Wykorzystywanie lęków rodaków w celach zarobkowych wymyślili Rosjanie. Chętnych zakopują żywcem na 20 – 40 minut. Ceny w zależności od firmy wahają się od 5 tys. do nawet 10 tys. rubli (450 – 900 zł). Stosunkowo niedrogo jak na usługę, która, jak twierdzą oferujący, przywraca chęć do życia.

Na rosyjskich portalach internetowych, w tamtejszych gazetach pojawiły się dziesiątki ogłoszeń, w których oferuje się leczenie ciała i duszy przez chowanie do grobu. Zakopywanie żywcem ma już fachową nazwę. To... „trening psychologiczny". Jego organizatorzy są współczesnymi szamanami, którzy w swoich praktykach bazują m.in. na mądrościach zawartych w dawnych pismach o wierzeniach i religiach, m.in. w „Dabestan e-Mazaheb", XVII-wiecznej perskiej księdze. Mówi ona: „Jogini mają zwyczaj grzebania siebie żywcem, kiedy dotknie ich choroba".

 

 

Jak wygląda rosyjski „trening psychologiczny"? Najpierw chętny, czyli osoba w złym stanie psychicznym, znajduje odpowiednią firmę. Poznaje ją nie po jej nazwie, ale po nazwie atrakcyjnie brzmiącej usługi, jak choćby: „Powrót mocy", „Pogrzeb wojownika", „Pogrzeb szamana" czy „Zakopywanie metodą Castanedy" (Carlos Castaneda, antropolog amerykański piszący szamańsko-ezoteryczne książki).

Nazwy usług są tak samo finezyjne jak tytuły naukowe organizatorów tego typu rytuałów. Dziennikarz „Komsomolskiej Prawdy" Rinat Inzamow rynek usług rosyjskich szamanów poznał na własnej skórze. Jak opisuje, grzebanie żywcem oferuje choćby Andrej Gorbow: „prekursor kosmoenergii, uczeń W.A. Pietrowa, mistrz Usui Reiki Ryoho, praktykujący uzdrowiciel, egzorcysta, współautor koncepcji treningów transinformacyjnych". Igor Malcew zaś to „specjalista od ludzi znajdujących się w ekstremalnym położeniu, certyfikowany instruktor Słowiańsko-Goryckiej Walki, twórca systemu całościowego rozwoju człowieka, psychoterapeuta zorientowany na ciało". Trzeci z kolei, Andrej Łukaszenkow, pisze o sobie: „członek Międzynarodowego Stowarzyszenia Medycyny Chińskiej i Alternatywnej, Europejskiego Towarzystwa Biomechaniki, Stowarzyszenia Protetyków i Ortezystów Łotwy, magister bioniki, biomechaniki i protetyki".

Po wyborze „lekarza" następuje spotkanie, uiszczenie kwoty za pochówek, a potem wszyscy jadą do lasu. Tam śmiałek, który chce na nowo odkryć radość życia, osobiście kopie sobie grób, wchodzi do wodoodpornego worka, a do ust wkłada mu się ogrodowy szlauch, który będzie mu dostarczał tlen, gdy zakopią go pod 30-centymetrową warstwą ziemi. Zakopany nic nie widzi, nie może się poruszyć, bo ruch z każdej strony krępuje wilgotna, zimna ziemia. Opisany „trening psychologiczny" trwa co najmniej 20 minut.

To odcięcie się od świata, przytępienie zmysłów i ogromny strach powodują, że człowiek odkrywa na nowo piękno życia – twierdzą organizatorzy usługi zakopania żywcem. Podobno, bo jeszcze nikt pogrzebania żywcem nie zareklamował. A korzystali z niego i podłamane kobiety, i mężczyźni w depresji, i studenci, i biedni, i dobrze sytuowani na stanowiskach.

Poleżenie sobie w grobie w rosyjskich miastach stało się niemal modą, która ma zestresowanych, zmęczonych życiem rodaków postawić na nogi i odprężyć niczym pradawnych szamanów.

Rosyjscy psychiatrzy załamują ręce na wieść o praktykach kolegów pseudolekarzy i zwykłych hochsztaplerów. Mimo to chętnych podobno nie brakuje ani w Rosji, ani za jej granicami.

