fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biura podróży

Gdy państwo chowa głowę w piasek

Fotorzepa, Michał Grodkowski Michał Grodkowski
Państwo, w postaci licznych instytucji, zostawiło polskiego turystę, którego biuro podróży upadło, bez należytej opieki. Choć gwarantuje mu ją prawo europejskie - pisze ekspert od prawa turystycznego
„Powiem brutalnie - ja się dużo bardziej przejmuję losem turystów niż biur turystycznych" - premier Donald Tusk, 27 lipca 2012 r.
Podczas ostatnich wakacji poszkodowanych zostało kilkadziesiąt tysięcy turystów. Bezpośrednim sprawcą szkody byli organizatorzy turystyki. To oni, popełniając błędne decyzje biznesowe, nie radząc sobie na coraz bardziej konkurencyjnym rynku, doprowadzali do niewypłacalności ich firm. Czasem – jak coraz częściej się podnosi – były to prawdopodobnie celowe działania mające na celu oszukanie klientów.
Takie sytuacje, abstrahując od skali, nie należą do rzadkości. Niektórzy uznają je wręcz za „normalne" w przyjętym modelu gospodarki. O normalności nie można jednak powiedzieć odnośnie do tego, jak nasze państwo w całej tej sytuacji się zachowuje.
Przypomnieć należy, że w tym zakresie mamy szczególną ochronę klientów biur podróży wynikającą z dyrektywy 90/314. Mówiąc w pewnym skrócie – jeżeli klient wpłaca do biura podróży pieniądze za wycieczkę, to gdy biuro podróży staje się niewypłacalne, powinien otrzymać jej pełny zwrot. Jeżeli już wyjechał, to powinien mieć zapewniony transport powrotny. Tylko tyle i aż tyle.
Od kilku dobrych lat wiemy, że nasz ustawodawca ma ogromny problem z wprowadzeniem tych zasad w życie. W 2010 r. podjęto próbę reformy, która – jak obecnie obserwujemy – skończyła się fiaskiem. Można oczywiście podnosić, że stworzenie takiego systemu to nie jest prosta rzecz. Nie kwestionuję tego. Niewątpliwie zabrakło jednak wyobraźni lub dobrej woli (a najpewniej jednego i drugiego) aby ten system rzeczywiście uzdrowić. Była to regulacja nieco na próbę. Nowelizacji od początku towarzyszyły głosy, że konsumenci w dalszym ciągu nie będą chronieni na poziomie wymaganych przez dyrektywę. Zrobiono coś, jak to się nierzadko u nas zdarza, co w pewien sposób uśpiło czujność  Komisji Europejskiej, która zwracała uwagę na ten problem. Jakoś uwierzono wiceminister sportu i turystyki Katarzynie Sobierajskiej, która w dniu wejścia nowelizacji w życie deklarowała, że ustawa w pełni wdraża dyrektywę. Zapomina się jednak, że oceny zgodności naszego prawa z prawem unijnym dokonuje się nie w oparciu o formalne brzmienie ustawy, ale w oparciu o standard, który funkcjonuje w praktyce.
A jaki mamy standard? Klienci nie otrzymują pełnego zwrotu pieniędzy, a i na to muszą czekać ponad rok. Jak to pogodzić ze stanowiskiem Komisji Europejskiej, że zwrot przedpłaty w wyniku uruchomienia zabezpieczenia finansowego powinien nastąpić niezwłocznie i bez zbędnych formalności?
Sukcesy mają wielu ojców. Inaczej jest z błędami i porażkami. Do tych nikt się nie chce przyznać. Minister Katarzyna Sobierajska ogłasza – jak wspomniałem – że dyrektywa została w ustawie wdrożona w pełni. Minister finansów oświadcza, że w rozporządzeniu w sprawie wysokości gwarancji określił minimalne kwoty, które przedsiębiorcy mogli podnieść (to trochę tak, jak zgłoszenie się do ubezpieczyciela z chęcią podwyższenia sumy ubezpieczenia OC i płacenia związanej z tym wyższej składki). UOKiK nie czuje się w tej sprawie zbyt kompetentny i odsyła do Ministerstwa Sportu i Turystyki, mimo że jeszcze kilka lat temu na pytanie w ankiecie unijnej, czy są u nas jakieś problemy z funkcjonowaniem zabezpieczenia finansowego, odpowiadał cytując treść przepisów ustawy o usługach turystycznych.
Teraz słyszymy, że jeden z marszałków województw stara się odzyskać środki wydane z budżetu samorządu na zapewnienie powrotu turystów do kraju w sytuacji, gdy gwarancja nie była wystarczająca. Występuje do ministra finansów, a ten odsyła go do kolejnych organów – ministra sportu i turystyki oraz „Polskiej Organizacji Turystyki" (zapewne chodziło mu o „Polską Organizację Turystyczną") (czytaj: "Niech za sprowadzanie turystów płaci POT", "Minister Finansów: nie zapłacimy za powroty turystów"). Minister zapomina chyba jednak, że to jego rozporządzenie określa kwoty wysokości gwarancji. Sytuacja staje się coraz mniej poważna.
Jak wspomniałem, zabrakło wyobraźni i dobrej woli. Wyobraźni – bo państwo nie było przygotowane na taki rozwój wydarzeń. Dobrej woli – bo było w zasadzie oczywiste, że ochrona nie jest wystarczająca. Był to więc klasyczny przykład bomby z opóźnionym zapłonem. Odkładanie tego problemu przy takiej skali zjawiska nie służy niczemu i nikomu. Abstrahując od trafności odpowiedzi ministra finansów w sprawie wniosku marszałka województwa o zwrot środków - jeżeli marszałek województwa spotyka się z takim podejściem, to co mają powiedzieć tysiące poszkodowanych klientów biur podróży? Dlaczego państwo nie potrafi zapewnić im ochrony, tak jak inne państwa Unii Europejskiej zapewniają swoim obywatelom? Dlaczego konsumenci nie mogą liczyć na instytucje publiczne, które powinny troszczyć się o ochronę ich interesów?
W związku z tym problemem należałoby wyraźnie wskazać na konieczność działań w dwóch kierunkach. Po pierwsze, należy poprawić obowiązujące przepisy, które nie zapewniają klientom ochrony na poziomie wynikającym z dyrektywy 90/314. Po drugie – o czym nie można zapominać – państwo przez swoje organy powinno wyraźnie wskazać poszkodowanym klientom ścieżkę dochodzenia od Skarbu Państwa odszkodowania w związku z nieprawidłowo wdrożonym w prawie polskim art. 7 dyrektywy 90/314. Biorąc pod uwagę orzecznictwo Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości, odszkodowania i tak trzeba będzie zapłacić, a tylko kolejny raz zaufanie obywateli do państwa zostanie wystawione na próbę. Czy warto marnotrawić ten kapitał?
Dr Piotr Cybula, radca prawny
Kancelaria Bielański i Wspólnicy
Źródło: turystyka.rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA