My, dziennikarze, obawiamy się, że sztuczna inteligencja pozbawi nas pracy. A co z zarządzającymi aktywami i doradcami finansowymi? Nie martwicie się?

Nie powiedziałbym, że się martwię, ale oczywiście omawiamy, co się dzieje. Dzielę sztuczną inteligencję na trzy etapy. Pierwszy to to, co robimy teraz, czyli zwiększanie wydajności dzięki generatywnej sztucznej inteligencji. Następnie mamy sztuczną inteligencję agentową, która dopiero się rozkręca. Dzięki temu jesteśmy bardziej wydajni, agenci mogą wykonywać pewne zadania. Trzeci etap, sztuczna inteligencja robotyczna lub ludzka pojawi się później. To są trzy kroki. Teraz przechodzimy do wykorzystania agentów AI. Staramy się wykorzystać pierwszy etap sztucznej inteligencji, aby stać się znacznie bardziej wydajni.

Czytaj więcej

Sztuczna inteligencja rośnie w zawrotnym tempie. Firmy mają z nią jeden problem

Kiedy przyglądam się na przykład mojemu zespołowi, widzimy, że wykorzystanie sztucznej inteligencji znacząco wzrosło w ciągu trzech, sześciu miesięcy. Korzystanie z usług pierwszych agentów jest bardzo korzystne, bo można pracować znacznie wydajniej. Dodam jeszcze jeden przykład: właśnie ktoś rozpoczyna pracę u nas w biurze w Hongkongu. Przy rekrutacji zadałem mnóstwo pytań: co wiesz o AI, czy potrafisz z nią pracować? Współpraca ze sztuczną inteligencją ma kluczowe znaczenie dla zdobycia tej pracy. Dlatego mówię ludziom: upewnijcie się, że nadążacie, bo jeśli nie, to rośnie prawdopodobieństwo zastąpienia ludzi przez sztuczną inteligencję. Nie oznacza to jednak, że AI zabierze mnóstwo miejsc pracy, ale jakiś koszt będzie i być może powstaną nowe. Kiedy wynaleziono linię produkcyjną, wiele miejsc pracy zniknęło, ale potem narodziła się turystyka, bo samochody mocno potaniały i ludzie mogli podróżować o wiele szybciej i dalej. To stworzyło ogromną liczbę miejsc pracy. Tak i teraz powstaną nowe miejsca pracy, ale AI spowoduje pewne zakłócenia w już istniejących.

Czy już widać wzrost produktywności w gospodarce dzięki AI?

To poważne pytanie. Niektórzy są raczej pesymistycznie nastawieni do tego, mówią o 0,1 proc. PKB, inni mówią nawet o 3 proc. PKB rocznie. Wzrost produktywności jest możliwy. My mówimy raczej o 1 proc., a to nadal dużo.

AI wciąż potrzebuje ogromnych inwestycji. Czy inwestorzy są wystarczająco cierpliwi? A może to bańka tuż przed pęknięciem?

Po pierwsze, nie uważamy, że to bańka. Uważamy, że to boom, a inwestycje idą za tym.

Czyli to coś innego niż dotcomy 25 lat temu? Pracowałem dla jednego z nich. Niestety, nie przetrwał. Ale jeden z naszych kolegów stworzył lata później jednorożca.

Największą różnicą są zyski firm. W 2000 r. wskaźniki cena/zysk przebijały sufit w nadziei, że zyski kiedyś tam nadejdą. Teraz jest inaczej, bo zyski rosną, więc wskaźniki C/Z nawet nieznacznie spadają. Ceny akcji wzrosły, ale zyski – jeszcze bardziej. Dlatego nie można tych dwóch okresów porównywać. I dlatego uważamy, że to raczej boom (niż bańka – red.). Oczywiście wydaje się dużo pieniędzy. I to, co widzimy teraz, to prawdopodobnie szczyt wydatków na centra danych. W kolejnych latach wydatki nadal będą rosły, ale tempo wzrostu spada. Rynek musi to zrozumieć Zawsze chce 30, 40, 50, 60-proc. wzrostu. A może będzie +30, 25, 20 proc.

Czyli chodzi tylko o niższy wskaźnik wzrostu?

Ale to może powodować pewną zmienność. Dlatego chcemy, aby portfele (inwestorów – red.) uwzględniały cały łańcuch wartości AI. Jednym z pomysłów jest energia elektryczna. Potrzeba mnóstwo prądu. Dlatego spojrzenie na tzw. utilities ma sens. Chodzi o to, aby patrzeć na cały łańcuch wartości. Na to, co jest potrzebne w dłuższej perspektywie.

Więc to będą zwycięzcy. A przegrani?

Można mówić o zawodach, polegających na udzielaniu porad, które da się zastąpić. O software as a service (oprogramowanie jako usługa). Mieliśmy ogromny spadek w softwarze, teraz branża trochę się odradza. Przegrane z pewnością nie będą zawody związane ze sprzętem. Ale „przegrany” to pewnie złe słowo. Jeśli jesteś elastyczny i wiesz, co się dzieje, możesz nawet być zwycięzcą. Czasami jestem trochę zaskoczony, że niektóre firmy nie robią naprawdę dużych postępów w zrozumieniu sztucznej inteligencji i tego, co może ona zrobić dla ich biznesu.

Czytaj więcej

Sztuczna inteligencja przeorze firmy. Wiemy, kto może się bać

Jak pan mówi, gwałtowny rozwój AI nie będzie zagrożeniem dla rynków. Ale wysokie ceny ropy naftowej – już tak. Wysokie koszty benzyny powinny pobudzić transformację energetyczną?

Słuszna uwaga.

AI zużywa mnóstwo energii, a mamy kryzys energetyczny.

Zwłaszcza Europa znowu cierpi. Mieliśmy COVID-19, wciąż mamy wojnę na Ukrainie. Ludzie naciskają, aby więcej inwestować w nowe i alternatywne źródła energii, bo widzą, że mieliśmy trzy wstrząsy energetyczne z rzędu w ciągu sześciu lat. Nie da się powiedzieć, że to jednorazowe i zignorować. Myślisz więc sobie: co mogę zrobić? I zwracasz uwagę na energię odnawialną. Spójrzmy na Chiny, gdzie to się rozwija na wielką skalę. Widzimy boom na auta elektryczne. Tu, w Warszawie, też widzę dużo elektryków.

Łatwo je dostrzec dzięki zielonym rejestracjom.

Jeśli porównam samochód elektryczny z samochodem z silnikiem spalinowym, to koszt przejazdu elektrycznym z punktu A do punktu B to jedna czwarta kosztu zwykłego paliwa.

Ale trzeba mieć wystarczająco dużo punktów ładowania. W Polsce potrzebujemy ogromnych inwestycji w tę infrastrukturę.

Mogę powiedzieć, że w Niemczech sytuacja się poprawiła. Ładowanie nie stanowi problemu.

Czy w przyszłości znalezienie stacji benzynowej będzie trudniejsze niż punktu ładowania?

Myślę, że będą jakieś samochody na benzynę, więc będą sieci paliw. Dokładnie wiem, gdzie mogę naładować samochód. Na osiem stanowisk wolnych jest dwa albo trzy.

Czytaj więcej

ONZ alarmuje: AI pochłonie ogromne ilości wody i energii elektrycznej

Może to szansa dla sieci fast foodów czy centrów handlowych? Na naładowanie baterii trzeba trochę poczekać.

W USA, ale i w Niemczech, widziałem w obiektach gastronomicznych i centrach handlowych punkty ładowania aut elektrycznych. Czas potrzebny na doładowanie do 80 proc. to 15-20 minut. Powstają więc w pobliżu nowe kawiarnie. Sytuacja trochę się zmienia, ale to rzeczywiście rozbudowana infrastruktura i nadal problem w dużych miastach, jeśli się nie ma garażu. Nie da się tego rozbudować z dnia na dzień.

Na ulicach są latarnie i prowadząca do nich infrastruktura elektryczna. Może energetycy powinni ją dostosować?

W Londynie to widać. To sprytny sposób.

Bardzo droga ropa naftowa napędza transformację energetyczną, ale także inflację. Czy to zagrożenie dla zadłużonych rządów lub firm? Banki centralne podnoszą stopy procentowe.

Ceny ropy Brent wynoszą obecnie około 100 dol. Sądzimy, że utrzymają się na tym poziomie przez dłuższy czas, co najmniej do końca roku. Jeśli pojawi się pozytywne zaskoczenie, to OK. Ale droga ropa rzeczywiście generuje inflację. Natomiast warto zauważyć, że zadłużenie jest zawsze nominalne, więc inflacja de facto je zmniejsza.

Tak było niedawno w Polsce, kiedy mieliśmy ogromną inflację. Nawet jeśli poprzedni rząd miał  ogromne deficyty budżetowe, relacja długu do PKB spadała. Ale ta sztuczka nie działa wiecznie.

Ma pan rację. Ale jeśli spojrzeć na stopy nominalne, to inflacja w USA rośnie, powiedzmy, o 3 proc. Prognoza Fed z Atlanty mówi o wzroście 4-5 proc., co może być trochę zawyżone. Ale w USA wzrost nominalny (PKB – red.) wynosi 6-8 proc. Dlatego uważam, że obecne poziomy rentowności (długu – red.) to normalizacja. Zawsze mówiliśmy, że stopy procentowe pozostaną wyższe przez dłuższy czas, ponieważ nie ma recesji.

Foto: PAP

To, co robi sztuczna inteligencja, jest bardzo pozytywne: tworzy wzrost gospodarczy. A teraz pojawia się inflacja. Powiem dziś naszym klientom, że to normalizacja. Dlatego uważamy, że w pewnym momencie pojawia się okazja inwestycyjna. Rentowności rosną tak szybko. Może trochę wrócą, jeśli zobaczymy jakiś spadek cen ropy. Jeśli jej notowania będą wciąż rosły, to rentowności niewątpliwie pójdą w jej ślady. Istnieje ryzyko, że rynek skupi się na jednym lub dwóch krajach, w których zadłużenie jest poważnym problemem.

Tak jak wtedy, gdy wybuchł kryzys w Grecji.

Rentowności gwałtownie wtedy rosły. Ale rentowności innych obligacji – jak Niemiec – nawet spadały. I wtedy przemówił Mario Draghi (ówczesny szef EBC – red.). Od tamtej pory EBC wypracował odpowiednie mechanizmy, by sobie w takich sytuacjach radzić. I rynek to przetestuje. Nie zdziwiłbym się, gdyby rentowności wzrosły jeszcze choć trochę, dopóki rządy nie znajdą się pod dużą presją.

A co wtedy z krajami spoza strefy euro, takimi jak Polska?

Jeśli spojrzeć np. na rentowność (papierów skarbowych – red.) w Polsce, to ona rośnie. I jest wyższa niż w Grecji. Myślę jednak, że rynki zawsze będą sprawdzać tempo wzrostu gospodarczego, również to realne. Pod względem wzrostu PKB Polska jest teraz lepsza niż USA, a na pewno niż Niemcy. Gospodarka rozwija się dobrze. To obecnie szósta co do wielkości gospodarka w Europie. I 20. na świecie.

…z czego jesteśmy dumni.

Nie mówię tego, bo właśnie jestem w Polsce. To pozytywna wiadomość dla rynków.

W Polsce ekonomiści jednak martwią się stanem finansów publicznych. Zbliżają się wybory, no i są ciągłe starcia rząd–prezydent. Jak pan na to patrzy?

Wielu naszych klientów pyta o wybory: w Niemczech, w Azji, w USA. To ważny temat do dyskusji. Nie jestem wielkim zwolennikiem sondaży, więc zawsze staram się pytać: OK, a jaki jest scenariusz A, B? Jakie są fundamenty gospodarki? Nie wszystkie zmiany na scenie politycznej zmieniają całą gospodarkę. Wiem, że w Polsce istnieją różne poglądy – powiedzmy to tak – na rząd i prezydenta. Ale jest wzrost gospodarczy. Nie jesteśmy więc aż tak zaniepokojeni. Wiem, że wybory są w Polsce pod koniec 2027 r., ale są też we Francji, ludzie będą patrzeć na tzw. midterms w USA.

Bo są ważniejsze?

Nie, nie powiedziałbym, że ważniejsze dla Europy. Dla Europy Francja jest bardzo ważna.

Co pan sądzi o polskim rynku kapitałowym?

W Polsce obserwujemy bardzo, bardzo pozytywny rozwój. Podróżując po Europie widzę, że jest coraz więcej dyskusji o Polsce. A w Azji i USA obserwujemy pewne zainteresowanie Europą jako całością. Jest ona, moim zdaniem, jednym z najbardziej niedoważonych regionów na świecie. Inwestorzy, jeśli chcą dywersyfikować portfele, patrzą na Europę jako całość. Dobrze więc, jeśli jesteście szóstą co do wielkości gospodarką UE, przynajmniej macie w tym swój udział. Rozwój jest postrzegany bardzo pozytywnie. A jeśli chodzi o Niemcy, zawsze istniała wysoka korelacja między wzrostem gospodarczym w Polsce i Niemczech ze względu na ogromne powiązania w gospodarce.

Trafia tam prawie 30 proc. naszego eksportu.

Jeśli przyjrzeć się polskiemu eksportowi i wzrostowi PKB Niemiec, widać, że się one rozdzielają, co jest dla Polski dobrą wiadomością.

Polskie firmy szukają możliwości rozwoju na innych rynkach.

Co jest normalnym i bardzo pozytywnym zjawiskiem. Jeśli chodzi o Europę i polski rynek kapitałowy, inwestorzy zewnętrzni zazwyczaj powiedzieliby: „Stawiam na Niemcy jako największą gospodarkę w Europie”, ale czy teraz możemy dywersyfikować portfele również tutaj? Polska nie jest już małą gospodarką. Myślę, że rynki kapitałowe muszą się poszerzyć. Mamy wielu zainteresowanych Europą Wschodnią. Nie tylko rynkami płynnymi, ale także rynkami prywatnymi Prawdopodobnie nadal jest wiele do zrobienia w Europie. Ale nie mówię tego dlatego, że tu przyjechałem. Jesteśmy tu, ponieważ uważamy, że jest to dla nas bardzo interesujący rynek.

Co pan sądzi o przesunięciu chińskiego eksportu z USA do Europy? Jak mówi prof. Beata Javorcik z EBOR, Chiny w rzeczywistości konkurują z nami, ponieważ produkują podobne produkty.

Myślę, że otwarta gospodarka jest nam potrzebna. Chiny będą więc naciskać na ceny, co zresztą będzie działać deflacyjne.

Dostrzegają to nasi ekonomiści.

Co więc robi UE, aby znów być innowacyjna? I znaleźć konkurencyjność. Jeśli więc Chiny przyjdą z produktami, które, szczerze mówiąc, również zyskały na jakości, to właśnie dlatego, że grając ceną próbują zwiększyć sprzedaż. To jest normalna strategia. Najlepsza reakcja na to innowacyjność. W przeciwnym razie Chiny zdobędą udział w rynku.

Czyli traktuje pan to raczej jako szansę niż zagrożenie?

Jeśli spojrzeć wstecz, to kiedy Europa była pod presją, wprowadzała innowacje. To pozytywne. Czasami żałuję, że nie stało się to wcześniej. Ale pod presją Europa radzi sobie teraz całkiem dobrze. Wracając do rynków kapitałowych, to w Europie mamy teraz odpowiednie zmiany, dzięki którym więcej osób może inwestować na rynkach prywatnych. Ponieważ nie dotyczy to spółek giełdowych, ale takich o krok wcześniej, co ma sens. Jeśli gospodarka ma się dobrze, to i mniejsze firmy radzą sobie bardzo dobrze.

Jaka będzie przyszłość unii rynków kapitałowych i inicjatywy UE Inc.? To niedorzeczne, że Europa eksportuje mnóstwo kapitału do USA, a nasze start-upy i rozwijające się firmy muszą tam go szukać.

To ogromna przewaga USA. To ogromny rynek, który – w pozytywny sposób – konsumuje mnóstwo kapitału z całego świata. Chcemy, aby Europa również mogła powiedzieć: OK, inwestujcie u nas. I dlatego unia rynków kapitałowych jest niezbędna. Oczywiście jej budowa nie jest łatwa Ale dla inwestorów byłoby bardzo atrakcyjne zwiększenie inwestycji w Europie. Dywersyfikacja inwestycji jest niezwykle ważna, zwłaszcza w dzisiejszym świecie. Chcemy więc widzieć coraz więcej możliwości w mniejszych firmach w Europie. I coraz częściej widzimy, że to się dzieje.

Jest wielu mniejszych graczy, którzy nie są entuzjastami unii rynków kapitałowych, bo ona zwiększy konkurencję.

Z mojego punktu widzenia konkurencja nie jest niczym złym. Więc jeśli naprawdę chcesz się rozwijać, jeśli jesteś innowacyjny, nie musisz bać się konkurencji.

Czy uważa pan, że europejscy politycy będą rzeczywiście naciskać na rzecz unii rynków kapitałowych?

Myślę, że tak. W Brukseli toczy się na ten temat wiele dyskusji. To ogromny projekt. Wiem, że jest trochę sceptycyzmu, ale z mojego punktu widzenia zmierza to w dobrym kierunku.

Potrzeba 27 głosów za.

Tak, wiem. Proszę wierzyć lub nie, to moja pierwsza wizyta w Polsce. Ale sam przyjazd tutaj, bez kontroli paszportowej, jest wygodny. Chiny, Stany Zjednoczone są ogromne. A skoro Europa ma tę ogromną szansę w postaci Unii Europejskiej, musi ją wykorzystać. Serio. To ogromna szansa. I myślę, że jeśli będzie większa presja, to politycy będą działać szybciej. Jestem co do tego przekonany.

Ja też, ale nie każdy wyborca w Europie jest za.

Partie rozwijają się, powiedzmy, bardziej na obrzeżach. Wiem o tym. Ale proszę spojrzeć na wielkość rynku. Jest bardzo pozytywna. 

Foto: PAP

Jeśli spojrzeć na świat, to które rynki kapitałowe są najatrakcyjniejsze?

Myślę, że USA nadal są najbardziej atrakcyjne. Są największe nie bez powodu. Jeśli spojrzeć na Azję, Japonia wydaje się o wiele bardziej interesująca niż w przeszłości. Widać tam zmiany. Rentowność rośnie. Inflacja powróciła. I nie sądzimy, żeby miała przebić sufit. Myślę więc, że to znacząca zmiana w gospodarce. I w tym, jak radzą sobie firmy. Jeśli więc spojrzymy na przemysł, na banki, to z naszego punktu widzenia wygląda to bardzo atrakcyjnie. A potem niektóre obszary Chin, które bardzo mi się podobają. Nie nieruchomości, ale technologia w Chinach wygląda bardzo, bardzo interesująco. Konsumpcja jest dość słaba. Powiedziałbym jednak, że Chiny są już dużym rynkiem i można dywersyfikować inwestycje. To prawdopodobnie drugi powód. Powiedziałbym też, że Europa nadal jest interesująca. Nie ma recesji. Odnotowujemy pewien wzrost. Europa Wschodnia nadal dynamicznie się rozwija, nie tylko Polska, ale i inni. A wydatki na obronę, oczywiście, generują wzrost. Taka byłaby kolejność, pomimo wzrostu rentowności. Generalnie zyski wyglądają dobrze.

Jak radzi pan inwestorom, jak nawigować w tak trudnych geopolitycznie czasach? Trwa wojna na Ukrainie i na Bliskim Wschodzie, są napięcia USA–Chiny, Chiny–Tajwan, Chiny–Japonia. Ryzyko jest ogromne.

Zawsze powtarzamy, by zdefiniować swój profil ryzyka. Biorąc pod uwagę wszystkie ryzyka i porządek świata, w który wkraczamy, niewątpliwie będzie zmienność na rynkach, ale patrząc na wszystkie ryzyka, radzą one sobie – z naszego punktu widzenia – bardzo dobrze. Ważne, by inwestując, nie skupiać się na jednej rzeczy, ale na prawdziwej dywersyfikacji. Dlatego omawiamy z klientami, jakie ryzyko mogą ponieść w razie wystąpienia jakiegoś zdarzenia. Mamy pewne konkretne narzędzia, które możemy wykorzystać, ale lepiej jest inwestować w ramach swojego profilu ryzyka. [[Np. bo||Np.,||składnia|interpunkcja||Spójnik „bo” jest w tym miejscu zbędny i tworzy niepoprawną konstrukcję. Po skrócie „Np.” należy postawić przecinek.]] jeśli przegapisz np. 10 najlepszych dni dla S&P500, twoje wyniki będą znacznie gorsze.

Jakie kategorie aktywów są obecnie najbardziej, a które najmniej obiecujące?

Nadal lubimy akcje (o ile pasują do profilu ryzyka), ponieważ przynoszą zyski. Nie każdy chce mieć akcje, ale jeśli tak, to wciąż bardzo interesująca klasa aktywów, a akcje są dodatnio skorelowane z inflacją. Ale jeśli ktoś jest gotów na większe ryzyko, to również rynki prywatne, ponieważ pojawiają się tam startupy. To bardzo interesujące, skoro nie idziemy w kierunku recesji, która nie jest naszym scenariuszem bazowym.

Kryptowaluty to inwestycja, bańka spekulacyjna czy pranie pieniędzy?

Kryptowaluty można zdefiniować jako odrębną klasę aktywów, ponieważ nie mają pozytywnej korelacji z innymi, co w pewnym sensie jest dobrą wiadomością. Patrząc z perspektywy portfela, klienci powinni tak właśnie myśleć, ale z drugiej strony, czasami przy spadkach są one bardziej agresywne niż rynki. Trzeba więc, jak już wcześniej wspomniałem, być bardzo świadomym swojego profilu ryzyka.