Materiał powstał we współpracy z mBankiem

W obecnej strategii mBanku wymieniliście państwo kilka kluczowych obszarów – między innymi odporność gospodarczą, lokalizację produkcji, cyfryzację i obronność. Jak przekłada się to na codzienną współpracę z klientami?

Adam Pers: Wyodrębniliśmy sześć strumieni wzrostu, czyli obszarów, które będą napędzały rozwój polskich przedsiębiorstw i całej gospodarki. Jednym z nich jest obronność. Już dziś finansujemy firmy z tego sektora, a teraz chcemy szerzej wspierać również średnie i duże polskie przedsiębiorstwa, które wchodzą w produkcję na potrzeby armii albo zwiększają skalę realizowanych kontraktów.

Wejście w sektor obronny oznacza inne wymagania, także dla banku. Finansując kontrakt na rzecz armii, uwzględniamy między innymi dotychczasowe doświadczenie firmy w tym obszarze. Zamówienia bywają duże i już na początku wymagają gwarancji o znacznej wartości, a jednocześnie mogą wymagać relatywnie mniej kapitału obrotowego niż porównywalna działalność cywilna. Dochodzi do tego certyfikacja, która w przypadku sprzętu stricte zbrojeniowego bywa procesem wieloletnim.

Czy widzi pan już realny wzrost liczby takich transakcji?

Adam Pers: Tak, od kilku miesięcy mamy wyraźnie więcej transakcji. Najszybciej rośnie przy tym zapotrzebowanie na gwarancje. Mamy dwie grupy klientów: producentów sprzętu, którzy są już certyfikowani i obecni na rynku, oraz firmy wchodzące w tzw. miękki dual-use, dla których proces certyfikacyjny dopiero się zaczyna.

Widać przy tym wyraźny ruch wśród firm, które dotąd zajmowały się produkcją cywilną, a teraz szukają kontraktów zbrojeniowych. Dobrym przykładem są odlewnie aluminium, w których pojawiły się wolne moce produkcyjne – między innymi w efekcie spowolnienia w niemieckim przemyśle. Coraz częściej mówimy przy tym nie o pojedynczym kontrakcie z zamawiającym, lecz o całym łańcuchu podwykonawców – warto pamiętać, że istotna część kontraktów realizowanych przez PGZ trafi do poddostawców, a ich wartość to kilkanaście miliardów złotych.

Mamy też klientów, którzy byli niewielkimi firmami z certyfikowanymi produktami na rzecz armii, a dziś notują skokowy wzrost zamówień – znam przypadek przedsiębiorstwa o obrocie 50 mln zł, które dostało kontrakt na 500 mln zł. To oznacza budowę fabryki i zatrudnienie nowych pracowników – realne wyzwanie inwestycyjne, bo o ile sam kontrakt wymaga niewielkiego finansowania, o tyle zapewnienie mocy produkcyjnych już tak.

Jakiego rodzaju finansowania szukają dziś takie firmy?

Adam Pers: Spodziewaliśmy się głównie zapotrzebowania na finansowanie obrotowe, tymczasem kluczowe okazały się dwa komponenty: gwarancyjny oraz inwestycyjny, związany z rozbudową mocy produkcyjnych. Zależy nam, by budowany dziś potencjał – czy to w produkcji odzieży, dronów, czy innych wyrobów – mógł w przyszłości służyć również sektorowi cywilnemu. Ważny będzie także eksport, zwłaszcza w ramach NATO, gdzie procedury są prostsze niż poza sojuszem.

Ireneusz Karaśkiewicz

Ireneusz Karaśkiewicz

Foto: mat. pras. (2)

Panie Ireneuszu, a jak wygląda koncepcja dual-use z pańskiego punktu widzenia?

Ireneusz Karaśkiewicz: Od czasu rewolucji przemysłowej wojna jest w dużej mierze wojną fabryk. W naszym środowisku okrętowym mówi się, że zwycięstwo w bitwie morskiej zaczyna się w stoczni, a nie na polu bitwy. Prowadzenie wojny wymaga ogromnych ilości sprzętu i amunicji – wystarczy spojrzeć, jak szybko wyczerpują się jej zapasy w konfliktach na Bliskim Wschodzie. To wymaga silnego zaplecza gospodarczego, bo firmy wyspecjalizowane wyłącznie w produkcji wojennej nie wystarczą do długotrwałego prowadzenia działań.

Klasycznym przykładem jest Ford, który w czasie II wojny światowej przestawił się z produkcji samochodów na produkcję samolotów Liberator, a po wojnie wrócił do motoryzacji cywilnej. Ta elastyczność – a nie budowa wyspecjalizowanych molochów – stoi dziś za ideą dual-use.

Mówimy tu wyłącznie o przemyśle zbrojeniowym w wąskim sensie, czy dual-use ma szersze znaczenie?

Adam Pers: Zdecydowanie szersze. Obejmuje również mniej oczywiste obszary. Dla mnie dual-use to również farmy wiatrowe i instalacje fotowoltaiczne – rozproszona infrastruktura energetyczna jest trudniejsza do sparaliżowania niż jedna duża elektrownia. To także infrastruktura kolejowa i drogowa, dostosowana do przewozu ciężkiego sprzętu wojskowego, a nie tylko aut osobowych. I wreszcie centra danych – one też powinny być rozproszone, a nie skupione w jednym miejscu.

Ireneusz Karaśkiewicz: Chodzi o zbudowanie całego ekosystemu: stoczni, producentów dronów, informatyków, firm zdolnych odbudować drogi czy sieć energetyczną. Kluczowe jest, by pieniądze wydawane dziś na obronność zostały w Polsce, wzmocniły nasz local content i – w dłuższej perspektywie – rozwinęły polski eksport. Liczę, że ten „zastrzyk” finansowy, podobnie jak boom infrastrukturalny w Hiszpanii, wzmocni krajową gospodarkę, a nie skończy się tak jak część kontraktów autostradowych w Polsce sprzed kilkunastu lat.

Jak wygląda dziś polski przemysł stoczniowy w kontekście dual-use?

Ireneusz Karaśkiewicz: Na świecie funkcjonują dwa modele. Pierwszy, znany z Europy Zachodniej, Stanów Zjednoczonych i Australii, rozdziela produkcję cywilną od wojskowej. Stocznie realizujące wyłącznie zamówienia rządowe bywają mniej wydajne, bo mogą działać pod mniejszą presją konkurencyjną. Drugi to tzw. military-civil fusion, świadome łączenie produkcji cywilnej i wojskowej w tych samych zakładach i łańcuchach dostaw, wykorzystywany przez chiński przemysł stoczniowy. Dzięki temu chińska marynarka szybko zwiększała swój potencjał i dziś przewyższa amerykańską pod względem liczby jednostek.

W Polsce mamy oba modele jednocześnie. Państwowa stocznia PGZ buduje fregaty typu Miecznik – projekt idzie dobrze, inwestycje w infrastrukturę i kadry są duże. Z kolei prywatna Remontowa Shipbuilding to niemal podręcznikowy przykład drugiego wspomnianego przeze mnie modelu: silna pozycja w produkcji komercyjnej – promy niskoemisyjne, jednostki dla offshore – połączona z produkcją wojskową, jak niszczyciele min klasy Kormoran czy okręty rozpoznania radioelektronicznego, realizowane terminowo i w budżecie.

Adam Pers: Dodam, że mBank finansował projekty w polskim przemyśle stoczniowym, w tym Remontową, zanim dual-use stał się popularnym określeniem, gdy sektor kojarzył się raczej z wyzwaniami niż okazją inwestycyjną. To naturalna kontynuacja naszego zaangażowania i wykorzystanie kompetencji, które budowaliśmy przez lata, a nie kierunek odkryty po 2022 r.

Co ogranicza dziś rozwój dual-use w Polsce?

Ireneusz Karaśkiewicz: Wskazałbym pięć głównych barier. Po pierwsze, brak powiązania innowacji z realnymi potrzebami armii: powstaje wiele interesujących projektów badawczych, które nie trafiają do produkcji, bo wojsko nie zgłosiło na nie formalnego zapotrzebowania. Po drugie, brak koordynacji międzyresortowej: MON, Ministerstwo Rozwoju i Technologii oraz agencje grantowe działają często niezależnie. Po trzecie, tzw. dolina śmierci, czyli okres między działającym prototypem a zamówieniem operacyjnym, w którym wiele małych i średnich firm bankrutuje. Po czwarte, brak infrastruktury testowej i poligonowej. I po piąte, restrykcyjne prawo oraz obawa firm przed tajemnicą państwową, która potrafi objąć nawet ich własne rozwiązania.

Co mogłoby to zmienić?

Ireneusz Karaśkiewicz: Trzy rzeczy. Po pierwsze, powołanie instytucji koordynującej, na wzór amerykański czy ukraiński, która spinałaby działania resortów i agencji grantowych, prawdopodobnie w strukturze MON. Po drugie, mapa drogowa dual-use, czyli wieloletni plan potrzeb wojska, dzięki któremu firmy wiedziałyby, w co inwestować. Po trzecie, mądra alokacja napływających do Polski środków, by realnie przełożyły się na wzrost bezpieczeństwa, a nie zostały po prostu wydane.

A jak na te bariery patrzy bank? Czy firmy mają dziś odpowiedni dostęp do kredytów i gwarancji?

Adam Pers: Z perspektywy banku szczególnie istotna jest przewidywalność. Firma nie zainwestuje w nowe moce produkcyjne wyłącznie na podstawie jednego zamówienia. Potrzebuje perspektywy kolejnych kontraktów, żeby mogła odpowiedzialnie zaplanować inwestycję, a bank mógł właściwie ocenić możliwości jej finansowania.

Firmy z sektorów budowlanego i zbrojeniowego często pytają, dlaczego banki nie stosują bardziej elastycznych warunków gwarancji. Prawo bankowe zobowiązuje nas do zachowywania limitów ryzyka przy ocenianiu zdolności finansowej. Jednym z rozwiązań mogłoby być zróżnicowanie wymaganego poziomu gwarancji w zależności od udziału krajowych firm i komponentów w realizacji kontraktu. Poziom ten mógłby być niższy dla polskich dostawców, a wyższy dla zagranicznych. Mogłoby to realnie wesprzeć krajowe przedsiębiorstwa, zwłaszcza mniejsze, dla których wystawienie gwarancji o znacznej wartości bywa barierą nie do przejścia.

Dlatego też prezes mBanku Cezary Kocik zaproponował wyłączenie z podatku bankowego kredytów przeznaczonych na finansowanie sektora obronnego i projektów dual-use. Takie rozwiązanie obniżyłoby koszt finansowania i pozwoliło przedsiębiorstwom przeznaczyć więcej kapitału na rozwój zdolności produkcyjnych ważnych dla bezpieczeństwa państwa. Potrzebne jest także szersze wykorzystanie gwarancji de minimis, które mogą ułatwić firmom dostęp do finansowania.

Wspominali panowie o local contencie i Polish contencie – to to samo?

Ireneusz Karaśkiewicz: Dla mnie to synonimy. Kluczowe jest planowanie udziału polskiego know-how już na etapie projektowania zamówień, a nie dopisywanie go później. Dobrym przykładem jest okręt rozpoznania radioelektronicznego budowany przez Remontowa Shipbuilding: cała platforma pływająca i projekt są polskie, a specjalistyczny system rozpoznania dostarcza zagraniczny partner – to pokazuje, jak wbudowywać polskie firmy w łańcuch dostaw tam, gdzie mamy realne kompetencje.

Trzeba też zmienić zasady przetargów, które dziś zbyt mocno premiują najniższą cenę i gotowość operacyjną, faworyzując zagranicznych dostawców. Proponowałbym trzy zmiany: określenie wymaganego udziału polskich podwykonawców w projektach, uwzględnianie kosztu całego cyklu życia produktu (life cycle cost) zamiast wyłącznie ceny zakupu oraz egzekwowanie umów offsetowych wymuszających transfer technologii i praw własności intelektualnej do polskich zakładów.

Co zaskoczyło panów najbardziej w tym, jak dual-use rozwija się dziś w Polsce?

Adam Pers: Skala tego zjawiska poza klasyczną zbrojeniówką. Rozmawiam dziś z klientami z branży odzieży technicznej, elektroniki, a nawet infrastruktury logistycznej i budowlanej – baz, zakwaterowania, systemów logistycznych dla wojska. To nie są miliardowe kontrakty, raczej dziesiątki milionów złotych, ale skala tego „miękkiego” dual-use jest większa, niż się spodziewałem.

Ireneusz Karaśkiewicz: Ja podkreśliłbym przewagę modelu, w którym dual-use realizują firmy komercyjne. Widziałem za granicą stocznie zbudowane pod jeden program zbrojeniowy, które po jego zakończeniu po prostu opustoszały. Firmy działające w warunkach konkurencji są sprawniejsze, szybciej przestawiają produkcję między sektorem cywilnym i wojskowym, a finansowanie jednego obszaru wzmacnia drugi. To, moim zdaniem, najlepsza droga w obecnej sytuacji niepewności.

Adam Pers: Zgadzam się. Chcemy, by mBank kojarzył się z rozwojem polskich firm w kierunku europejskich czempionów. Środki płynące dziś na obronność, jeśli będą dobrze wykorzystane, mogą wzmocnić całą polską gospodarkę. Powstaje w ten sposób pozytywny mechanizm: inwestycje w bezpieczeństwo napędzają rozwój firm, a silniejsze przedsiębiorstwa zwiększają odporność całej gospodarki.

Materiał powstał we współpracy z mBankiem