Reklama
Rozwiń
Reklama

Ponuro na ekranie

W Kazimierzu Dolnym zakończył się 9. Festiwal Filmu i Sztuki Dwa Brzegi.

Aktualizacja: 09.08.2015 21:03 Publikacja: 09.08.2015 20:14

Reżyser Marcin Koszałka (w głębi) w trakcie zdjęć do „Czerwonego pająka”. Na pierwszym planie odtwór

Reżyser Marcin Koszałka (w głębi) w trakcie zdjęć do „Czerwonego pająka”. Na pierwszym planie odtwórca roli głównej Filip Pławiak

Foto: kino świat

Publiczność przyznała swoją nagrodę dokumentowi „Hip-hop nie zna wieku" Bryna Evansa – opowieści o grupie seniorów przygotowujących się do mistrzostw świata w tańcu hip-hop. To świadczy, że widzowie oczekują w kinie obrazu ciepłego i dobrego świata.

Organizatorzy szacują, że na tegorocznym festiwalu pojawiła się rekordowa liczba 25 tys. widzów, którym zaproponowano nie tylko zestaw kilkudziesięciu różnorodnych, często już nagrodzonych albo przeciwnie – premierowych, obrazów fabularnych i dokumentalnych, ale także koncerty, dziesiątki spotkań z artystami i wiele wystaw.

Tak jak w poprzednich edycjach odbył się niezależny konkurs filmów krótkometrażowych. Niezależny, bo jurorzy zostali wyłonieni spośród widzów. Do tegorocznej rywalizacji zgłoszono 430 obrazów z całego świata, 28 zakwalifikowano do konkursu. Zwyciężył „Dzień babci" Miłosza Sakowskiego opowiadający historię starszej pani i młodego chłopaka próbującego okraść ją metodą „na wnuczka".

Mroczny obraz współczesnego świata

Bajkowa sceneria Kazimierza pozostała w kontraście do mrocznego, ponurego świata wyłaniającego się w tym roku z prezentowanych filmów. Bo właśnie takie obrazy zdominowały tegoroczny festiwal. Chociaż wiadomo, że to, co widzimy na ekranie, jest zwierciadłem naszego świata – nawet jeśli wykrzywionym.

Historie, które opowiadają dziś z upodobaniem reżyserowie, dotyczą ciemnych obszarów ludzkiego istnienia. Twórcy znacznie chętniej analizują człowieka (czy raczej tylko pokazują) jako istotę skoncentrowaną na swojej, mówiąc eufemistycznie, niedoskonałej doczesności. Jak wynika z festiwalowych prezentacji, wciąż można bić rekordy w pokazywaniu zaburzeń, głupoty i zła. No i w szokowaniu, oczywiście.

Reklama
Reklama

Tu pewnego rodzaju rekord pobił obraz Ulricha Seidla „W piwnicy" opowiadający o ludziach, którzy w swoich piwnicach uprawiają wszelkie możliwe rodzaje perwersji. Seidl, z niewiadomych dla mnie przyczyn nazwany w festiwalowym katalogu „satyrykiem o kamiennej twarzy, a zarazem niepokornym humanistą", już w pierwszej scenie proponuje nam przyglądanie się wężowi w terrarium, który na naszych oczach uśmierca świnkę morską... A to dopiero początek.

Przekroczone granice przyzwoitości

Kłopot w tym, że widzowie przyzwyczaili się już do rozmaitych okropieństw i coraz częściej na kolejne zbrodnie, gwałty, dewiacje i zbrutalizowany język reagują śmiechem. Albo wychodzą z seansu – co tu też się zdarzało.

Kiedy przekroczone zostają kolejne granice przyzwoitości, coraz trudniej opowiedzieć historię, która – nawet jeśli nie da radości i nie pokaże światełka w tunelu – skłoni przynajmniej do refleksji. Tu zauważyć warto m.in. „Twarze" – dokument Magnusa Gerttena przypominający historię uwolnionych więźniów obozów koncentracyjnych, którzy w kwietniu 1945 roku przypłynęli do Malmö, by tam zacząć nowe życie. Autor filmu nie tylko odnalazł ich po wielu latach, lecz także zakończył opowieść kadrami pokazującymi afrykańskich uchodźców dopływających do wybrzeży Włoch A.D. 2014. To świetny temat do dyskusji o naszym coraz trudniejszym dziś świecie – świecie emigrantów. Podobną tematykę podejmuje też pokazany tu laureat tegorocznej Złotej Palmy „Dheepan" Jacques'a Audiarda, choć moim zdaniem z gorszym skutkiem.

Wśród wyczekiwanych wydarzeń był też fabularny debiut Marcina Koszałki „Czerwony pająk". Rzeczywiście – jego starannie przemyślana warstwa wizualna (rzadkość w naszym kinie) kazała zastanowić się wnikliwiej nad nieoczywistymi zdarzeniami, o których opowiada film.

Historia w kinie

Odnotować też warto debatę z udziałem ludzi kina i publiczności „Jakie rozdziały z historii Polski są trudne dla współczesnego kina". Trudno było o proste odpowiedzi, ale wszyscy chyba zgodzili się ze zdaniem ks. Andrzeja Lutra mówiącego, że nie chciałby, by polityka historyczna istniała w filmie.

Swoje festiwalowe pięć minut, a nawet więcej, miał także Mięćmierz, w którym oprócz zwyczajowych w tym czasie wernisaży odbyła się również kojąca nerwy rozmowa Seweryna Ashkenazy'ego z Tomaszem Dostatnim, autorem „Duchowego wędrowania". Był to dialog, w którym padały ważne zdania o potrzebie dobra, piękna, prawdy, które zależą od nas...

Reklama
Reklama

– W przyszłym roku nie czeka nas jubileusz, ale nowe otwarcie – mówiła Grażyna Torbicka, szefowa festiwalu, nagradzana hucznymi oklaskami na gali zamykającej imprezę.

Ma podstawy, by tego oczekiwać. Sukces Dwóch Brzegów polega na tym, że z roku na rok przyciągają coraz większą publiczność i ciekawych twórców. I że jest to impreza bezpretensjonalna, na której można się poczuć oczekiwanym gościem.

Fenomen miasta, w którym nie ma kina, a w którym odbywa się jeden z najbardziej interesujących festiwali artystyczno-filmowych, niech trwa. I niech kolejna edycja dostarczy nam tego, czego tak bardzo dziś potrzeba – wiary w piękno człowieka.

Opinia

Marcin Koszałka, reżyser, dokumentalista

Nie ma drugiego festiwalu w Polsce, na którym byłaby tak dobra jakość projekcji prezentowanych w namiotach, a do tego atmosfera luzu.

W tym całym stresie, który mi nieustannie towarzyszy w związku z pokazywaniem pierwszej fabuły, czyli „Czerwonego pająka", byłem się w stanie uspokoić, a to u mnie rzadkość. Festiwal w Kazimierzu jest ciekawy i trudny jednocześnie, bo tu przychodzi znacznie szersza – nie tylko branżowa – publiczność. To okazja do spotkania z widzem kinowym i ciekawe doświadczenie – słuchać o odkrywaniu przez widzów ich własnych sensów filmu. Kiedy zaczynałem realizację filmu, chciałem, by się wszystkim podobał. Dopiero później zrozumiałem, że przy filmie artystycznym nie o to chodzi, ale o rodzaj rozedrgania i napięcia powodującego emocje. Pokazałem też na tegorocznych Dwóch Brzegach wystawę zdjęć, które powstały na początku mojej filmowej drogi. Dziś nie robię już zdjęć dających się przenieść na papier, tylko – ruchome. Ale w szkole „miałem oko". Wernisaż okazał się bardzo ciekawy, bo rozmawialiśmy z widzami o powstaniu poszczególnych fotografii i dlaczego są takie, a nie inne. Pierwszy raz zdarzyła mi się taka sytuacja.

Reklama
Reklama
Film
„Ołowiane dzieci” i straszna wizyta Breżniewa. Czy Polacy będą tak witać Putina?
Film
Nie żyje Bożena Dykiel. Te role przyniosły jej sławę
Film
Amerykanie o „Ołowianych dzieciach”: niezłomna Kulig od Pawlikowskiego
Film
Cały filmowy świat w Berlinie. Startuje Berlinale
Materiał Promocyjny
Historyczne śródmieście Gdańska przyciąga klientów z całego kraju
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama