Z tego artykułu dowiesz się:
- Dlaczego kluczowy organ Narodowego Banku Polskiego wkrótce może działać w składzie niezgodnym z ustawą.
- Na czym polega spór polityczny, który blokuje uzupełnienie zarządu NBP i wymaga kontrasygnaty premiera.
- Jakie negatywne konsekwencje dla reputacji i legalności uchwał banku centralnego niesie za sobą obecny impas.
– Brak spełnienia ustawowego limitu liczby członków zarządu NBP może mieć istotne znaczenie zwłaszcza przy podejmowaniu niestandardowych, trudnych decyzji, których wykluczyć nie można szczególnie w dobie wysokiego ryzyka geopolitycznego – ostrzega w rozmowie z „Rzeczpospolitą” prof. Małgorzata Zaleska, dyrektor Instytutu Bankowości SGH. Prof. Zaleska zasiadała w zarządzie NBP w latach 2009-2015, powołał ją na to stanowisko prezydent Lech Kaczyński. – W takich uwarunkowaniach jakiekolwiek wątpliwości, słuszne czy niesłuszne, co do legalności uchwał organów banku centralnego są bardzo niepożądane – wyjaśnia ekonomistka.
Jak dodaje Zaleska, bank centralny powinien działać w zaciszu gabinetów, budując reputację i zaufanie do kraju i sektora finansowego. – Wszelkie działania zaburzające powagę banku centralnego, czy też wciąganie tej instytucji w rozgrywki polityczne, mogą mieć istotne, negatywne konsekwencje, zwłaszcza w obecnych, turbulentnych czasach. Naruszanie ustawowych zapisów w zakresie liczby członków zarządu nie buduje stabilności i reputacji banku centralnego, a także nie pomaga w bieżącym zarządzaniu tą instytucją, w tym w zakresie zastępowalności prezesa i innych członków zarządu – zauważa.
Czytaj więcej
Po wydarzeniach wokół Trybunału Konstytucyjnego w tym tygodniu w centrum uwagi znajdzie się jeszcze Narodowy Bank Polski i jego prezes Adam Glapińs...
O co chodzi w konflikcie wokół zarządu NBP?
4 listopada kończy się kadencja Adama Lipińskiego, członka zarządu Narodowego Banku Polskiego. Jego odejście może doprowadzić do bezprecedensowej sytuacji: skład zarządu spadnie do pięciu osób, podczas gdy ustawa o NBP przewiduje, że powinno w nim zasiadać od sześciu do ośmiu członków (nie licząc prezesa banku). Oznacza to, że najważniejszy organ wykonawczy banku centralnego będzie funkcjonował w składzie niezgodnym z ustawowym minimum.
Obecnie, poza prezesem Adamem Glapińskim, w zarządzie zasiadają: Adam Lipiński, Marta Gajęcka, Paweł Mucha, Artur Soboń, Rafał Sura i Paweł Szałamacha. Problem z uzupełnieniem składu ciągnie się od marca, kiedy zakończyły się kadencje pierwszej wiceprezes Marty Kightley oraz Piotra Pogonowskiego. W rezultacie NBP ma obecnie tylko jednego wiceprezesa, choć ustawa przewiduje dwóch.
Prezes NBP Adam Glapiński przedstawił kandydatury osób, które miały uzupełnić zarząd. Chodzi o powrót Marty Kightley, powołanie Ludwika Koteckiego w miejsce Pogonowskiego oraz Przemysława Litwiniuka w miejsce odchodzącego Lipińskiego. Od stycznia 2027 r. do zarządu miałby dołączyć także Marcin Zarzecki, zastępując Martę Gajęcką, której kadencja wówczas wygasa.
Czytaj więcej
Prezydent Karol Nawrocki ponownie skierował do premiera Donalda Tuska dokumenty dotyczące powołania czterech członków zarządu Narodowego Banku Pols...
Bez zgody premiera Tuska ani rusz
Zgodnie z ustawą członków zarządu NBP powołuje prezydent na wniosek prezesa banku centralnego. Problem polega na tym, że postanowienia prezydenta wymagają kontrasygnaty premiera. Prezydent Karol Nawrocki przedstawił już wskazane kandydatury, jednak Donald Tusk nie podpisał odpowiednich dokumentów. Pierwsze wnioski zostały odesłane bez kontrasygnaty w maju. Ponowienie nominacji nie przyniosło dotąd rezultatu. Premier nie jest przy tym prawnie zobowiązany do złożenia podpisu.
Kandydatury miały stanowić polityczny kompromis. Kightley jest związana z obecnym prezesem NBP, Zarzecki ze środowiskiem bliskim prezydentowi, natomiast Kotecki i Litwiniuk są kojarzeni z obozem rządzącym. Wśród przyczyn ponownego impasu wskazywany jest m.in. spadek zaufania rządu do Glapińskiego po jego wspólnej konferencji z prezydentem dotyczącej koncepcji „polskiego SAFE 0 proc.”.
Na razie NBP przygotowuje się do zmian organizacyjnych. Prezes Glapiński przejął już bezpośredni nadzór nad dwoma departamentami dotychczas nadzorowanymi przez Lipińskiego: Departamentem Edukacji i Wydawnictw oraz Departamentem Finansów. Nie rozwiązuje to jednak zasadniczego problemu – po 4 listopada zarząd może znaleźć się poniżej ustawowego minimum, a termin jego uzupełnienia pozostaje nieznany.