Pięć lat po znakomitych „Trzech billboardach za Ebbing, Missouri” Martin McDonagh wrócił do Wenecji z „Duchami Inisherin”. Dramaturg, scenarzysta i reżyser tym razem przywiózł na Lido film dla niego szczególnie ważny. Martin McDonagh urodził się i wychował w Londynie, ale jego rodzice byli Irlandczykami. „Duchy Inisherin” nakręcił w ich ojczyźnie.

– Powrót do Irlandii, zwłaszcza zachodniej, był dla mnie ważnym przeżyciem – przyznał reżyser podczas konferencji prasowej w Wenecji. – Robiliśmy zdjęcia w miejscach, które odwiedzałem jako dziecko. Stamtąd pochodził mój ojciec.

Najprostsze uczucia

Jest rok 1923. Fikcyjna surowa wyspa Inisherin. Wszyscy się tu znają, w niedzielę spotykają na mszy. Padraic i Colm przyjaźnią się „od zawsze”. Superprzystojny Padraic mieszka z siostrą, Colm jest samotny. Do ich męskiego rytuału należy codzienny kufel piwa w jedynej na wyspie knajpie.

Czytaj więcej

Wenecja 2022. Mocny film Floriana Zellera

Tak jest do dnia, gdy Colm zrywa przyjaźń, a nawet jakiekolwiek relacje. Tak naprawdę bez powodu. „Po prostu już cię nie lubię” – mówi. Ma dość bezproduktywnego gadania. Chce być sam, oddać się grze na skrzypcach i pisaniu muzyki, bo tylko ona może przetrwać.

Dla Padraica to niemal koniec świata. Ale na jego próby nawiązania kontaktu zniecierpliwiony Colm odpowiada: „Za każdym razem, gdy się do mnie odezwiesz, przyślę ci mój odcięty palec. I nie są to słowa rzucane na wiatr”.

Jest też w tym filmie ważna postać siostry Padraica – pięknej, mądrej, wszystko rozumiejącej. Dość silnej, by stać się podporą dla brata, ale również by zadbać o siebie samą, o życie, które ma przecież tylko jedno. A w tle zza wody słychać odgłosy wystrzałów kończącej się w Irlandii wojny domowej. Ona też wnosi na wyspę niepokój.

– Cieszę się, że mówimy o męskiej przyjaźni właśnie teraz, gdy nasze relacje tak bardzo się zmieniły – mówił w Wenecji charyzmatyczny Brendan Gleeson, odtwórca roli Colma. A wtórował mu filmowy Padraic – Colin Farell, który dzisiejszy świat określił jako „epokę informacyjną” i stwierdził, że głęboko wierzy, iż właśnie kino może przypominać o najprostszych uczuciach.

W „Duchach Inisherin” dzieje się niewiele. Tu ważne są ludzkie relacje. I nastrój surowej wyspy, która obnaża wszystkie słabości, a uczucia podnosi do potęgi. Ważna jest opowieść o odrzuceniu, o potrzebie bliskości, ale i o tym, jak niesprawiedliwość, której doświadczamy, zmienia nas, jak twardniejemy i zacinamy się w sobie.

To niebywałe, jak Martin McDonagh – bez wartkiej akcji – potrafi utrzymać napięcie. „Duchy Inisherin” ani przez chwilę nie nużą. Irlandzki reżyser pokazał film bardzo inny od gniewnych „Trzech billboardów za Ebbing, Missouri”, udowadniając, że potrafi również opowiadać o tym, co w człowieku tkwi głęboko, co go tworzy. „Duchy Inisherin” zebrały znakomite recenzje i stały się jednym z najpoważniejszych kandydatów do Złotych Lwów.

