fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Problem tkwi w elitach

Antoni Z. Kamiński
Fotorzepa, ms Michał Sadowski
Posłowanie do Sejmu nie jest dziś traktowane jako służba Rzeczypospolitej, lecz jako sposób na osiągnięcie stosunkowo niezłego dochodu czy przywilejów. Na dodatek kosztem niewielkiego wysiłku – pisze socjolog.
Co łączy Leszka Millera, Janusza Palikota, Aleksandra Kwaśniewskiego, Jarosława Kaczyńskiego i Donalda Tuska? A komentatorów politycznych „Gazety Wyborczej”, „Krytyki Politycznej” i „(W) Sieci”? Jest taki temat – strach przed jednomandatowymi okręgami wyborczymi.
Równowaga między władzą wykonawczą a ustawodawczą jest w Polsce dramatycznie zachwiana
Najczęściej krytycy przedstawiają dwa rodzaje argumentów. Po pierwsze: „Pomysł jest zły, o czym świadczy przykład senatora Stokłosy i brak sukcesu kandydatów niezależnych w ostatnich wyborach do Senatu”. Po drugie: „Pomysł jest dobry, ale to nie jest właściwy moment na jego wprowadzenie, a społeczeństwo do niego nie dorosło”.

Epidemia partyjniactwa

Co do przykładu senatora Stokłosy, proponuję policzyć posłów do Sejmu, którzy mieli kłopoty z prawem – będą ich dziesiątki. Ważnymi punktami programu PO z 2005 r. była likwidacja Senatu, a także wprowadzenie ordynacji opartej na jednomandatowych okręgach. Senat czerpie swój prestiż tylko z nazwy – z faktu bycia „izbą wyższą”, w istocie jest izbą zbędną, bo nie wnosi do procesu legislacyjnego żadnej wartości dodanej, po prostu dubluje funkcje Sejmu. Postulat zmiany ordynacji wyborczej został zrealizowany przy okazji ubiegłorocznych wyborów do Senatu oraz, częściowo, w wyborach samorządowych. Skoro jednak wybory do Senatu są dla polityki państwa nieistotne, to nic dziwnego, że znalazły się w cieniu wyborów do Sejmu.
Zauważmy też, że postulatem ruchu JOW nie jest likwidacja partii politycznych, które są niezbędnym elementem funkcjonowania demokratycznego państwa. Kiedy mowa o epidemii „partyjniactwa”, chodzi o groźne rozprzestrzenianie się nepotyzmu i politycznego klientelizmu, o czym wiele można było się dowiedzieć w roku ubiegłym przy okazji „afery taśmowej”. Mowa więc nie o konieczności likwidacji partii, ale o wyrodnieniu państwa.
Argument, że „JOW jest dobrym pomysłem, lecz społeczeństwo do niego nie dojrzało”, padł z ust prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego wkrótce po jego wyborze na drugą kadencję. Zbieżność w czasie tej opinii z dokonanym przez naród wyborem jest wystarczającym do niej komentarzem.
Argument o niedojrzałości polskiego społeczeństwa pojawia się wśród przedstawicieli elity często. Wystarczy obejrzeć wiadomości telewizyjne w jakimkolwiek programie, także telewizji publicznej, by stwierdzić, iż jest to świadome ogłupianie tego społeczeństwa. A przecież o treściach tych programów decyduje elita polityczno-kulturalna.

Argumenty jak za Gomułki

Zaprzepaszczonym, choć najlepszym momentem dla wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych były pierwsze wolne wybory do parlamentu w październiku 1991 roku. W przygotowanej wtedy przez Sejm ordynacji zwyciężyły jednak, jak zauważyła bezpośrednia uczestniczka wydarzeń, prof. Janina Zakrzewska, interesy partykularne poszczególnych środowisk politycznych.
Dominacja interesów partykularnych jest zresztą zjawiskiem trwałym i dostrzeganym przez wszystkich obserwatorów sceny politycznej, choć zawsze w stosunku do przedstawicieli przeciwnego obozu. Zapytajmy, czy dominację interesów partykularnych w polskim życiu politycznym powoduje „złe” społeczeństwo czy złe instytucje? Większość komentatorów, o których mowa, uważa, że instytucje są dobre, tylko społeczeństwo do nich nie dojrzało. Notabene argument ten po raz pierwszy usłyszałem w czasach rządów Władysława Gomułki.
Ale przecież, z definicji, do elity należą ludzie, którzy mają władzę i wpływy. Osiągnęli je zaś w ramach tychże instytucji. Zatem partykularyzm nie jest przede wszystkim cechą społeczeństwa, ale właśnie – ich; tych, którzy pod względem intelektualnym i moralnym powinni stać wyżej od społeczeństwa. Jeżeli widzą oni problem niesprawności rządów, jak niektórzy komentatorzy ze strony PiS, to polega on głównie na tym, że PiS jest w opozycji. Natomiast objęcie przez PiS steru rządu automatycznie podniosłoby jakość polskiej polityki.
Właściwą perspektywą analizy są instytucje ustrojowe jako całość. Tej całościowej perspektywy w zmasowanej krytyce JOW nie widać. Ordynacja wyborcza jest traktowana w oderwaniu od funkcjonowania państwa, a przecież kwestia ordynacji jest jedną z dwóch najważniejszych decyzji ustrojowych. Czy zatem mamy uznać, że nie ma żadnego związku między ustrojem państwa a jakością polityki realizowanej w jego ramach?

Sejm pełen semaforów

Przyjrzyjmy się zatem kondycji naszego państwa: inwestycjom infrastrukturalnym, budowie autostrad i stanowi dróg (tu państwo powinno się najlepiej sprawdzić); stanowi kolei oraz infrastruktury kolejowej; szkolnictwu; ochronie zdrowia; polityce gospodarczej itp. Można by tę litanię słabości naszego państwa kontynuować, bo nie sposób wskazać dziedziny, w której funkcjonowałoby ono w sposób przyzwoity. Bardziej niepokojące jest jednak wrażenie, iż rozkład państwa postępuje.
Dowiadujemy się o tym niemal codziennie z prasy, radia i telewizji. Mowa o błędach popełnianych przez urzędników i ich bezduszności. Ale przecież urzędnicy działają w określonych strukturach instytucjonalnych. Te struktury to świetny temat do debaty publicznej, jeśli oczywiście miałaby ona prowadzić do konstruktywnych wniosków. Zamiast tego głównym tematem debat są jednak związki partnerskie, parytety, zapłodnienie in vitro i nienowoczesność społeczeństwa, czego mają dowodzić naciągane badania socjologiczne.
Instytucją, która powinna się tymi sprawami zająć, jest parlament, powołany wszak do tego, by kontrolować władzę wykonawczą i sprawować ogólny nadzór nad państwem. Nie jest on jednak w stanie tego zrobić, bo równowaga między władzą wykonawczą a ustawodawczą jest w Polsce dramatycznie zachwiana na korzyść egzekutywy.
Koalicja PO–PSL rządzi też Sejmem, gdzie ma większość. Najsilniejsza partia opozycyjna, mająca w tych warunkach niewiele do powiedzenia, skupiła swą uwagę (zamiast badać decyzje rządu i projekty ustaw) na tragedii smoleńskiej. Skoro administracja publiczna – od administracji centralnej po administrację samorządową – jest w znacznym stopniu obsadzona przez partyjnych nominatów, to rząd nie będzie egzekwował odpowiedzialności od osób, które personalnie są blisko związane z jego kierownictwem. Losy afery hazardowej są jednym z licznych tego przykładów.
A gdy Sejm jest podporządkowany rządowi, posłowie zaś są w znacznej mierze sprowadzeni do roli „semaforów”, które mechanicznie reagują na polecenia partyjne, to władza ustawodawcza nie jest w stanie egzekwować odpowiedzialności od rządzących. Posłowanie do Sejmu nie jest traktowane jako służba Rzeczypospolitej, lecz jako sposób na osiągnięcie stosunkowo niezłego dochodu, przywilejów. Na dodatek kosztem niewielkiego wysiłku.
Słabość wymiaru sprawiedliwości jest tylko ważnym skądinąd uzupełnieniem tego obrazu. Problem, jak widać, tkwi w elitach polityczno-kulturalnych i im należy się przyjrzeć.

Destabilizacja status quo

Jaki ma to związek z ordynacją wyborczą? W latach 90. miał miejsce ważny spór dotyczący zalet i wad ordynacji wyborczych. Jej wynik prof. Pippa Norris z Uniwersytetu Harvarda podsumowała następująco: to kwestia wyboru wartości, ordynacja typu JOW sprzyja skuteczności rządów i rozliczaniu urzędników publicznych; ordynacja proporcjonalna zapewnia większą sprawiedliwość reprezentacji, tj. proporcjonalność. Zgodził się z tym wnioskiem najbardziej znany adwokat ordynacji proporcjonalnej, prof. Arend Lijphart.
Można jednak zapytać, czy przy niskiej skuteczności rządów i nierozliczanych urzędników publicznych da się zrealizować sprawiedliwość społeczną? Krytycy postulatu jednomandatowych okręgów wyborczych w ogóle nie podejmują w tym kontekście kwestii kondycji polskiego państwa, oddzielając te dwie sprawy od siebie albo zrzucając odpowiedzialność na barki „społeczeństwa”. A to sprawa podstawowa. Jeżeli widzą oni lepszy sposób na to, jak zaradzić psuciu się państwa, to dyskutujmy o tym. Ale tej dyskusji jakoś nie ma. Trudno się więc dziwić, że znakomita większość obywateli tego kraju uważa, iż niewiele się u nas zmieni , jeżeli nie zmieni się ordynacji wyborczej na taką, która zapewni elektoratowi zdolność rozliczenia osób pełniących funkcje publiczne.
Dyskutanci, którzy wskazują na ryzyko związane ze zmianą ordynacji wyborczej, mają rację – ryzyko destabilizacji istnieje. Na dłuższą metę mamy jednakże pewność, że stabilizacja obecnego, niewydolnego systemu instytucji państwa może przynieść, z punktu widzenia dobra ogólnego, tylko złe skutki. Także dla profitariuszy obecnego status quo.

Autor jest profesorem w Instytucie Studiów Politycznych PAN i Collegium Civitas. Był szefem Transparency International Poland
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA