Zależności pomiędzy gospodarką państwa a zdrowiem jego mieszkańców jest od wielu lat przedmiotem badań ekonomistów. Relacja jest tu dwukierunkowa. Z jednej strony w bogatszych krajach żyje się dłużej i zdrowiej. Z drugiej zaś, co nie mniej istotne, poprawa opieki medycznej prowadzi do gospodarczego wzrostu.
Jak udowodnił prof. Marc Suhrcke z Centrum Ekonomii Zdrowia w Uniwersytecie w Yorku, wydłużenie długości życia mieszkańców o jeden rok skutkuje wzrostem krajowego produktu brutto o 4 proc. David Bloom ze Szkoły Zdrowia Publicznego Harvarda w USA pokazał zaś, że jeśli śmiertelność z powodu chorób układu krążenia u ludzi w wieku produkcyjnym spada o 10 proc., PKB rośnie o 1 proc.
Lepsze leczenie kardiologiczne przekłada się więc wprost na zamożność kraju. Nietrudno dociec dlaczego. – Kiedy pod koniec lat 80. zaczynałem pracę – mówi prof. Maciej Lesiak z Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu – śmiertelność pacjentów w ciągu kilku dni po zawale wynosiła 15–20 proc. Dziś jest to 5 proc. Wtedy chory spędzał w szpitalu cztery tygodnie. Dziś cztery dni. W innym też stanie chory opuszczał szpital, często był inwalidą, dziś normalne jest, że ludzie po zawale w wieku produkcyjnym wracają do pracy.
Dobry system leczenia zawałów mięśnia sercowego pozwala na powrót wyleczonych pacjentów na rynek pracy i unikanie wypłacania im (lub ich rodzinom) renty. Taki człowiek, zamiast być obciążeniem dla społeczeństwa, może pracować i na swoje utrzymanie, i na rzecz kraju.
Jak jednak zaznacza prof. Lesiak, o ile mamy w Polsce świetną sieć ośrodków kardiologii interwencyjnej i niską śmiertelność pacjentów bezpośrednio po zawale, o tyle znacznie gorzej jest z długoplanowym leczeniem. Śmiertelność pacjentów w ciągu roku po wyjściu ze szpitala wynosi 10 proc. To efekt tego, że wielu z nich nie ma możliwości skorzystania z rehabilitacji kardiologicznej oraz z dodatkowych zabiegów. Wysiłek kardiologów interwencyjnych zostaje zaprzepaszczony.