* * * *

Żniwa,


reż. Benjamin Cantu,


Niemcy 2011,


premiera 24 sierpnia,


dystrybucja Tongariro

Na przekór temu stereotypowi debiutant Benjamin Cantu nakręcił miłosną historię dwóch chłopaków, praktykantów w gospodarstwie rolnym na południu od Berlina. Wbrew pozorom nie jest to jednak film o dyskryminacji i nietolerancji, lecz o dojrzewaniu emocjonalnym młodych ludzi.

Marko (Lukas Steltner) to małomówny odludek, introwertyk naznaczony ciężkim dzieciństwem. Dobrze pracuje, ale słabo się uczy, ma więc z tego powodu kompleksy. Młodszy od niego Jacob (Kai Michael Muller), z fantazyjną fryzurą na głowie, rzucił robotę w banku, by przerzucać gnój i doglądać krów. Ich wzajemne relacje są początkowo napięte i niezręczne, z czasem jednak chłopcy zaczynają spędzać ze sobą coraz więcej czasu. Szkopuł w tym, że Marko – chociaż chowany na łonie przyrody – wstydzi się własnej natury.

Ta „love story" rozwija się w trakcie pokazanych z reporterską skrupulatnością zajęć gospodarczych (w filmie wystąpili autentyczni pracownicy i praktykanci jednej z niemieckich farm). I właśnie kontrast między dosłownością opisu a subtelnością uczuć stanowi główny atut debiutu Cantu.

Żniwo swojej miłości „wieśniacy" zbiorą jednak w dużym mieście, podczas spontanicznego wypadu do stolicy. Swobodny, tętniący życiem Berlin pomoże im otworzyć siebie i otworzyć się na siebie. Zakończenie nie przesądza sprawy, jak kochankowie zostaną przyjęci przez lokalną społeczność. Jakby nie patrzeć, są to laickie, cywilizowane Niemcy, więc nie widzę powodu do wielkiego niepokoju. W Polsce taka historia miałaby zapewne bardziej dramatyczny przebieg.