Właśnie otworzyliście w Warszawie Centrum Technologii Satelitarnych, czyli nową siedzibę ICEYE. Co się będzie tutaj działo?
Jedna część to Centrum Operacji Satelitarnych, skąd będziemy operować konstelacją satelitów. Poza tym mamy w Warszawie ogromny zespół badawczo-rozwojowy. W starej siedzibie byliśmy w stanie pomieścić do 100 osób. Tutaj planujemy minimum 300 osób. Większość z nich to inżynierowie.
Budujemy też w nowym miejscu duży „cleanroom” produkcyjny. To nie jest stricte „fabryka”, ale to miejsce pozwoli nam na produkcję pewnej liczby satelitów, na pewno prototypów. Będzie to „cleanroom” dość zaawansowany, więc nowe typy technologii, nad którymi pracujemy, będą opracowywane właśnie tutaj.
Do 2028 r. macie przeznaczyć na inwestycje w Polsce kolejnych 120 mln zł. Na co chcecie wydać te środki?
M.in. na badania rozwojowe i produkcję nowego typu satelitów. To są wstępne szacunki, ale zakładam, że ten budżet raczej się zwiększy, niż zmniejszy, choćby przez nasze plany budowy suwerennej konstelacji satelitów komunikacyjnych dla Wojska Polskiego.
Liczę, że nasz przykład zmotywuje rząd, BGK i inne instytucje finansowe z Polski, do inwestowania szybciej i więcej w spółki kosmiczne
Ostatnio Bartosz Drabikowski, prezes firmy Vinci z Grupy BGK, mówił na łamach „Rzeczpospolitej” o tym, że jej udziały w ICEYE są obecnie wyceniane na ponad 400 mln zł, przy wycenie całej spółki na ok. 50 mld zł. Czy nieco upraszczając i zaokrąglając można powiedzieć, że państwo polskie ma w waszej spółce 1 proc. udziałów?
Tak. Inwestycja Vinci nastąpiła, jeżeli chodzi o historię spółki, dość późno. W sumie było to ok. 85 mln zł, a po naszej ostatniej rundzie finansowania ten pakiet jest wyceniany na ponad 400 mln zł. Oznacza to, że wartość inwestycji BGK wzrosła o ponad 300 mln zł, co oczywiście cieszy. Liczymy na kolejne inwestycje. Mamy nadzieję, że to się uda. W ICEYE mamy rozproszony akcjonariat, w którym jest więcej polskiego kapitału, bo obok państwa zainwestowały w nas też prywatne polskie fundusze.
Czytaj więcej
Zainwestowaliśmy w Iceye 85 mln zł, a dziś nasz pakiet jest wyceniany na ponad 400 mln zł. W ciągu roku wygenerowaliśmy niemal pięciokrotny zwrot z...
A nie jest to w pewnym sensie porażka państwa polskiego, że spółka, którą Polak zakładał w Finlandii 10 lat temu, dopiero niedawno doczekała się poważnego finansowania ze strony państwa polskiego, że to nie wydarzyło się szybciej?
Ujmę to tak: z tej sytuacji należy wyciągnąć wnioski. Dobrze, że to w końcu nastąpiło. Przypomnę, że była to jedna z pierwszych inwestycji Vinci w spółkę kosmiczną. Jasne, że byłoby lepiej, gdyby państwo polskie zainwestowało więcej i szybciej, tym bardziej w projekt, który się udaje. Ale też pewnie mówilibyśmy co innego, gdyby się nie udał. Liczę, że nasz przykład zmotywuje rząd, BGK i inne instytucje finansowe z Polski, do inwestowania szybciej i więcej w spółki kosmiczne.
Planujecie debiut giełdowy?
To pewnie dość naturalna droga dla spółki takiej jak ICEYE. Ale na razie nie mamy planów, którymi moglibyśmy się podzielić.
Co to oznacza?
Nie mamy dziś ani terminu, ani rynku, ani żadnych innych konkretów do przekazania. Zakładamy, że prędzej czy później zadebiutujemy na jakiejś giełdzie: polskiej, europejskiej czy amerykańskiej.
Czytaj więcej
W piątek ICEYE otworzy w Warszawie centrum, z którego będzie kontrolować całą konstelację swoich satelitów. Spółka rozbuduje też laboratoria i stwo...
Czyli bierzecie pod uwagę GPW?
Nie wykluczamy żadnej opcji. Za każdym razem, gdy jesteśmy w takiej sytuacji, w ICEYE bierzemy pod uwagę całe spektrum możliwości, a potem, gdy zbliżamy się do momentu decyzji, oczywiście je zawężamy, aż dochodzimy do ostatecznego wyboru. Jeżeli chodzi o Europę, GPW jest jedną z większych giełd. Nie największą, ale jedną z większych.
Szanse europejskich spółek kosmicznych są coraz mniejsze
Spójrzmy poza Polskę. Ostatnio zadeklarowaliście, że w Niemczech stworzycie prawie suwerenny łańcuch dostaw. Dlaczego u naszych sąsiadów, a nie na przykład w Polsce?
Naprawdę ciężko dzisiaj gdziekolwiek w Europie o cały, w pełni suwerenny łańcuch dostaw, ponieważ niektóre podzespoły elektroniczne niestety są wytwarzane za granicą: czy na Tajwanie, czy w Stanach Zjednoczonych. Więc te komponenty musimy zakupić niezależnie od tego, czy tego chcemy, czy nie. Natomiast cała reszta, czyli proces produkcji satelitów dla niemieckiego wojska będzie się odbywać w Niemczech, w naszej spółce joint venture z Rheinmetallem. Bundeswehra zażyczyła sobie, aby taki system powstał i był wyprodukowany w Niemczech, a zamówienie na 40 satelitów uzasadnia taką inwestycję. W Polsce idziemy w podobnym kierunku: jednym z założeń naszej współpracy z PGZ nad koncepcją systemu łączności satelitarnej dla wojska jest zbudowanie zdolności produkcyjnych w Polsce. To porównywalny model.
Założyciele ICEYE, Rafał Modrzewski i Pekka Laurila, w Parlamencie Europejskim
To zerknijmy dalej, na globalny rynek kosmiczny. Jeszcze 10 lat temu to byli głównie wielcy gracze, jak np. Airbus czy Thales i oczywiście spółki amerykańskie. Od kilku lat takie spółki jak ICEYE, nowe startupy, wchodzą w ten obszar i rozpychają się łokciami. Jak to może wyglądać za 10 lat?
To na pewno nie jest pierwszy raz, kiedy następuje taka rewolucja, szczególnie jeśli chodzi o rynek technologiczny. Część z dużych spółek technologicznych, które istniały od lat, nie zdąży się dostosować, a ich sposób produkcji oraz podejście do produktu, pracy i innowacji w dłuższej perspektywie okażą się niewystarczające. Inne odpowiednio się przeorganizują i obronią. Podobnie będzie ze start-upami. Niektóre, takie jak ICEYE, dojdą do poziomu spółek „prime” i staną się globalnymi dostawcami systemów satelitarnych. Inne zbankrutują. Przypomnę, że większość start-upów bankrutuje. To jest taka rzecz, o której mówimy, ale której nie do końca rozumiemy, bo chcielibyśmy, żeby wszystkie zostały nowym SpaceX-em. Niestety w większości przypadków tak nie będzie.
Rynek za 10 lat najprawdopodobniej będzie wyglądał zupełnie inaczej niż ten sprzed 5 lat: część dzisiejszych spółek technologicznych przestanie istnieć, a ich miejsce zajmą nowe firmy z zupełnie innymi produktami.
Wymienił pan Space X. Czy europejskie spółki w ogóle mają szansę w wyścigu kosmicznym z gigantami ze Stanów czy z Chin?
Optymistycznie powiem, że mają.
Start rakiety firmy SpaceX z bazy w Teksasie
A realistycznie?
Mają, ale coraz mniejszą.
Dlaczego?
Ponieważ nie wykonujemy pewnych ruchów, które pomogłyby im być bardziej konkurencyjne. To się zmienia, ale powoli. Jeżeli chcemy, żeby ten proces przebiegał szybciej, musimy po prostu działać szybciej.
Przede wszystkim kluczowe jest, aby uzmysłowić sobie, że spółka rośnie w zależności od tego, jaki ma dostęp do kapitału rozwojowego. Więcej takiego kapitału pozwala rozwijać spółki szybciej i lepiej. Drugi czynnik to wielkość i dostępność rynku. Pierwszym i podstawowym rynkiem dla każdej spółki jest rodzimy rynek wewnętrzny. Dla spółek amerykańskich są to Stany Zjednoczone, dla chińskich Chiny. Dla europejskich musi to być cała Europa, bo żaden pojedynczy rynek krajowy nie da porównywalnej skali. Największym problemem, z którym dzisiaj się mierzymy, jest podzielony rynek. Spółka polska ma naturalny dostęp do rynku polskiego, francuska do francuskiego, hiszpańska do hiszpańskiego – ale jeśli spółka jest np. nie tylko hiszpańska, ale europejska, na każdym kolejnym rynku napotyka bariery instytucjonalne. To dzisiaj olbrzymi problem.
Ponieważ klienci są różni, różne są też wymagania dotyczące lokalizacji spółki, produkcji, pracy czy badań i rozwoju. Nie da się ulokować wszystkiego we wszystkich krajach naraz. Spełnianie ich w każdym kraju osobno generuje koszty, których konkurenci z USA czy Chin w takim stopniu ponosić nie muszą. Automatycznie więc stawiamy nasze spółki w gorszej pozycji. W wyścigu, który jest dość brutalny, takie z pozoru drobne rzeczy powodują, że jeśli tego nie zmienimy, nasze spółki po prostu przegrają.
Czytaj więcej
W piątek Wojsko Polskie oficjalnie odebrało pierwszego satelitę rozpoznania radarowego MikroSAR od spółki IcEye. W sumie na orbicie są już cztery....
Europejskie projekty kosmiczne
To co można zrobić, żeby jednak wygrały?
Oczywiście najlepiej by było, aby wszystkie kraje, które dzisiaj kupują systemy kosmiczne albo uzbrojenia, z założenia kupowały najlepszy europejski produkt, niezależnie od tego, gdzie i przez kogo on jest produkowany. Tak by było najłatwiej, ale jest to trudne do osiągnięcia – na pewno w krótkim czasie.
Politycznie jest to bez szans.
Na pewno trudne do wykonania. Jest rozwiązanie pośrednie, czyli przeniesienie pewnych kompetencji zakupowych na poziom Unii Europejskiej, np. Komisji Europejskiej.
Powtórzę się: politycznie bez szans.
W dziedzinie obronności tak, ale w dziedzinie kosmicznej już nie do końca. Bo na przykład projekt Galileo to europejski projekt kosmiczny finansowany na poziomie KE. I jest to projekt dual-use, bo nie tylko zapewnia nam nawigację taksówki czy hulajnogi, ale również może służyć do kierowania pociskiem, statkiem czy samolotem. Trochę mnie frustruje, że zapominamy o projektach satelitarnych, które mamy na poziomie europejskim. Przecież system Sentinel to jest system europejski. IRIS² też jest kupowany na poziomie europejskim i zaangażowane są w to spółki z różnych krajów UE. I będzie to system o zastosowaniu zarówno obronnym, jak i cywilnym. Ponad 15 mld euro na jego budowę to z punktu widzenia pojedynczego kraju wydatek trudny. Dużo łatwiej jest coś takiego uwspólnić. I teraz na poziomie europejskim przygotowujemy się do kolejnego zakupu, czyli konstelacji obserwacji Ziemi.
Te projekty się sprawdzają, więc im więcej kompetencji kosmicznych przeniesiemy na poziom Unii, tym łatwiej, ponieważ Komisja z założenia musi kupować równo, europejsko, niezależnie od tego kto i gdzie projektuje.
Możemy mieć wszystkie pociski świata, ale jeżeli nie mamy kosmicznej infrastruktury wspierającej, to one są bezwartościowe
Jak pan ocenia fakt, że Polska zwiększa swoją składkę w Europejskiej Agencji Kosmicznej?
Bardzo pozytywnie. Jeżeli chcemy mieć wpływ na to, co robi ESA i chcemy, żeby część tych prac odbywała się w Polsce, to my musimy tę składkę zwiększać. Ludzie nie zdają sobie sprawy, ale ESA nie przydziela projektów równo, tylko proporcjonalnie do składki. Czyli mniej więcej tyle, ile kraj wkłada, tyle pieniędzy wraca w postaci projektów i zamówień. Niezależnie od tego, jak fantastycznie zaawansowane byłyby nasze firmy kosmiczne, jeżeli nie wpłacamy pieniędzy do ESA, to nie otrzymamy kontraktów – a jeśli chcemy, żeby się rozwijały, jest to kanał ich wsparcia.
Skupmy się na wojskowym zastosowaniu satelitów. Stwierdził pan, że domena kosmiczna staje się kluczowa w prowadzeniu wojen i że przyszłe wojny będą się decydowały w dużej mierze w kosmosie.
To po prostu kolejny etap rozwoju technologii. Gdy samoloty stały się dostępne, mówiło się, że wojna tak naprawdę rozstrzyga się w powietrzu. Dziś do prowadzenia zaawansowanych działań wojskowych niezbędne są trzy elementy, czyli komunikacja, nawigacja i obserwacja. One są kluczowe. Wykonanie dalekiego uderzenia poza zasięg wzroku wymaga znalezienia celu, komunikacji z efektorem i odpowiedniej nawigacji tego efektora. Niezależnie od tego, czy jest to dron czy pocisk dalekiego zasięgu. To jest podstawowa infrastruktura, trochę tak jak kiedyś kolej czy drogi do przerzutu żołnierzy.
Czytaj więcej
Pentagon podpisał z Raytheonem wieloletnią umowę o wartości do 20,7 mld dol., która ma niemal podwoić produkcję pocisków powietrze-powietrze AIM-12...
Musimy mieć systemy komunikacyjne, musimy mieć systemy nawigacji, musimy wiedzieć, gdzie jest nasz cel. Brak tych systemów powoduje kompletny paraliż. Możemy mieć wszystkie pociski świata, ale jeżeli nie mamy kosmicznej infrastruktury wspierającej, to one są bezwartościowe. Dlatego to w kosmosie będą następowały pierwsze ataki przyszłych wojen.
Rosyjskie satelity już zbliżały się na bliską odległość do tych europejskich i są podejrzenia, że przechwytywały dane. Czy pracujecie nad takimi satelitami, które będą mogły zwalczać inne satelity w kosmosie?
Nie mogę podać szczegółów, ale pracujemy nad technologiami związanymi z tym problemem. Każda firma kosmiczna prędzej czy później będzie się musiała zastanowić nad tym, jak zapewnić sobie bezpieczeństwo w kosmosie.
Rafał Modrzewski
CEO i współzałożyciel spółki ICEYE, która specjalizuje się m.in. w produkcji satelitów