 

 

W półtoramilionowym Daejeon, piątym co do wielkości mieście Korei Południowej, organizacja Coffin Academy oferuje każdemu chętnemu podobną usługę – przeżycie własnego pogrzebu. Taniej niż w Rosji, bo zaledwie 25 dolarów, a i warunki pochówku znośniejsze i atmosfera bardziej podniosła. W trumnie zaś leży się zaledwie 10 minut.

Najpierw zbiera się grono chętnych, czyli tych, którym nie chce się już żyć, i rusza czterogodzinna ceremonia.

– Konieczne jest zbudowanie odpowiedniego klimatu. Zanim zostanie się pochowanym, trzeba najpierw zrozumieć, po co się tu przyszło, i naprawdę chcieć rozpocząć wszystko od początku – tłumaczy 40-letni Jung Joon, funeral director CA.

Organizacja powstała dwa lata temu, w lutym 2009 roku. Jung stworzył ją po tym, jak osobiście doświadczył perspektywy śmierci bliskiej osoby. – Mojego ojca mógł uratować jedynie przeszczep. Od lat cierpiał na nerki. Gdybym nie podarował mu własnej, już by nie żył – opowiada. Dodatkową inspiracją do założenia CA był wskaźnik samobójstw. Według Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju w Korei Południowej jest najwyższy wśród wszystkich 30 krajów członkowskich. CA skrzętnie wykorzystuje te dane, reklamując się chwytliwym hasłem: „Tutaj przychodzi się umierać, żeby nauczyć się żyć".

Przeciwnicy działalności Junga są innego zdania, mówią, że w kraju, gdzie śmierć na własne życzenie jest codziennością, niepotrzebna jest dodatkowa zachęta do jej kultywowania. Specjaliści od zapobiegania samobójstwom zaś obawiają się, że sesje w CA mogą uruchomić fantazje i nadzieje, że życie w innym świecie jest lepsze niż obecne.– Ja nie zachęcam do śmierci, wprost przeciwnie. Ci, co jej doświadczają w Coffin Academy, na nowo odkrywają radość życia, są jak nowo narodzeni – broni się Jung.

 

 

Funeral director CA to taki świecki duchowny. Najpierw w sali przypominającej szkolną klasę prowadzi wykład o kruchości życia, potem uświadamia zebranym, że za chwilę pożegnają się z życiem. Następnie wszyscy w przyciemnionej sali, przy świeczkach i ustawionych na biurkach swoich trumiennych portretach, piszą listy pożegnalne. Atmosfera jest tak ciężka, że większość piszących roni łzy, jakby za chwilę naprawdę mieli zejść z tego świata. To też jedna z niewielu okazji, żeby własnoręcznie napisać sobie epitafium.

Kiedy już ci, co przyszli „umrzeć", rozprawią się z przeszłością i bliskimi, wkładają żółte tuniki i schodzą do piwnicznej sali, wyścielonej czerwonym dywanem i lasem nowiutkich trumien. Na ich wiekach, zaraz po zamknięciu, stawiany jest portret zmarłego i pożegnalny list.

Po 10 minutach następuje „zmartwychwstanie". Nowo narodzeni czytają swoje listy, a potem rytualnie je palą, rozstając się tym samym raz na zawsze z przeszłością.

Według Jung Joona te 10 minut w trumnie powoduje, że zamknięci w niej przeorganizowują swoje życie i zaczynają je od początku. Sami uczestnicy ceremonii zapewniają zaś, że „doświadczenie", które przeszli, sprawiło, że stali się spokojniejsi i bardziej uduchowieni.

Coffin Academy chętnych nie brakuje. Zgłaszają się zarówno osoby prywatne, jak i firmy, które wierzą, że w ten sposób... zwiększą wydajność swoich pracowników. Koreańczycy są tak przekonani o zdrowotnym wpływie śmierci na ich osiągnięcia, a szefowie o śmierci jako zastrzyku produktywności, że jedna z nich, firma ubezpieczeniowa Kyobo, „pochowanie" uczyniła obowiązkowym segmentem korporacyjnego szkolenia. Wymagała tego od wszystkich 4000 pracowników!

Nie wiadomo, czy przy takiej liczbie zmarłych dostała rabat na śmierć.