fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biura podróży

Fundusz turystyczny to populistyczne hasło

archiwum prywatne
System zabezpieczenia klientów biur podróży powinien być stworzony od podstaw. Przede wszystkim trzeba zacząć od wyliczeń, jaki skutek przyniesie - mówi profesor Magdalena Kachniewska z Katedry Turystyki SGH
Jakie prawo dla turystyki?
Turystyka.rp.pl śledzi dyskusję na temat rozwiązań prawnych, jakie należałoby przyjąć w związku z serią upadłości biur podróży. W rozmowach z ludźmi z branży i z nią związanych pytamy, co należy zrobić, by system zabezpieczeń klientów działał należycie, ku zadowoleniu również touroperatorów. Zmieniać ustawę o usługach turystycznych? Wprowadzać nową instytucję, jak proponowany przez Ministerstwo Sportu i Turystyki turystyczny fundusz gwarancyjny? A może są jeszcze inne możliwości?
Publikowaliśmy już rozmowy z:
Izabelą Stelmańską, wicedyrektorem Departamentu Kultury, Promocji i Turystyki Urzędu Marszałkowskiego Województwa Mazowieckiego - "Ustawa turystyczna jest dziurawa jak sito".
Beatą Kalitowską, dyrektorem firmy ubezpieczeniowej ERV i członkiem władz Polskiej Izby Ubezpieczeń - "Im mniejsze gwarancje w turystyce, tym lepiej".
Dzisiaj pytamy o zdanie profesor dr hab. Magdalenę Kachniewską z Katedry Turystyki Szkoły Głównej Handlowej.
Filip Frydrykiewicz, Turystyka.rp.pl: W czerwcu, podczas prezentacji rankingu biur podróży „Wiadomości Turystycznych", powiedziała pani, że rynek turystyczny będzie się konsolidował, i że nie ma w nim miejsca na małe firmy rywalizujące na polu masowej turystyki z dużymi touroperatorami. Od tego czasu upadło pięć takich firm.
Magdalena Kachniewska, SGH: To było łatwe do przewidzenia, bo zadziałała reguła rządząca rynkiem. Tam gdzie chodzi o masowy produkt wygrywa ten, kto ma tak zwaną korzyść skali. Kiedy robimy czegoś dużo, zmniejsza się koszt wyprodukowania jednego produktu. Wprawdzie na jednym zarabia się mało, ale dużo się go sprzedaje. To pokazała już fabryka zorganizowana przez Henry'ego Forda na początku ubiegłego wieku.
Czy w związku z tym małe firmy muszą upaść?
Małe firmy mają za wysokie koszty, nie osiągną więc rentowności, która pozwoli przetrwać im na rynku. Chyba, że będą się konsolidować, łączyć w większe struktury, by zmniejszyć koszty. Lepiej bowiem obsłużyć dwadzieścia tysięcy turystów w jednej firmie niż w dziesięciu po dwa tysiące.
Z tego co się orientuję, te małe firmy, które ogłosiły w ostatnich czasach niewypłacalność, wcale nie miały dużych kosztów. A konkurowały z powodzeniem ceną swoich wycieczek z dużymi. Aż do momentu, gdy jakieś wydarzenie na rynku – upadek linii lotniczej lub upadek firmy, z którą czarterowały wspólnie samoloty – nie przysporzyło im kłopotu.
Właśnie chodzi o ten moment. Samo sprzedawanie nie oznacza jeszcze zarabiania. Jeśli sprzedaję za tanio w stosunku do moich kosztów, to nie gwarantuje mi to przetrwania. Tak naprawdę nie wiemy, jakie były podstawy finansowe działalności tych firm, bo nie ujawniły ich one.
Nie będziemy też wiedzieć do końca, czy czasem przedsiębiorca nie wolał ogłosić niewypłacalności tylko dlatego, że jego działalność nie była tak zyskowna, jak się spodziewał.
