Obejrzałam "Melancholię" podczas ostatniego festiwalu canneńskiego. I stale o niej myślę. Zachowałam w pamięci smutek kryjący się na dnie oczu Kirsten Dunst i białą, jaskrawą falę, która rozlewa się po ekranie, gdy następuje koniec świata.

Czytaj recenzje filmowe

"Melancholia" jest poruszającą spowiedzią Larsa von Triera. To film o depresji. Wstrząsający. Bolesny.

Główna bohaterka Justine wychodzi za mąż. Ślub ma być jej przepustką do normalnego życia. Ale ona nie potrafi się cieszyć, przeszywa ją cierpienie. Jej małżeństwo jest skazane na niepowodzenie. Justine jest owładnięta niemocą, a w trudnych chwilach trwa przy niej tylko starsza siostra Claire, też nie zawsze umiejąca znosić jej humory.

W nakręconym dwa lata temu "Antychryście" depresja bohaterki przybierała formę wyjątkowo agresywną. W "Melancholii" nie ma gwałtu. Jest tylko bezbronny człowiek, który nie może dać sobie rady z życiem.

Jednak Trier, który sam doświadcza depresji, próbuje znaleźć jakąkolwiek dobrą stronę swojej choroby. Już we wstępie uprzedza widzów, że nastąpi koniec świata. Z Ziemią ma zderzyć się obca planeta Melancholia. Czekając na nieuchronną katastrofę, bohaterowie filmu po raz pierwszy przestaną być samotni. Dwie siostry wezmą się za ręce. Ale gdy Claire, matka małego chłopczyka, płacze w bezsilnej rozpaczy, Justine robi się coraz spokojniejsza. Ona jedna się nie boi, bowiem śmierć niesie jej ukojenie. Choć przecież naprawdę ten spokój jest jej przegraną.

Nastrój filmu, pełen rozpaczy i tęsknoty, podkreślają świet- ne zdjęcia Emmanuela Lubezkiego oraz doskonałe kreacje Kirsten Dunst (Justine) i Charlotte Gainsbourg (Claire). "Melancholia" wraca do widza jak zadra. Jakby Trier pytał: Jak ty rozliczyłbyś się z własnym życiem, gdyby jutro przyszedł koniec świata? Miałbyś czego żałować? Czy czekałbyś spokojnie jak Justine?

Rozmowa z Kirsten Dunst  dziś w "TV Magazynie"