fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Styl życia

Jak zapełnić koszyczek Mirosława Huflejt-Łukasik

Rzeczpospolita
Z dr Mirosławą Huflejt-Łukasik, psychologiem, rozmawia Małgorzata Subotić
Rz Podobno psychologię studiują osoby, które chcą sobie pomóc. Tak rzeczywiście jest?
80 procent studentów przychodzi na psychologię z mniej lub bardziej uświadomioną motywacją, że chcieliby znaleźć receptę na własne problemy. Tak wynika z badań. I może nie jest to wcale zła motywacja.
Przecież psycholog ma pomagać innym, a nie sobie.
Nie mielibyśmy studentów, gdybyśmy odrzucali osoby z taką motywacją. Pytanie zresztą, co one z tym dalej zrobią: czy mogą odrzucić to, co je w życiu spotkało, i pomagać innym, czy też są na tyle zaburzone, że powiemy im wprost, iż nie mogą pracować z pacjentami. Nie mogą prowadzić psychoterapii.
Właściwie dlaczego? Może taka osoba lepiej rozumie problemy drugiego człowieka, bo zna je z autopsji.
Jeśli psychoterapeuta miał problemy, ale jest w miarę zdrowy, to wszystko w porządku. Miałam kiedyś trenerkę, która uczyła mnie NLP (neurolingwistycznej psychoterapii i programowania). Jako piętnastoletnia dziewczynka przeszła depresję i specjaliści bardzo jej pomogli. Później wymyśliła sobie misję, chciała się odpłacić. I rzeczywiście jest psychoterapeutą, który bardzo skutecznie pomaga ludziom.
A jaka była pani motywacja, aby zająć się psychologią?
Chciałam być reżyserem teatralnym. Ale najpierw trzeba było coś studiować albo przygotować jakąś inscenizację. Wzięłam informator, by zobaczyć, co jako humanistka mogę studiować bez problemu. I wyszło, że psychologię, bo jestem w stanie zdać wymagane na nią egzaminy.
I taka motywacja pozostała do końca?
Zaciekawienie psychologią powodowało też moje życie rodzinne. Rodzice są z pokolenia tych, którzy przeżyli wojnę. Polacy mają sporo powodów, aby pracować nad sobą i pokonywać różne wojenne traumy.
Dzięki psychologii można sobie pomóc?
Można. Mój mąż jest taką wspaniałą osobą, że niemal na wszystko mówi „nie”. Gdybym nie wiedziała dzięki wiedzy wyniesionej ze studiów, że jest to dar ludzi kreatywnych, którzy uwielbiają się spierać, znajdować inne punkty widzenia, to zupełnie nie rozumiałabym, dlaczego tak się zachowuje.
I na pewno byłabym gorszą matką niż jestem. Co nie znaczy, iż uważam się za najlepszą. Wiele spraw byłoby dla mnie trudnych i niezrozumiałych. Jako osoba impulsywna, nie znając pewnych mechanizmów i procesów, ładowałabym się w trudne sytuacje. A tak pomagam innym, by tego nie robili.
Co pani dała wiedza psychologiczna w rozumieniu własnych dzieci?
Już przez całą ciążę dbałam o siebie, jak nigdy. Gimnastykowałam się, nie jadłam słodyczy. Gdy urodziło się moje pierwsze dziecko, byłam bardzo szczęśliwa. Wzięłam urlop dziekański, siedziałam sobie z dzieckiem i myślałam, co kobiety mają przeciwko byciu w ciąży. Uważałam, że ciąża jest super, dziecko jest super, a ja mam superfigurę, bo ważę 49 kilko. I pomyślałam sobie, że to dobry pomysł, by urodzić drugie. Wtedy okazało się, że między dziećmi pojawiają się konflikty.
Jakie?
Dzieci się kłócą, spierają. Chciałyby to samo. Jeszcze pół biedy, gdy coś się da podzielić. Ale laleczki już się nie da.
By temu zaradzić, wystarczy chyba dorosły ze zdrowym rozsądkiem?
Tego rodzicom często brakuje. Zresztą, aby dziecko było szczęśliwe, wystarczy, że jest kochane. I nawet jeśli w jego wychowaniu pojawią się różne błędy, ale jest kochane, to i tak wyjdzie na prostą. Poradzi sobie w życiu.
Na przykład jakie błędy?
Na przykład gdy rodzicom myli się wychowanie z tzw. wychowaniem bezstresowym, a w skrajnych przypadkach przyzwalają na rozwydrzenie dzieci. Rodzic jest rodzicem i ma jednak inne prawa. To nie jest demokracja i nie każdy głos liczy się tak samo. Pięcioletnie dziecko nie może decydować, mimo że bardzo by chciało. Normalne też, że próbuje.
