Jeszcze w grudniu w biurach turystycznych było tłoczno. W styczniu sprzedaż wycieczek spadła, a w lutym rynek się załamał. Liczba klientów stopniała o jedną czwartą. Za to ceny zaczęły ostro iść w górę. Dwa tygodnie temu biuro Itaka podwyższyło je o 8 – 10 proc. i na tym pewnie się nie skończy. – Sytuacja szybko się zmienia. Nie zdążyliśmy jeszcze poinformować wszystkich klientów o podwyżkach, a powinniśmy już informować o kolejnych – mówi Piotr Henicz, dyrektor biura sprzedaży i marketingu Itaki.

Organizatorzy wyjazdów nie mają wyjścia. Słaby złoty drastycznie podbija koszty imprez. Tymczasem kalkulacja większości wycieczek została przygotowana jeszcze jesienią ubiegłego roku, gdy kurs euro był niższy od dzisiejszego o blisko jeden złoty. Biura wprowadziły więc dopłaty kursowe. Ich wysokość zależy od kierunku i kosztu wycieczki. Najwyższe dotyczą najdłuższych przelotów: kto wybiera się do Meksyku lub Tajlandii, musi do pierwotnej ceny dołożyć jeszcze 700 – 800 zł. W rezultacie wyjazdy zimowe zdrożały w porównaniu z ubiegłym rokiem o 20 – 25 proc. Letnie – jeśli złoty się nie wzmocni – mogą podrożeć przynajmniej o 35 proc.

Do obecnych kłopotów biur turystycznych przyczynił się wyjazdowy boom z ostatnich dwóch lat. W każdym z nich rynek turystyki wyjazdowej zwiększał się o 40 proc. Organizatorzy byli przekonani, że w tym roku będzie podobnie.

– Wiosną ubiegłego roku drzwi w biurach nie zamykały się, więc ich szefowie jeździli za granicę, by zamawiać miejsca w hotelach na rok do przodu. Nikt wtedy nie myślał o kryzysie ani o wzmocnieniu euro. Teraz za puste pokoje i niewykorzystane miejsca w samolotach trzeba będzie słono zapłacić – mówi członek zarządu znanego touroperatora. Biura podróży może to doprowadzić do wysokich strat. W rezultacie część z nich może zniknąć z rynku.

– Taka sytuacja może położyć nawet te firmy, które uznawane są za krezusów – ostrzega wiceprezes Polskiej Izby Turystyki Józef Ratajski. Biura już wzięły się do ostrego cięcia kosztów. Zaczęły likwidować połączenia z peryferyjnych lotnisk, rezygnują z mało rentownych kierunków.

– Już podjęliśmy decyzje o zredukowaniu części programów – przyznaje Remigiusz Talarek, wiceprezes giełdowego biura Rainbow Tours. Spółka przyznaje, że nie zrealizuje zaplanowanych na ten rok przychodów. – W obecnej sytuacji założone wcześniej pół miliarda złotych staje się mało realne – przyznaje Talarek.

Czy słaby złoty zwiększy przynajmniej liczbę turystów odwiedzających Polskę? – Są na to szanse – twierdzi prezes Instytutu Turystyki Krzysztof Łopaciński. Z ubiegłorocznych szacunków instytutu wynika, że w 2009 roku liczba przyjazdów do Polski wzrośnie do ok. 13,1 mln z 12,9 mln w roku ubiegłym. Ale władze PIT są sceptyczne.

– Od kilku lat pieniądze na promocję Polski za granicą są takie same – ok. 38 mln zł. Przy drogim euro wartość tych pieniędzy jeszcze zmalała. A bez reklamy przyjeżdżających nie przybędzie – mówi wiceprezes Ratajski.