraz adresów korespondencyjnych abonentów korzystających z naruszonych praw ze względu na dokonaną zmianę kodeksu postępowania cywilnego, która weszła w życie 1 lipca 2020 r. Zdecydowanie ograniczyła ona dostęp do informacji dla osób, których prawa autorskie zostały naruszone, nie wskazując wprost możliwości uzyskania danych osobowych abonentów. Za tym stanowiskiem przemawia też wyrok TSUE (C-264/19) wyjaśniający, że użyte w art. 8 ust. 2 dyrektywy unijnej w sprawie egzekwowania praw własności intelektualnej (2004/48/WE) pojęcie „adres” należy interpretować tak, że nie obejmuje on adresu poczty elektronicznej, numeru telefonu ani adresu IP użytkownika zamieszczającego plik naruszający prawo własności intelektualnej.

Rozpatrując odwołanie berlińskiej spółki, SA postanowił zwrócić się do SN o rozstrzygnięcie tej kwestii. W uzasadnieniu pytania wskazał, że z orzecznictwa TSUE wynika, iż celem art. 8 dyrektywy jest pogodzenie poszanowania różnych praw, w szczególności prawa do informacji dla właścicieli praw autorskich, a z drugiej strony prawa użytkowników sieci do ochrony ich danych osobowych.

– Owszem, zgodnie z dyrektywą trzeba godzić interesy właścicieli praw autorskich z prawem użytkowników sieci do ochrony ich danych osobowych, ale czy prawo powinno chronić tych, którzy działają bezprawnie? – pyta Jacek Wojtaś, radca prawny, koordynator ds. europejskich w Izbie Wydawców Prasy. – Należałoby też zadać pytanie, czy można w inny sposób ograniczyć piractwo i wyegzekwować poszanowanie praw własności intelektualnej, czy też, jak się wydaje, niezbędne do tego jest ujawnienie danych osobowych.

Sygnatura akt: III CZP 65/21

Opinia dla „Rzeczpospolitej”
Agata Szeliga, radca prawny z Kancelarii Sołtysiński Kawecki & Szlęzak

W przypadku nielegalnego rozpowszechniania utworów elektronicznie bez informacji o adresie poczty elektronicznej i powiązanych adresach IP uprawnieni będą mieli ograniczone możliwości dochodzenia swoich praw. Z drugiej strony mamy wykładnię TSUE dotyczącą „adresu” użytego w dyrektywie 2004/48/WE, że należy go interpretować ściśle jako adres pocztowy. Jednak prace nad dyrektywą były prowadzone ponad 15 lat temu, gdy nie wyobrażano sobie zmian w rozpowszechnianiu utworów. Obecnie, gdy ktoś prosi o adres np. w celu przesłania oferty, wielu nie pomyśli o adresie pocztowym, ale poda adres e-mail. Trudno zatem argumentować, że polski ustawodawca w 2020 r. nie miał wiedzy o szerokiej interpretacji „adresu”. Ale nawet przy takiej interpretacji ujawnianie adresu poczty elektronicznej czy IP nie będzie automatyczne.