Czas akcji tego filmu – rok 1923 – nie miał tu wielkiego znaczenia, może tylko wnosił trochę niepokoju, gdy mieszkańcy filmowej wyspy słyszeli odgłosy irlandziej wojny o niepodległość. Ale reżyserzy kilku znaczących filmów festiwalowych szukali mechanizmów społecznych i politycznych, które rezonują w dzisiejszym czasie, właśnie w przeszłości.

Mroczna historia

Santiago Mitre zaprezentował „Argentynę 1985”. To historia dwóch prokuratorów, którzy oskarżali przedstawicieli argentyńskiej junty o zbrodnie popełniane w latach dyktatury – od roku 1976 do roku 1983. Proces trwał pięć miesięcy, przesłuchano ponad 800 świadków. Przez cały czas prawnicy i ich rodziny dostawali groźby.

– Kiedy trwał proces, miałem pięć lat, ale moja matka była prawnikiem i w domu wciąż ten temat powracał. Bardzo mocno wpłynął na to, w jaki sposób patrzę na swój kraj – mówi reżyser. – Od dawna chciałem więc zrobić film o ludziach, którzy sumiennie i bez strachu wykonując swoją pracę, zmienili argentyńskie społeczeństwo.

„Argentyna 1985” szokuje. Wiemy o torturach, o ludziach zaginionych w czasie dyktatury wojskowej, którzy nie odnaleźli się nigdy. A jednak historie świadków zeznających przed sądem robią ogromne wrażenie. Santiago Mitre zrobił film pasjonujący i ważny. Pokazał prawników, którzy nie boją się i wykonują swoją pracę: oskarżają winnych zbrodni przeciwko mieszkańcom Argentyny. Pokazał też, jak narasta wokół nich zespół ludzi, którzy też gotowi są wykrzyczeć swój protest. W biurze prokuratorów i na ulicy z transparentami w rękach. A wreszcie przypomniał, że demokracja może zwyciężyć, a system sprawiedliwości w rękach uczciwych ludzi jest w stanie rozliczyć winnych.

Proces filmuje też Gianni Amelio we „Władcy mrówek”. To znów film oparty na prawdziwej historii. W 1968 roku włoski poeta, pisarz i dramaturg Aldo Braibanti został skazany na siedem lat więzienia za związek z młodym studentem.

Gianni Amelio opowiada o miłości – o spotkaniu dwóch ludzi, którzy bardzo dużo sobie nawzajem dają. Ale też o nietolerancji. O matce, która umieszcza „zdeprawowanego”, „nienormalnego” syna w zakładzie psychiatrycznym, gdzie jest on leczony. O systemie, który nie szanuje innego człowieka. Niszczy tych, którzy wydają się „inni”.

Czy ten film nie brzmi jak ostrzeżenie w dzisiejszych, wbrew pozorom coraz mniej tolerancyjnych czasach, w których minister edukacji i nauki może powiedzieć, że geje „nie są równi normalnym ludziom”?

O społecznych nierównościach i rozruchach w zamieszkałych przez imigrantów ubogich dzielnicach miast opowiada z kolei Romain Gavras. Scenariusz „Atheny” syn Costy Gavrasa napisał razem z Ladjem Li, twórcą świetnych „Nędzników”.

W podmiejskim osiedlu ginie młody chłopiec zabity przez policjanta. Jego trzej bracia przeżywają osobistą tragedię, każdy na swój sposób. Żądanie ujawnienia nazwisk sprawców mordu wywołuje otwarte walki. Zaczyna się regularna wojna między imigrantami a policją.

W „Nędznikach” Ladj Li pokazywał, jak przemoc i brutalność przenikają do świata dzieci. Gavras śledzi, jak rodzi się chaos. Zarówno policji, jak i protestującym wszystko wymyka się tu spod kontroli. Trwa regularna wojna, płoną samochody i mieszkania, giną ludzie, ale nikt nie jest w stanie tego dramatu zatrzymać. Kiedyś podobne mechanizmy narastania przemocy pokazał Paul Greengrass w irlandzkiej „Krwawej niedzieli”.