Film Jona Favreau przypomina kulturowy mash-up, czyli wymieszanie dwóch znanych utworów tak, by razem dały nową jakość. Z tym że w tym przypadku postanowiono połączyć w jedno na pozór nieprzystające do siebie gatunki kina.
Wszystko zaczyna się jak w klasycznej opowieści o Dzikim Zachodzie. Gdzieś na pustyni przytomność odzyskuje kowboj (Daniel Craig). Nie pamięta, kim jest ani jak tam się znalazł. Słowem, to człowiek bez imienia i bez przeszłości, jakby żywcem wyjęty ze spaghetti westernów, które w latach 60. uczyniły gwiazdą Clinta Eastwooda.
Bezimienny – podobnie jak bohater tamtych filmów – jest szorstki i brutalny. Różni go jednak od poprzednika drobny szczegół – niewiadomego pochodzenia metalowa bransoleta na nadgarstku.
Samotny kowboj trafia do zapyziałego miasteczka, gdzie panem i władcą jest były uczestnik wojny secesyjnej, a obecnie właściciel hodowli bydła, pułkownik Dolarhyde (Harrison Ford). Wkrótce okazuje się, że przybysz to poszukiwany listem gończym rabuś i morderca Jake Lonergan. Pułkownik ma z nim osobiste porachunki.
Kiedy się wydaje, że akcja będzie skoncentrowana wokół ich starcia, nadlatują statki kosmiczne, a kierujący nimi obcy urządzają sobie krwawe polowania na ludzi. Lonergan i Dolarhyde muszą zjednoczyć siły przeciw najeźdźcom. Pomocna w wojnie z kosmitami okaże się tajemnicza bransoleta.
Choć oglądamy gatunkową hybrydę – konwencje westernu i filmu o inwazji z kosmosu zaskakująco dobrze do siebie pasują. Tyle że o świeżości i zaskoczeniu nie ma mowy. Sklejenie dwóch schematów podkreśla jedynie, jak bardzo oba są wyświechtane.
Najbardziej jednak rozczarowuje co innego – brak poczucia humoru. Reżyser Jon Favreau udowodnił wcześniej w dwóch częściach przygód Iron Mana, że czuje nastrój komediowej zabawy. Tymczasem kowboje i obcy są śmiertelnie poważni, jakby grali w sequelu „Bez przebaczenia", a nie popkulturowym miszmaszu. Odrobina ironicznego dystansu mogłaby uśmierzyć przykre wrażenie wtórności.
Oczywiście, „Kowboje i obcy" to mimo wszystko solidna rozrywka. Małomówny Daniel Craig ze swoim zimnym spojrzeniem jest godnym następcą Clinta Eastwooda. Mam natomiast wątpliwości, czy rolę Dolarhyde'a powinien zagrać Harrison Ford. Jego szelmowski uśmiech z czasów „Gwiezdnych wojen" przerodził się obecnie w grymas zgorzkniałego emeryta. Czy to tylko maniera, czy też objaw cierpienia gwiazdora z powodu filmów, w których ostatnio występuje?