Partner rozmowy: ORLEN

Świat dosyć boleśnie przypomniał sobie o rynku ropy. To efekt sytuacji geopolitycznej, konfliktu na Bliskim Wschodzie i zakłóceń w dostawach. Czy ten rynek rzeczywiście odchodził w zapomnienie, czy może tylko nam się tak wydawało?

Do pewnego stopnia tak było. Przy różnych okazjach, zwłaszcza w kontekście agresywniejszej transformacji energetycznej, wydawało się, że gaz i ropa powinny szukać swojego miejsca tam, gdzie spoczęły dinozaury. A na koniec konferencji czy panelu każdy wsiadał albo w samolot, albo do samochodu i wracał do rzeczywistości energetycznej opartej na paliwach kopalnych. Prawdą jest też, że na przestrzeni ostatnich 20 lat ten rynek był przede wszystkim napędzany geopolityką i kolejnymi kryzysami. Najbardziej widoczny dziś konflikt na Bliskim Wschodzie tylko unaocznił, że rynek ropy zawsze był i pozostanie poddany silnej presji geopolitycznej.

Jednocześnie transformacja energetyczna jest faktem. Jak mieści się w niej rynek ropy?

– Żeby się transformować, trzeba mieć w miarę bezpieczny i stabilny system. To bezpieczeństwo gwarantują w dużej mierze rozwiązania, które w danym momencie znamy najlepiej. W przypadku naszej firmy sprowadza się to do tego, że środki wypracowane na działalności podstawowej, czyli przerobie ropy i produkcji paliw, inwestujemy w to, co służy transformacji, czyli w farmy wiatrowe, zaawansowane prace nad wodorem i wiele innych obszarów. Bezpośredniego odejścia od ropy jednak nie ma. Widzimy też w działalności największych koncernów na świecie, że od ostatniego półrocza wraca duży sentyment do inwestowania w nowe złoża i w optymalizację wydobycia. Gaz i ropa nadal mocno nam towarzyszą i nie jest to coś, co da się z dnia na dzień wyłączyć.

Czy te surowce zapewniają bezpieczeństwo energetyczne, zwłaszcza w kontekście niepokojów geopolitycznych?

Na bezpieczeństwo energetyczne składa się kilka warstw. Możemy mówić o bezpieczeństwie fizycznym samych dostaw, o bezpieczeństwie kontraktowym poprzez różnicowanie portfela kierunków i kontrahentów, ale na koniec dnia istotna jest ciągłość i terminowość dostaw. Zwłaszcza w przypadku naszych rafinerii chodzi o to, żeby tankowiec po tankowcu dostawy były realizowane w punkt i na czas, by utrzymać przerób. Robimy to przez rozsądną strategię kontraktową i różnicowanie regionów, w których jesteśmy obecni. Dziś, kiedy najgłośniej jest o cieśninie Ormuz, warto przypominać, że od początku naszej współpracy z Saudi Aramco sprowadzamy ropę z terminala załadunkowego w Egipcie, a nie zza cieśniny. Dlatego w pierwszych dniach konfliktu byliśmy spokojni i mogliśmy te dostawy kontynuować. Kolejnym znaczącym kontraktem są dostawy z Morza Północnego, które przy towarze rosyjskim objętym sankcjami stanowią nasz matecznik. Sprowadzamy też ropę z obu Ameryk, jesteśmy obecni w Afryce Zachodniej i w całym basenie Morza Śródziemnego. To metoda, dzięki której omijamy najbardziej ryzykowne rejony.

Jak długo ropa pozostanie istotnym elementem miksu energetycznego?

Mam jeszcze około 20 lat do emerytury, więc mam nadzieję, że przynajmniej tyle czasu. Mówiąc poważnie, wciąż mówimy o dekadach. Nawet przy wzmożonej elektryfikacji codziennego życia i wzrastającym poziomie mobilności to nie wszystko. Są rynki, które inaczej niż kraje unijne czy Polska realizują dostawy paliw. Jest jeszcze petrochemia. Ropa w wielu aspektach naszego życia pozostanie obecna. To trochę jak z demokracją. Na razie nikt nie wymyślił nic zdecydowanie lepszego.

A czy biznes oparty na ropie jest opłacalny?

– Biznes oparty na jakiejkolwiek jednej gałęzi jest dziś zbyt wyeksponowany na ryzyka zmienności rynkowej. Działalność trzeba różnicować. Koncentrujemy się na misji koncernu multienergetycznego i budujemy obecność w tym, co napędza całą gospodarkę krajową oraz nasze domy. Gniazdko, lodówka, samochód, kuchenka to elementy tego samego sektora energetycznego, które czasem mocno się rozjeżdżają. Wtedy opłacalność biznesu jest lepiej zbalansowana, bo jeżeli jeden segment zaczyna utykać, drugi jest w stanie wynik uratować lub poprawić. To dziś odpowiedź na bolączki całego sektora energetycznego.

Ile jest rynku, a ile regulacji w procesie transformacji energetycznej?

To bardzo dobre pytanie. Trochę jak w paradoksie kury i jajka. Co jest pierwsze, co jest triggerem dalszego rozwoju? Ważne, by zachować odpowiedni balans między rynkiem a regulacjami, żeby regulacje źle dostosowane do realiów rynkowych nie powstrzymywały procesu. U zarania intencje są szczytne i jedno, i drugie powinno posłużyć temu, by transformacja przebiegła możliwie sprawnie i w sposób, który pozwala ją sfinansować. Finansuje ją końcowy klient, bo gdy podjeżdżamy na stację i tankujemy paliwo, bierzemy udział w tej zmianie. Po agresji Rosji na Ukrainę eksplozja cen gazu na rynkach światowych sprawiła, że część projektów offshorowych czekających na finalne decyzje inwestycyjne nagle zyskała wiatr w skrzydła, a rentowność farm wiatrowych wyglądała dużo lepiej. Zadziałała geopolityka i rynek, kraj po kraju, i pojawiły się dodatkowe gigawaty energii. To naturalny, ewolucyjny charakter transformacji. Dlatego wolałbym, żeby rynek miał większy udział w tej transformacji niż sama regulacja, ponieważ ma to wówczas bardziej naturalny charakter niż wprowadzony, czasem bardzo suchy przepis, który nie znajduje odzwierciedlenia w rzeczywistości.

Czyli stawiamy na rynek?

Ja stawiałbym na rynek.

Partner rozmowy: ORLEN