„Gołąb przysiadł na gałęzi i rozmyśla o istnieniu”, reż. Roya Anderssona
Wyd. Aurora
To trzecia, po „Pieśniach z drugiego piętra” i „Do ciebie, człowieku” część trylogii o kondycji człowieka. Anderssona zainspirował podobno obraz Breugla „Myśliwi na śniegu”, na którym ptaki z góry obserwują świat, jakby zastanawiały się kim są ludzie, uwijający się poniżej. W „Gołębiu...” odbija się wszystko, co najważniejsze: człowiek, społeczeństwo, współczesny zachodni świat z jego kompleksami, obsesjami i historią. Przez ekran przewijają się zwykłe, a jednocześnie niezwykłe typy. Spajają kolejne sceny filmu dwaj smutni obwoźni sprzedawcy handlujący gadżetami „mogącymi każdego rozbawić” A na ekranie trwa parada zwykłych-niezwykłych bohaterów. Właścicielka pubu śpiewająca piosenkę na melodię „Glory, Glory Alleluja” i rozdająca piwo za pocałunek. Gruba trenerka flamenco nieszczęśliwie zakochana w uczniu. Fryzjer tracący jedynego klienta po wyznaniu, że przedtem golił włosy żołnierzom. Oficer, któremu nic w życiu nie wychodzi. To tylko niektórzy z nich. Za oknem baru XVII-wieczna armia Karola XII idzie na Moskwę i wraca kompletnie zdziesiątkowana i rozbita. Brytyjscy żołnierze pastwią się w koloniach nad czarnoskórymi tubylcami.
I wszyscy odbierają telefony, rzucając w słuchawkę: „Cieszę się, że ci dobrze idzie”. Sarkastyczny, pełen autoironii skandynawski humor miesza się tu z przenikliwym spojrzeniem na kondycję szwedzkiego społeczeństwa. Ten surrealistyczny film zmusza do refleksji, nie pozostawia obojętnym. Drażni i przeraża. A jednocześnie nie odpycha. Bo przecież ów tytułowy gołąb obserwuje ze swojej gałęzi dziwny, ludzki gatunek ze smutną empatią i wyrozumiałością.
Zjednoczone Stany Miłości, reż. Tomasz Wasilewski
Wyd. AP Manana
Tomasz Wasilewski mawia, że chce, by widz usłyszał szelest skóry bohaterów. Oglądając jego ostatni film słyszy się nie tylko szelest skóry. Także krzyk duszy. Wasilewski portretuje cztery kobiety w różnym wieku. Niespełnione, zagubione, rozpaczliwie walczące o siebie. W tle tej opowieści jest prowincjonalna Polska czasu transformacji.
Początek lat 90. Z murów poznikały już wyborcze plakaty z Gary’m Cooperem. Jest nowy rząd, rodzi się poczucie wolności, wybucha kreatywność ludzi. Ale tak jest w Warszawie, w dużych centrach. W małym miasteczku transformacji niemal się nie czuje. Tu zmiany następują wolno. Wciąż te same układy, te same problemy.
Jedna z bohaterek filmu, Agata, ma męża, córkę, ustabilizowane życie. Ale przy stole czuje się jej gorycz, jego agresję. Jest w ich codziennej siermiężności, w rozmowie o podwyżce, o wyjeździe na wakacje jakaś inna miłość Agaty, a raczej tęsknota za czymś, co mogłoby być ważniejsze, piękniejsze. Ale jest zakazane, nie do zdobycia.
Iza jest dyrektorką szkoły. Prowincjonalna figura, elegancko ubrana, zadbana. A przecież samotna i nieszczęśliwa. Przez lata miała romans z żonatym mężczyzną. Jednak gdy jego żona umarła, nic nie ułożyło się tak, jak miało się ułożyć.
Najstarsza, Renata, to nauczycielka. Nosi w sobie inność. W małym miasteczku, gdzie wszyscy się znają musi ją ukrywać. Ale jest urzeczona młodą sąsiadką, mijaną na korytarzu swojego bloku. Marzena, której mąż wyjechał na saksy do Niemiec, jest instruktorką tańca i aerobiku. Śliczną, zgrabną dziewczyną, mającą przed sobą życie, pełną energii i nadziei, marzącą o karierze modelki.
A w gruncie rzeczy też miotającą się wśród codziennych rozczarowań.
Bardzo to smutny film. Pokazujący stagnację, niemożność wyrwania się z kręgu marazmu i braku perspektyw. Stłamszenie i uczuciową szamotaninę.
Za scenariusz „Zjednoczonych Stanów Miłości” Tomasz Wasilewski dostał nagrodę na festiwalu w Berlinie, znakomite kreacje tworzą w filmie: Dorota Kolak, Magdalena Cielecka, Julia Kijowska i Marta Nieradkiewicz, którym sekundują Andrzej Chyra i Łukasz Simlat. Interesujące zdjęcia, podkreślające szraość tamtego czasu, zrobił Oleg Mutu. Artstyczne, przejmujące kino z najwyższej półki.