Aktor, reżyser, scenarzysta i producent Guillaume Canet należy do ścisłej czołówki francuskiego kina. Jego największym sukcesem reżyserskim była przeniesiona we francuskie realia ekranizacja bestsellerowej powieści kryminalnej Harlana Cobena „Nie mów nikomu". Udało mu się w niej połączyć amerykańską perfekcję warsztatową z francuską wrażliwością w drążeniu psychiki bohaterów.
Sukces filmu, także w USA, zaowocował propozycjami z Hollywood. Canet uznał, że jedynym odpowiadającym mu sposobem pracy tam będzie własny projekt. Po kilku latach przedstawił „Więzy krwi".
To film o skomplikowanej genezie. Bracia Brunon i Michael Papet napisali osadzoną w realiach Lyonu lat 70. autobiograficzną powieść, którą jako „Les liens du sang" zekranizował w 2008 r. Jacques Maillot. Jednego z tytułowych braci zagrał Guillaume Canet.
Teraz postanowił nakręcić amerykański remake tego filmu. O pomoc przy pisaniu scenariusza, w którym akcję przeniósł do Nowego Jorku, poprosił scenarzystę, reżysera i producenta Jamesa Graya, specjalistę od historii skomplikowanych relacji rodzinnych w gangsterskim półświatku.
Zapewne dzięki niemu „Więzy krwi" przykuwają uwagę doskonałym osadzeniem w realiach Brooklynu lat 70. To nie kolejna podróbka zrealizowana przez przybysza z Europy, ale niemal paradokumentalne obrazy peryferyjnej dzielnicy. Wrażenie potęgują zdjęcia Christophe'a Offensteina wystylizowane na filmy Sidneya Lumeta.
Fabuła oryginalnością nie grzeszy, ale twórcy o tym wiedzą. Świadomie brną w schematy, próbując z różnym skutkiem dołożyć coś oryginalnego. To historia trudnego związku dwóch braci, których życie potoczyło się odmiennie. Młodszy Frank (Billy Crudup) jest policjantem, starszy Chris (Clive Owen) właśnie wyszedł z więzienia po odsiadce za zabójstwo. Frank zaprasza jednak brata do siebie, znajduje mu pracę, pomaga w kontaktach z dziećmi i byłą żoną (Marion Cotillard). Wie przy tym, że powrót brata na gangsterską ścieżkę to tylko kwestia czasu...
Amerykański debiut udał się Canetowi połowicznie. Nie do końca poradził sobie w dynamicznych scenach akcji, co w pełni rekompensuje, gdy przenosi się ona do zamkniętych przestrzeni. Jeszcze raz po „Nikomu ani słowa" pokazał, że jest mistrzem scen intymnych, psychologicznych, opartych na dialogu.
Marek Sadowski