Opowiadał mi właściciel jednej z firm, że codziennie sprawdzał w systemie rezerwacyjnym, czy jego wycieczki nie są droższe od wycieczek biura, które sprzedawało te same hotele co on. Kiedy widział, że konkurencja miała cenę niższą, on obniżał swoją ofertę. Wtedy konkurencja natychmiast opuszczała jeszcze bardziej swoje ceny. W ciągu dnia wycieczki taniały po kilka razy. Dzisiaj obydwa biura nie istnieją.
Wyrzynali się, krótko mówiąc. Wojna cenowa to najbardziej zgubna strategia biznesowa, jeśli w ogóle można ją nazwać strategią. Powrót potem do cen, gwarantujących rentowność, jest bardzo trudny, jeśli nie niemożliwy. Bo klienci nie rozumieją, dlaczego coś co kosztowało 1000 złotych teraz ma kosztować 1500 złotych.
Czy przykłady upadłości biur podróży, które ostatnio obserwowaliśmy, nauczą czegoś kolejnych śmiałków?
Nie nauczą. Znajdą się następni, którzy będą popełniać te same błędy, a nawet ci sami będą próbować zrobić to samo pod nowym szyldem. Choć nie są przygotowani do tej roli.
Jak to nie są przygotowani, to są często ludzie, którzy działają w turystyce od lat. Zanim założyli własne firmy, pracowali w różnych biurach podróży.
Pytanie, czy to znaczy, że mają wiedzę? Ich umiejętność lawirowania, czy kombinowania, na rynku nie jest dla mnie jeszcze znajomością branży turystycznej. To jest taki syndrom charakterystyczny w Polsce – skoro wyjeżdżałem dużo za granicę z plecakiem lub biurem podróży to znam się na turystyce.
To nie są amatorzy! Właściciel Blue Raysu pracuje w turystyce od kilkunastu lat. Był w Koperniku, był w Exim Toursie, był w Oasisie, w sumie w kilkunastu firmach. Inni właściciele upadłych firm również mieli do czynienia z turystyką w praktyce.
Nie chcę uogólniać, ale podam taki przykład. Na studium podyplomowym miałam studenta, który długie lata pracował jako pilot wycieczek. Wreszcie postanowił założyć własne biuro podróży. Przyszedł się poradzić. Powiedziałam, że owszem mogę z nim na ten temat porozmawiać, ale żeby przyniósł biznesplan tego przedsięwzięcia. Na co szeroko otworzył oczy i przyznał, że nie pomyślał o tym. Pytanie – co on wie na temat branży turystycznej? Niby doświadczony, a nie pomyślał, że od tego trzeba zacząć działalność biznesową.
To pokazuje, że nadal są ludzie, którzy idą do tego biznesu, ale nie wiedzą, że jest on oparty na podstawowych mechanizmach gospodarczych. Że trzeba policzyć – ile mogę włożyć własnych pieniędzy, ile z kredytu, a ile mogę wypracować i w jakim czasie. I właśnie stopa zwrotu i czas w jakim ten zwrot uzyskam jest absolutnie kluczowym czynnikiem.
I jak długo wytrzymam, jeśli na rynku wydarzy się coś niekorzystnego. Na przykład upadnie linia lotnicza, w której miałem zamówione miejsca w samolocie i będę musiał na gwałt wynająć miejsca drożej u innego przewoźnika. Poniosę więc dodatkowe koszty.
Właśnie. Proszę zobaczyć, jak światowy kryzys finansowy wstrząsnął Thomasem Cookiem – potężną, najstarszą firmą w tej branży. Banki pożyczyły jej pieniądze, ale pod rygorem przestrzegania programu naprawczego. To co mówić o małej firemce, która nie ma żadnej tradycji. Sfinansowanie takiego wstrząsu z własnych pieniędzy jest poza jej zasięgiem, a na pomoc finansową banku, jako firma bez marki, liczyć nie może. Jeśli jeszcze do tego jest to firma, która specjalizuje się w jednym kierunku lub produkcie – zagrożona jest podwójnie.
