Będzie to o 100 tys. baryłek ropy więcej niż w rekordowym 2007 roku. A w ubiegłym, kryzysowym roku dziennie na świecie zużywano 84,93 mln baryłek – wynika z opublikowanego wczoraj raportu MAE. Zdaniem Davida Fyfe, szefującego działowi produkcji i przetwarzania ropy, najwyraźniej odbudował się popyt w Ameryce Północnej, regionie Pacyfiku, Azji i na Bliskim Wschodzie.
Większe zapotrzebowanie na ropę naftową będzie zaspokajane głównie z produkcji krajów nienależących do OPEC, głównie Rosji. Wzrost produkcji w tych krajach wyniesie ok. 220 tys. baryłek dziennie i wyniesie ok. 52 mln baryłek. To efekt zwiększonego wydobycia w krajach OECD, czyli Norwegii, Wielkiej Brytanii i Meksyku. Jednocześnie MAE przewiduje znaczący spadek zapasów ropy – do 29,1 mln baryłek.
Rynek nie zareagował wczoraj na rewelacje MAE wzrostem cen. Rosnące zapotrzebowanie na ropę było odczuwalne już od dłuższego czasu. Pod koniec dnia baryłka Brenta w Londynie kosztowała niespełna 84 dol., to taniej niż zeszłotygodniowy rekord – 87 dol. Z tym że nie ma co liczyć, iż w tej sytuacji ropa stanieje. Najprawdopodobniej jej ceny będą wahały się w granicach 80 – 90 dol. przez dłuższy czas. Znaczne ilości ropy w tej chwili posiadają fundusze inwestycyjne. To oznacza, że jeśli ropa podrożeje do 89 – 90 dol. za baryłkę, zacznie się jej wyprzedaż. Tyle że ceny nie spadną raczej poniżej 84 dolarów za baryłkę, bo ta cena wsparcia jest solidna i kilkakrotnie już była testowana.
OPEC panicznie obawia się, aby ceny nie zaczęły zbliżać się do poziomu 100 dol. za baryłkę, ponieważ będzie to bardzo niekorzystne dla odradzającego się wzrostu PKB. Gdyby jednak doszło do takiej sytuacji, przedstawiciele kartelu będą starali się obniżyć je wypowiedziami, które zawsze ważą na cenach.
Na razie wydobycie ropy w OPEC spada, jest to głównie spowodowane sytuacją w Iraku, który ma kłopoty techniczne z pozyskiwaniem surowca.