Po w sumie dość gładkim zwycięstwie w półfinałowym meczu z Francją w naszym małym andaluzyjskim miasteczku zapanowała euforia. Tym bardziej, że Hiszpanie obawiali się lekko faworyzowanych przez część ekspertów Les Bleus. Tymczasem to La Furia Roja dyktowała warunki.

Czytaj więcej

Awantura po finale mundialu. Argentyna bez honoru, sędzia Slavko Vincić stracił kontrolę

Rozpoczęło się oczekiwanie na finałowego przeciwnika, którego miał wyłonić mecz Anglików z Argentyńczykami. I tu do głosu doszła, dla nas niespodziewanie, mniejszość argentyńska, na co dzień mało widoczna. W dniu meczu zwolennicy ekipy Messiego opanowali bary i restauracje, zasiedli przed telebimami na plaży. Co ciekawe, niemal jak jeden mąż, wsparli ich Hiszpanie. Myśleliśmy, że to głównie kwestia wspólnoty językowej, ale nie tylko. Na lokalnych forach internetowych można było przeczytać m.in., że „w finale z Argentyną wygrają Hiszpanie, ale jeśli to Argentyna wygra, nie będziemy cierpieć, bo Argentyna i Hiszpania są kuzynami”. Albo że „będziemy świętować, jeśli wygra Hiszpania, ale to sport, a z Argentyną jesteśmy braćmi, których wiele łączy”. Ktoś inny pisał, że jako Hiszpan chciałby, żeby to reprezentacja jego kraju wygrała w finale, ale jeśli w tej konfrontacji górą miałaby być Argentyna, to też nie byłoby tak źle. Byle nie wygrały Anglia i Francja. One niech grają o trzecie miejsce. „Wystarczy zajrzeć do książek od historii, by przekonać się, że to te kraje były w przeszłości naszymi wrogami”. Ktoś przypomniał, że na początku XIX wieku naszą miejscowość okupowały wojska napoleońskie. A brytyjska flota zbombardowała i zniszczyła tutejszy zamek.

Ostatecznie marzenie Hiszpanów o finale z Argentyną spełniło się. I rozpoczęły się przygotowania do tego meczu. Ze sklepów zniknęły ostatnie koszulki reprezentacji Hiszpanii. Dosłownie co do jednej wyprzedały się też reprezentacyjne trykoty oferowane przez sprzedawców ulicznych. W mgnieniu oka rozeszły się też hiszpańskie flagi, które przyozdobiły okna i balkony w budynkach w naszym mieście. Nie przyjmę zakładów, ale z pewnością wzrosła też sprzedaż telewizorów, które pojawiły się w znakomitej większości barów, restauracji i należących do nich ogródków. Nawet tam, gdzie ich wcześniej nie było. Często po kilka. Niektórzy właściciele punktów gastronomicznych przynosili telewizory ze swoich mieszkań. Wszystko po to, by przyciągnąć jak najwięcej kibiców i nie dać konkurencji ich sobie odebrać.

Czytaj więcej

Donald Trump wygwizdany podczas ceremonii po finale mundialu

Te inwestycje i zabiegi nie poszły na marne. Bary, puby, restauracje zapełniły się przebranymi w reprezentacyjne hiszpańskie barwy kibicami na wiele godzin przed rozpoczęciem niedzielnego meczu. Argentyńczyków tym razem prawie nie było widać, ale chyba nikt z miejscowych tym razem za nimi nie tęsknił. Sprzedaż szła w najlepsze. Właściciele punktów gastronomicznych pewnie zatarli radośnie ręce po tym, jak okazało się, że do rozstrzygnięcia meczu potrzebna będzie dogrywka. Hiszpanie głośno i spontanicznie reagowali na wydarzenia na boisku. Po golu w wielu miejscach wystrzeliły race, choć do końca meczu brakowało jeszcze parę minut. Po ostatnim gwizdku sędziego rozpoczęło się szaleństwo. Ludzie rzucili się sobie w ramiona, śpiewali, krzyczeli, tańczyli. W miasto ruszyli motocykliści z flagami i trąbiące przeraźliwie samochody. W centralnym punkcie pod masztem z wielką hiszpańską flagą rozpoczęła się fiesta. Tłum śpiewał i tańczył. Były race, palenie gumy, kłęby dymu. Bawili się ludzie w różnym wieku. Młodzi, starsi, nie zabrakło małych dzieci. Kibice obsiedli fontannę, wcześniej wdrapywali się na pomniki w innych częściach miasta. Wszystko to grubo po północy. I choć wydawało się to niemożliwe, u nas obyło się chyba bez ofiar. Nie było awantur, agresji. Tłumu nie nadzorował ani jeden policjant czy strażnik miejski.

Potem impreza przeniosła się do barów przy plaży. I trwała do białego rana. W poniedziałek koło południa jeden z naszych znajomych Hiszpanów napisał w swoich mediach społecznościowych, że połowa mieszkańców naszego miasteczka spała minionej nocy prawdopodobnie 37 minut, zaś druga połowa nadal świętuje. Na ulicach i w barach Hiszpanie komentowali natomiast wydarzenia niedzielnego finału. Oczywiście zachwycali się grą swojej reprezentacji, nieco dziwiąc się przy tym słabemu występowi Argentyńczyków, niespecjalnie się nim jednak przejmowali. Nie było narzekań na nocne hałasy. Nie brakowało za to komentarzy politycznych, wyrażających zadowolenie z utarcia przez hiszpańskich piłkarzy nosa amerykańskiego prezydenta, który wcześniej atakował tutejszego premiera i zapowiadał zerwanie wszelkich kontaktów, w tym gospodarczych i handlowych z Hiszpanią.

Zwycięstwo Hiszpanów miało w naszej miejscowości jeszcze jedną niespodziewaną konsekwencję. Okazało się, że lemur Julien z naszego parku ornitologicznego dzień przed meczem trafnie wskazał jego zwycięzcę. W poniedziałek burmistrz i radny do spraw parków i ogrodów nagrodzili go za to wierną repliką pucharu, który za zwycięstwo w mundialu dostali piłkarze Hiszpanii.