W kupowanych za niebotyczne kredyty domach Irlandczykom przyszło teraz siedzieć i oglądać telewizję – w ten sposób oszczędzając na wieczornym wyjściu. Przed kryzysem do pubu szło się prosto z pracy. Teraz wiele osób najpierw idzie do domu, tam pije alkohol, a do baru wychodzi tylko na jedno – dwa piwa.
Dodatkowo pracownicy sektora gastronomicznego cieszą jednymi z najwyższych zarobków w Europie – minimalna płaca to 8,75 euro za godzinę. Adrian Cummins, przewodniczący Stowarzyszenia Restauracji Irlandii (RAI), przytacza dane mówiące, że w ubiegłym roku 75 proc. lokali odnotowało spadek dochodów, z czego w ponad jednej trzeciej wyniósł on ponad 30 proc. – Jeśli nie obniżymy minimalnego wynagrodzenia do 7,65 euro oraz nie zmienimy zapisu o konieczności płacenia 33 proc. wyższego wynagrodzenia za pracę w niedzielę, poskutkuje to dalszą redukcją zatrudnienia lub bankructwami kolejnych barów – mówi Cummins.
Wiele pubów już zostało przejętych przez banki, dwie największe grupy pubów, Thomas Read i Capital Group, zbankrutowały. Nikogo to nie dziwi, gdy się przyjrzeć kosztom prowadzenia lokalu: należący do pierwszej z nich pub Ron Blacks płaci 7000 euro czynszu tygodniowo. Według RAI Irlandia jest najdroższym w Europie państwem do prowadzenia lokalu gastronomicznego. Pracownicy sektora nie chcą jednak słyszeć o cięciach. Jak twierdzą, pracują za dwoje, i uważają, że im, będącym podstawą jednego z najważniejszych sektorów gospodarki, należą się godziwe zarobki.
– Wszyscy chcą tylko ciąć koszty, a nikt się nie zastanawia, jak potem przeżyć w tym ekstremalnie drogim mieście. Gdy kończę pracę nad ranem, muszę jeszcze zapłacić 5 euro za dojazd nocnym autobusem do domu – mówi Barry. O taksówce nawet nie wspomina.
[srodtytul]Zaskoczeni bezrobociem[/srodtytul]
Neil O’Dwyer pracuje w bankowości korporacyjnej. Mówi, że jeszcze trzy lata temu co poniedziałek w recepcji czekały dwie – trzy osoby świeżo przyjęte do pracy. – W ostatnich latach nie tylko ograniczono wzrost zatrudnienia, ale dokonano redukcji. Od niedawna obserwuję małe pozytywne zmiany, pojawiają się nowe twarze, ale myślę, że jeszcze dużo czasu upłynie, zanim wrócimy do poziomu zatrudnienia z czasów przed kryzysem, jeżeli kiedykolwiek – mówi Neil.