Już podczas ostatniego festiwalu w Berlinie projekcji „Historii równoległych” Asghara Farhadiego promowanej jako uwspółcześniona wersja „Dekalogu” Krzysztofa Kieślowskiego, towarzyszyła informacja, że wkrótce ukończony zostanie kolejny film inspirowany dziełem polskiego mistrza, a jego reżyserem jest Lee Chang-dong z Korei Południowej. Teraz obraz „Possible Love” („Możliwa miłość”) w głównym konkursie w Wenecji walczy o Złotego Lwa, a niedawno jako kandydat południowokoreański został zgłoszony do Oscara w kategorii filmu zagranicznego.

Reklama
Reklama

Co „Możliwa miłość” ma wspólnego z Kieślowskim?

Jednak na Lido nie mówi się o związkach „Możliwej miłości” z polskim kinem.

W napisach, wśród producentów wykonawczych rzeczywiście wymienieni są Krzysztof Piesiewicz oraz Maciej Musiał, który – jak donosiła polska prasa – od scenarzysty „kupił prawa” do „Dekalogu”. Niektórzy krytycy z Polski szukają więc w filmie Koreńczyka, nieco na siłę, zapożyczeń z kina Kieślowskiego, a na końcu filmu rzeczywiście można znaleźć dedykację dla polskiego twórcy. Tyle że tak naprawdę „Możliwa miłość” nie ma z dziełem Kieślowskiego dużo wspólnego. Co więcej, otwarcie zaprzecza temu sam reżyser. Przyznaje on, że zaczął o tym temacie myśleć ponad dekadę temu, gdy w jednej z największych koreańskich firm nastąpiły masowe zwolnienia, a manifestacje, które potem wybuchły, zostały brutalnie stłumione przez policję. 

— Chciałem nakręcić o tym film, poświęciłem sporo czasu na rozwijanie projektu — mówi reżyser. — W końcu jednak zdałem sobie sprawę, że nie jestem jeszcze gotowy, by zebrany materiał przekształcić w dzieło fikcyjne. Obiecałem sobie, że kiedyś do tego tematu powrócę, choć szczerze mówiąc, nie byłem pewien, czy rzeczywiście tak się stanie. 

A jednak po latach Lee Chang-dong do swojego pomysłu wrócił. 

— Kiedy prace nad „Możliwą miłością” były już w toku, za granicą rozpoczęła się nowa seria inspirowana „Dekalogiem” Krzysztofa Kieślowskiego, a polscy twórcy skontaktowali się ze mną z propozycją udziału w realizacji filmu. Pomysł mnie zainteresował, bo jestem wielbicielem kina Krzysztofa Kieślowskiego. Spośród dziesięciu przykazań najbardziej przyciągnęły mnie te mówiące: „Nie pożądaj żony bliźniego” i „Ani żadnej rzeczy, która jego jest”. Temat przeplatał się filmowo z historią zwolnionych pracowników, którą przecież od dawna chciałem poruszyć. Jednak w „Możliwej miłości” opowiadam zupełnie inną historię Kieślowskiego, a mój film nie jest remakiem ani nawet nie został zainspirowany „Dekalogiem”. Stanowi niezależny film fabularny.

 

Kiedy prace nad „Możliwą miłością” były już w toku, za granicą rozpoczęła się nowa seria inspirowana „Dekalogiem” Krzysztofa Kieślowskiego, a polscy twórcy skontaktowali się ze mną z propozycją udziału w realizacji filmu

Lee Chang-dong, reżyser

I tak Lee Chang-dong opowiada historię dwóch małżeństw. Żona majętnego przedsiębiorcy pochodzącego z ogromnie zamożnej rodziny chce zrobić film dokumentalny o losach ludzi zwolnionych z pracy w wielkiej firmie. Zaczyna nagrywać przypadkiem spotkaną, skromną robotnicę, której mąż kiedyś był ofiarą tych zwolnień, a po straszliwym pobiciu przez policję podczas manifestacji nigdy nie odzyskał równowagi psychicznej. Jego depresja odbija się na życiu żony i ich dziewięcioletniego syna. Dokumentalistka chce nagrać także jego, a on – choć początkowo odmawia rozmowy – w końcu zgadza się wrócić przed kamerą do swoich tragicznych wspomnień. Dwa małżeństwa wyjeżdżają razem do pełnego służby, luksusowego domu nad morzem, należącego do rodziny męża reżyserki. I tu zaczyna się dramat. 

„Możliwa miłość” – każdy znajdzie tu coś innego

Jedni widzowie zobaczą w filmie Lee Chang-donga niemożność znalezienia prawdziwego porozumienia między ludźmi z różnych klas społecznych. Inni dostrzegą wzajemne przyciąganie skromnej kobiety i zamożnego mężczyzny. Przyciąganie, gdzie magnesem nie jest erotyczne pożądanie, lecz raczej to wszystko, czego im we własnym życiu brakuje. Jeszcze inni skoncentrują uwagę na traumie, która odbiła się na życiu zwolnionego z pracy i zmasakrowanego przez policję robotnika i jego rodziny. Mężczyzna zdecyduje się opowiedzieć o koszmarze, przez który przeszedł, ale czy to mu przyniesie ulgę? Wyzwolenie? A jest jeszcze wiele innych pytań. Jaka relacja łączy dwie kobiety? Czy to przyjaźń czy przede wszystkim chęć wykorzystania historii walczącej z życiem robotnicy przez reżyserkę? I jak w tym wszystkim odnajduje się dziewięcioletnie dziecko?

Czytaj więcej

Festiwal w Wenecji, czyli po co umierać na krańcu świata

Nie „Miłość”, lecz „Możliwa miłość”. Lee Chang-dong nie proponuje bajki o zwycięstwie prawdziwego uczucia ani horroru o wykorzystywaniu swojej pozycji do manipulowania innymi. Miłość zdarza się albo nie, wybucha albo umiera. Przyciąga i odpycha. Zależy od wielu okoliczności. Dlatego nie ma co liczyć na happy end, a nawet na oczyszczenie. Coś nie wyszło? Coś się nie sprawdziło? A może cała ta historia okaże się najważniejsza dla dziewięciolatka, który przez chwilę zakosztował nadmorskiego luksusu i wrócił do swojego niełatwego życia…

Czy ten film podobałby się Krzysztofowi Kieślowskiemu? Myślę, że tak. Bo jest niejednoznaczny i nieoczywisty. Zmusza do myślenia. I odczuwania.

Na razie „Możliwa miłość”, której producentem jest Netflix, wyrasta na jednego z głównych faworytów w wyścigu do weneckiego Złotego Lwa. I pewnie będzie ważnym kandydatem do oscarowej nominacji.