Duże firmy takie niepowodzenie łatwiej zamortyzują - w sezonie letnim mogą sfinansować je z wpływów zimowych i odwrotnie. Albo wstrząs na jednym kierunku geograficznym nadrobią na innym.
Trzeba pamiętać, że turystyka działa nieco jak piramida finansowa (używam tego określenia ostrożnie) – przedsiębiorca finansuje bieżącą działalność z wpłat klientów na imprezy, które będą dopiero realizowane, czasem za kilka tygodni, a czasem za kilka miesięcy.
Nikt nie startuje w turystyce z kapitałem, który pozwoli mu opłacić wszystko z góry. Cały czas liczy się na wpłaty kolejnych turystów. Stąd już w lecie zaczyna sprzedawać imprezy zimowe, a zimą – letnie.
Czy nie ma w tym jednak nadużycia?
W tej branży tak jest wszystko skonstruowane, że touroperator też musi z dużym wyprzedzeniem angażować środki, bo dużo wcześniej podpisuje kontrakty z hotelarzami.
Dlatego, kiedy słyszę głosy, że trzeba poddać biura podróży większej kontroli finansowej, badać ich przepływ pieniędzy to nie do końca się z tym zgadzam, bo w turystyce nie jest tak, jak w normalnej działalności produkcyjnej, a nawet w innych branżach usługowych. Konieczność angażowania pieniędzy z dużym wyprzedzeniem zmusza przedsiębiorcę do pozyskiwania ich z rynku.
Przedsiębiorcy podejmujący działalność w turystyce chyba nie zdają też sobie sprawy, jak mała jest rentowność w tej branży i, że zyski można wypracować dopiero przy dużej skali działalności. Jeśli na jednej wycieczce zarobię 200 - 300 złotych, to dopiero ta suma pomnożona przez sto tysięcy da zysk, na którym można się oprzeć w razie kłopotów.
Toczy się dyskusja, jak powinno być zmienione prawo, by nie dopuścić do gorszących upadłości. Czy ma pani jakiś pogląd w tej sprawie?
Wyśrubowanie wysokości gwarancji ubezpieczeniowej jesienią zeszłego roku nadwerężyło siły tej branży. Podnoszenie tych wpłat zaowocowałoby jeszcze większymi trudnościami. Oczywiście można powiedzieć, że jeśli tamten fundusz nie spełnił swojego zadania to należy powołać następny i następny.
Moim zdaniem tę rzecz trzeba gruntownie przedyskutować u samych podstaw, z branżą. Jeśli już powoływać fundusz, to żeby jasno było powiedziane, że to są pieniądze na ratowanie turystów. Na to, by spokojnie mogli dokończyć urlopy.
Ale generalnie byłabym ostrożna. Raczej zastanawiałbym się, jak zachęcać do rozszerzania różnych ubezpieczeń dla branży turystycznej. Mam na myśli całą branżę. Dlaczego na przykład w Stanach Zjednoczonych właściciel hotelu może ubezpieczyć się na wypadek niepogody, a u nas nie?
Firmy ubezpieczeniowe bronią się przed tym. Tłumaczą, że trudno oszacować ryzyko, że brakuje im reasekuratorów, że ubezpieczanie firm turystycznych jest zbyt ryzykowne.
Nie przekonują mnie takie wyjaśnienia. A ubezpieczenia przeciwpowodziowe? To jest podobna sytuacja, też trudno oszacować ryzyko.
Poza tym - jeśli ubezpieczyciele, którzy są do tego stworzeni i mają doświadczenie, boją się ubezpieczać turystykę, to my amatorzy w gromadzeniu pieniędzy, mamy tworzyć zupełnie nową instytucję w postaci funduszu? To jak ona sobie poradzi?
