Reklama

Zasada „płacz i płać” może być aktualna

Leszek Juchniewicz, były prezes Urzędu Regulacji Energetyki

Publikacja: 03.11.2007 02:36

Rz: Spółki obrotu, czyli bezpośrednio sprzedające energię elektryczną klientom, nie muszą się już martwić o taryfy. Prezes URE nie będzie ich zatwierdzał. Zapowiadają więc, że ceny mogą w przyszłym roku wzrosnąć nawet o 10 proc. Czy to właściwe kalkulacje i rzeczywiście o tyle droższą energię te spółki będą musiały kupować u producentów, czyli w elektrowniach?

Leszek Juchniewicz:

Spółki obrotu najwyraźniej spodziewają się podwyżek w elektrowniach, stąd ich zapowiedzi. A sami producenci od dawna prowadzą kampanię właśnie na rzecz wzrostu cen energii, mówiąc o potrzebie gigantycznych inwestycji i przypominając, że w Unii Europejskiej energia jest droższa niż u nas. Na dodatek mogą używać argumentu, że od 1 lipca mamy otwarty rynek energii, więc jeśli klient uważa, iż w jednej firmie jest za drogo, to może ją zmienić i pójść do innej. Oczywiście taka zamiana sprzedawcy energii w praktyce bywa skomplikowana, a ten wolny rynek mamy póki co na papierze. Przez ostatnie kilka lat jako prezes URE spotykałem się też z presją ze strony firm, by zwiększać ceny energii, ale jakoś udawało się ją ograniczyć.

W obecnej sytuacji, gdy znika obowiązek zatwierdzenia taryfy, niezwykle istotna jest odpowiedź na pytanie, czy rzeczywiście potrzebujemy potężnych inwestycji w elektrowniach i tyle dodatkowych mocy, ile zapowiadają energetycy. Może warto popracować nad poprawą efektywności i ograniczeniem energochłonności, na co zwraca też uwagę Unia Europejska.

Może zatem te zapowiedzi szefów spółek obrotu są na wyrost i tak naprawdę nie ma podstaw do tego, by energia zdrożała aż o 10 proc. w przyszłym roku?

Reklama
Reklama

Te propozycje podwyżek traktowałbym raczej jako wypuszczenie balonu próbnego i można się spodziewać, że energetycy będą bagatelizować skutki takiego wzrostu cen. Sama energia to tylko połowa rachunku, resztę stanowią opłaty za przesył i abonament. Zatem nawet jeśli energia zdrożeje o 10 proc., to końcowa opłata odbiorcy podniesie się o 3 – 5 proc. Ale tak naprawdę, biorąc pod uwagę wydatki i przychody firm, trudno znaleźć przesłanki do wzrostu cen energii.

Spółki po prostu chcą więc skorzystać z okazji, że znika obowiązek zatwierdzania taryfy przez Urząd Regulacji, i podnieść ceny. Czy nie powinniśmy się obawiać, że w przyszłym roku co dwa, trzy miesiące ceny będą rosły w ramach wolnego rynku?

Taka możliwość rzeczywiście hipotetycznie istnieje. Ale dla spółek też nie byłoby to łatwe, bo przecież obowiązują umowy z klientami, które i musiałyby one je przy okazji kolejnej podwyżki wypowiedzieć. Wydaje się też, że nieuzasadniony wzrost cen mógłby doprowadzić do zwiększenia zadłużenia odbiorców, którzy pogubiliby się w tym, ile mają płacić. Z drugiej strony nie jest tajemnicą, że część energetyków uważa, iż skoro funkcjonuje rynek bilansujący i ceny energii w hurcie są codziennie inne, to i klienci powinni się do tego dostosować. Ale na szczęście dla klientów te propozycje mogą wejść w życie za kilkanaście lat.

Nawet jeśli co dwa, trzy miesiące energia nie będzie drożeć, to nie ma pewności, że kolejne podwyżki będą uzasadnione – zwłaszcza w dużych holdingach, np. Polska Grupa Energetyczna. Każda z tych firm ma elektrownie, spółki dystrybucyjne i sprzedające energię. Mogą więc wykorzystać sytuację.

Rzeczywiście są powody do obaw, mówiłem o tym, gdy rząd przygotowywał plany konsolidacji w branży, czyli powołania tych grup. Równocześnie wtedy powinny być przygotowane takie przepisy, by na tej konsolidacji nie stracili klienci. Obawiam się, że przy obecnym kształcie grup nie będzie prawdziwej konkurencji, dojdzie do remonopolizacji rynku i drenażu kieszeni klientów. Zasada „płacz i płać” może znów być aktualna. A odbiorcy nie będzie po prostu się opłacało zmieniać sprzedawcy energii – choć ma od lipca takie prawo – bo wszędzie ceny będą podobne. W końcu się okaże, że te nowe bloki w elektrowniach, mosty energetyczne i połączenia transgraniczne będą finansowane przez polskich odbiorców.

Zatem miliardy na inwestycje w energetyce pochodzić będą z naszych kieszeni, a wielkie firmy energetyczne same nawet nie będą musiały szukać oszczędności?

Reklama
Reklama

W rządowym programie dla energetyki położono nacisk na wzmocnienie firm, przez co ogranicza się funkcjonowanie rynku.

Biznes
Rząd rusza z promocją zbrojeniówki, szczyt AI, Ford chce współpracy z Chinami
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Biznes
"Tego przemysłu będzie w Europie coraz mniej". Ważnej branży grozi zapaść
Biznes
Europa stawia na niezależność, Polacy znikają z sieci, podatki dochodowe w UE
Biznes
Od edukacji do transformacji – forum NFOŚiGW
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama