Tam niewiele się zmieniło do dziś „Synteza intuicji, widzenia i światła” – pod takim enigmatycznym tytułem Andrzej Florkowski pokazuje w stołecznej Starej Galerii ZPAF czarno-białe dokumenty z lat 1969 – 2000.
Prace miały premierę niecałe dwa lata temu, podczas V. Biennale Fotografii w Poznaniu. Widziałam je wtedy po raz pierwszy: zaskakujące. Zdumiały nie tylko mnie, także tych, którzy znają artystę i pedagoga poznańskiej ASP o wiele bliżej, lepiej.
Przedtem dokonania fotografa nie interesowały mnie zbytnio. Florkowskiego inspirowała reklama, dążył do niezwykłych efektów kolorystycznych. Ładnych, ale pustych.
Tymczasem to, co zebrał pod nazwą „Synteza intuicji… ” nie ma nic wspólnego z malarskimi eksperymentami. Czarno-białe kadry, surowe wyważone, ciche. Jednocześnie wiele mówiące o mieszkańcach Polski B.
Prezentacja obejmuje 30-letni okres pracy Florkowskiego, jest więc swego rodzaju retrospektywą. Ale to poszukiwania uboczne, niejako pod prąd nurtu głównego, o którym wspomniałam powyżej. Nie została zaaranżowana chronologicznie, lecz tematycznie.
Najpierw cofamy się do roku 1979. Motyw: cyrk, ale nie ten umowny, w budowie. Prawdziwy. Powie ktoś – temat-samograj. Największych artystów XX wieku, z Picassem i Chagallem na czele, inspirowały sceny z życia cyrkowców. Jednak Florkowski nie widzi clownów, akrobatów czy treserów dzikich zwierząt. Wpatruje się w ich otoczenie, wyłapuje najbardziej typowe elementy.
Majestatyczne formy namiotów; tandetne, zarazem rozczulająco naiwne dekoracje (najśmieszniejsze – krokodyle na tylnych łapach, żonglujące piłkami). Wymowne też jest „zaplecze socjalne” cyrku – wozy mieszkalne z koronkowymi firankami w oknach, kostiumy w odlotowe wzory, suszące się na sznurkach ze zwykła bielizną.
Widać, że cyrkowcy mają własny, odrębny świat. I strzegą go pilnie. Jedyny człowiek, pojawiający się w kadrze, zamyka bramę przed intruzami. Na pozór przeciętny facet. Zwykle ciuchy, żadnej charakteryzacji. Jedynie oczy zwracają uwagę – niesamowicie przejrzyste, przewiercające na wylot. W nich odzwierciedla się wewnętrzna siła mężczyzny.
W sąsiedniej sali – odmienne klimaty, inni bohaterowie. Czasy dekadę wcześniejsze: odpusty w Górce Duchowej. Tłumy ciągną z okolic, pieszo i na wozach. Okazja do towarzyskich spotkań, zalotów, zabawy. W zacienionym miejscu gromadzą się zgarbieni dziadkowie w nieproporcjonalnie wielkich kapeluszach. Kobiety odświętnie wyfiokowane zasiadają w kościelnych ławkach, wyniesionych w plener. Pomiędzy dorosłymi plączą się kilkuletnie dziewczynki. Podświadomie naśladują matki. Stają z poważnymi minami, w zaaferowaniu zasłaniając dłońmi policzki. Olaboga, ile ludzisków się zeszło…
Odpust, to forum towarzyskie małolatów. Końcówka lat 60., a wiec jeszcze czasy gomułkowskiej zgrzebności, a oni wcale nie wyglądają na młodzież z zabitej dechami prowincji. Odstawieni „po miastowemu”, garnitury, porządne koszule, czasem golfy. Do tego łańcuszki z krzyżykami na szyjach. I obowiązkowo „beatlesowskie” fryzury. Grzywy opadające na oczy, plerezy, baki. Moda lansowana przez czwórkę z Liverpoolu dotarła do każdej dziury, lecz u nas nie stanowiła konkurencji dla Jezusa… (kto nie pamięta: Lennon porównał popularność Chrystusa i zespołu, na korzyść zespołu). Po prostu, Panu Bogu świeczkę, Beatlesom – grzywka.
Nie mogło zabraknąć odpustowej „małej gastronomii”. GS spożywczo-przemysłowy mieścił się w barakowozie; oranżadę i piwo sprzedawano wprost z ciężarówki; prywatna inicjatywa zaopatrywała imprezę w „pańską skórkę”. Napije gazowane pito z gwinta, z butelek z kapslami. Zakąszano „mordoklejkami” w intensywnie różowej barwie.
Na koniec wydarzenia – obowiązkowe zdjęcie u pani fotograf, prowadzącej działalność usługową pod gołym niebem. Przenośna „pracownia fotograficzna” wyposażona w planszę z wycięciem w kształcie serca, oblamowanym wianuszkiem róż, z napisem „Nie zapomnij o mnie”. Kto by nie skusił się na taką pamiątkę? Po serii z Górki Duchowej – cykl niemal współczesny. Zmiana czasu i dekoracji.
Rok 2000, Kościan. Trzy pracownice baru siedzą, nudzą się, kurzą pety. Nad nimi, gigantyczna reklama papierosów, na niej – modelka w stroju pływaczki zaciąga się nikotynowym dymem. Ten sam gest celebrowany „na żywo” i na billboardzie. Tylko że nasze palaczki ignorują reklamową piękność i polecane przez nią papierosy. Delektują się fajkami po swojemu. Może mniej elegancko, za to szczerze.
[i]Wystawa czynna do 27 lutego[/i]