Sądzę, że każdy rodzic na swój sposób kocha, nawet jeśli społeczeństwo ocenia to zupełnie inaczej. Psychologia wykazuje, że nic nie bierze się z niczego. Jeśli ktoś nie potrafi dać miłości, to dlatego, że sam jej nie dostał i nie ma z czego dać.
Jak to „nie ma z czego dać”?
Jeśli sam ma pusty koszyczek, to nie ma z czego dać swojemu dziecku. Choćby bardzo chciał.
Ten syndrom „pustego koszyczka” jest straszny, bo „naznacza” na całe życie.
Jeśli zdajemy sobie z niego sprawę, możemy próbować coś zaradzić.
Jak można to zrobić z pustym koszykiem?
Można. Po to człowiek spotyka się z psychoterapeutą, a potem z innymi ludźmi, by znaleźć to, czego nie dali mu rodzice. Zgoda, że to trochę późno, ale lepiej późno niż wcale.
Nie wierzę, by psychoterapeuta mógł napełnić koszyk.
Trzeba natrafić na dobrego psychoterapeutę. Bo co dają rodzice? Miłość, zrozumienie, wsparcie.
Psychoterapeuta miłości chyba dać nie może?
Ale zrozumienie i wsparcie. I choć różne szkoły się prześcigają, która metoda jest lepsza, najważniejsza jest relacja między psychoterapeutą i pacjentem. Chodzi o dobrego człowieka, który siada obok nas. Dla mnie źródłem dobrych doświadczeń były różne babcie, które w życiu spotykałam.
Jakie babcie?
Mojego kolegi z przedszkola, koleżanki ze szkoły. Rodziców nie było w domu, gdy wracaliśmy, ale były babcie, które dawały dużo dobrego kontaktu, ciepła.
Nawet cudza babcia może dać ciepło. Ale psychoterapeuta to taki szaman, który coś szepcze i udaje, że delikwentowi to pomoże.
Jeśli szaman jest skuteczny, pomoże nam poczuć się szczęśliwymi, to co za problem w takiej analogii. Są ludzie, którzy mają trudną sytuację życiową, a i tak są szczęśliwi. Mają w sobie dobre podstawy: wiedzą, że ktoś ich kocha i że coś, co jest trudne, za chwilę minie. Ale jest też mnóstwo osób, które mają wszystko, i nie są szczęśliwe. Bo szczęście jest w człowieku. W sile, którą powinni dać mu rodzice. Jeśli tak się nie stało, to w jakiejś mierze tę siłę próbuje przekazać psychoterapeuta.
Czy można manipulować sobą, by poczuć się szczęśliwym?
Poczucie szczęścia nie bierze się z pustki. Nie można go sobie wmówić. Jeśli podczas hipnozy terapeuta będzie tylko powtarzał: „jesteś szczęśliwa, jesteś szczęśliwa”, to to nic nie da.
Jeśli będę, stojąc przed lustrem, mówić: jesteś szczęśliwa?
Co najwyżej pomoże to na krótką metę.
A jak będę sobie powtarzać: jestem nieszczęśliwa, to poczuję się gorzej?
Wtedy tak. W tę stronę to działa.
Jadwiga Staniszkis twierdzi, że manipuluje sobą, by czuć się szczęśliwą.
Zależy, co przez to rozumie. Jest taka książka o Pollyannie, w której bohaterka szuka w życiu pozytywów. Wtedy jest to wspaniała manipulacja. Jeśli człowiek potrafi popatrzeć, co pozytywnego wynosi na przykład z jakiegoś trudnego doświadczenia, to jest to jedna z lepszych rzeczy, jaką można w życiu zrobić.
A inne metody manipulacji oprócz szukania wszędzie pozytywów?
Ważne jest to, co sobie sami mówimy. Zamiast stwierdzić „jestem nieudacznikiem”, możemy sobie powiedzieć: zaraz, jestem jak każda inna osoba, wiele rzeczy mi się udaje, a czasem coś nie. Ludzie powinni mówić do siebie dobre rzeczy, nie ranić się pochopnymi negatywnymi autoocenami. Trzeba być dla siebie dobrym, dbać o siebie. Jak człowiek chce sobie odpocząć, to niech odpocznie. Jak chce kupić sobie ciastko, niech kupi. Ale czy to jest manipulacja?
Może to jest egoizm i lenistwo?
To bardzo zdrowy egoizm. Najpierw trzeba zadbać o siebie. Bo nie można pomagać innym, gdy nie potrafi się zadbać o siebie.
Adiunkt w Katedrze Psychologii i Psychoterapii Uniwersytetu Warszawskiego. Psychoterapeutka i doradca w firmach komercyjnych. Zajmuje się mechanizmami psychopatologii, problemami etycznymi w psychoterapii, treningiem psychoterapeutycznym, coachingiem metodą NLP. Skończyła psychologię na Uniwersytecie Warszawskim, tam też zrobiła doktorat. Ma męża i dwoje dzieci.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA