Bumar nie ma wyjścia, musi szukać ratunku, sprzedając uzbrojenie ze swoich fabryk za granicą. Pesymistyczny scenariusz zakłada bowiem, że przychody holdingu uzyskane z dostaw dla polskiej armii w 2009 r. osiągną najwyżej miliard złotych. To zaledwie 40 procent kwoty z MON, która co roku zasilała kasy ponad 20 zakładów holdingu. To za mało, by Bumar mógł przetrwać.
– Wiele miesięcy ciężko pracowaliśmy, aby powrócić na nasze tradycyjne rynki i dotrzeć z ofertą na nowe, w tym zachodnioeuropejskie. Powinno się udać – twierdzi Edward Nowak, prezes Bumaru.
Szef grupy kapitałowej, która w zeszłym roku osiągnęła 3,2 mld zł przychodów, a na eksporcie broni zarobiła zaledwie 177 mln dolarów, w tym roku liczy na 426 mln dolarów wpływów od zagranicznych klientów.
W poszukiwaniu nowych kontraktów pancerna grupa zmieniła strategię marketingową. Firma nie poluje już na wielkie, spektakularne kontrakty, bo te negocjuje się latami bez gwarancji powodzenia. Bumar już uzgodnił z odbiorcami większość kontraktów zdecydowanie skromniejsze dostawy, w tym części, komponentów, pakietów remontowych, mniejszych partii sprzętu.
– Nie odrzucaliśmy żadnej możliwości zarobku. Dziś cenne są zamówienia warte 2 – 3 mln dolarów, a nawet tylko kilkaset tysięcy dolarów. Proponujemy serwis, współpracę konstruktorów, wymianę doświadczeń – wylicza prezes Nowak.