Nie jest mi znana żadna ekspertyza, sporządzona przez ekonomistów, która z jednej strony pokazywałaby, jaki powinny być te gwarancje, od czego powinny być naliczane, a po drugie – czy rzeczywiście zapewnią wypłacalność.
U nas dużo rzeczy załatwianych jest na fali populistycznych haseł: będziemy mieć fundusz, to skończą się problemy. A nie ma nawyku sprawdzania.
Czy ktoś policzył, że jak wprowadzimy jakieś rozwiązanie to skończą się upadłości, skończą się kłopoty ze sprowadzeniem turystów z zagranicy i ze zwracaniem ludziom pieniędzy? Gdzie to jest policzone, czarno na białym? Chciałabym zobaczyć taką ekspertyzę.
Boli mnie jeszcze jedna rzecz. Ciągle kombinujemy, jak w tej nędznie działającej branży turystycznej załatać jakieś dziury, jak pomóc turystom, jak kontrolować przedsiębiorców. A prawda jest taka, że ta branża działałaby dużo lepiej, gdyby były jasno określone zasady prowadzenia działalności. To nie dotyczy tylko turystyki, ale w turystykę szczególnie mocno uderza.
Oczekuję, że władze, te na najwyższym szczeblu, przestaną regularnie gmerać przy zasadach prowadzenia działalności gospodarczej. Polscy przedsiębiorcy nie mogą stworzyć nawet czegoś co powinno być podstawą w biznesie, czyli strategii działania na lat dziesięć. Bo nie wiedzą, jakie będzie opodatkowanie, jakie rozliczanie, jakie inne elementy. Nawet studenci wybuchają śmiechem, gdy proponuję im przygotowanie takiego planu.
Pomysł dodania funduszu, to nie rozwiązanie systemowe, ale łatanie patologii.
Czy upadanie małych firm turystycznych jest czymś szczególnie groźnym? Może powinniśmy przechodzić nad tym do porządku dziennego, bo przecież bankructwa zdarzają się w każdej dziedzinie gospodarki.
Media szczególnie nagłaśniają przypadki bankructw biur podróży, bo zdarzają się one w sezonie ogórkowym, mają więc o czym pisać. Gdyby w tym czasie działy się inne ważne sprawy, to dziennikarze nie poświęcaliby upadłościom w turystyce tyle czasu.
Tu muszę bronić mediów - trudno przecież, by w czasie wakacji nie mówić o tym, co żywo interesuje setki tysięcy ludzi planujących urlopy z biurem podróży.
To drugi czynnik wchodzący w grę – psychologiczny. Na wakacje ludzie czekają cały rok, oszczędzają na nie, budują na nich nadzieje na umocnienie relacji z rodziną, zregenerowanie sił. Zawód z powodu tego, że ta usługa nie została zrealizowana, powoduje, że gorycz się kumuluje, a potem wylewa. A do tego dotkniętych są nią setki, a czasem tysiące ludzi jednoczśnie. Miało być wspaniale, a jest koszmar.
Czyli jednak to nie kwestia dziennikarzy, lecz medialności tego wydarzenia. Ci ludzie chcą wylać swój żal i dzwonią do gazet i stacji telewizyjnych. Ale czy to wystarczy, by traktować te sprawy szczególnie?
Mam bardzo liberalne poglądy rynkowe, jeszcze kilka lat temu powiedziałabym, że nie ma powodu traktować ich inaczej niż bankructwa w innych dziedzinach gospodarki. Ale po wielu dyskusjach z kolegami prawnikami, zajmującymi się turystyką, przekonujące są dla mnie ich argumenty, że tu chodzi o odpowiedzialność społeczną przedsiębiorców działających w turystyce. Jest powód, by chronić szczególnie ludzi, którzy wydają ciężko zarobione pieniądze na odpoczynek.
Źródło: Rzeczpospolita OnLine
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA