fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Chińska dominacja olimpijska

Ye Shiwen
AFP
Kiedyś był medalowy wyścig ZSRR kontra Zachód, dziś ludzi radzieckich w gonitwie po złote krążki igrzysk zastąpiły Chiny
Niektórzy amerykańscy publicyści nazywają  to nową zimną wojną. Choć to przesada, coś  jest na rzeczy. Chiny postawiły na sport i kto myślał, że to tylko propaganda zakończona organizacją igrzysk w Pekinie, ten się mylił. Chińczycy idą dalej, wygrywają i, zdaje się, długo będą wygrywać.
Nie skończyli na medalowym zwycięstwie cztery lata temu, gdy celem było nie tylko pierwsze miejsce w tabeli medalowej, ale i setka medali (którą osiągnęli). Pracowali i pracują nad nowymi pokoleniami tych, którzy w basenach, halach i na stadionach każą światu oglądać czerwono-żółtą flagę na maszcie i słuchać hymnu, znanego jako „Marsz ochotników".
Idą Chińczycy i to jacy. Nowa twarz chińskiego sportu jest wciąż młoda i nieznana, jak buzia 16-letniej Ye Shiwen, pływaczki, która poprawiła o sekundę rekord świata na 400 m stylem zmiennym, płynąc ostatnie 50 m kraulem szybciej niż Ryan Lochte.
Zachodowi się to nie podoba, zachód już  mówi, że to echo dawnych wyczynów pływaczek z byłej NRD. Atak jest mocny, odpowiedź spokojna. – Formułujecie podejrzenia, pokażcie dowody, fakty i daty. Nie używajcie własnych domysłów do nokautowania innych. To oznacza tylko brak szacunku – odpowiada Xu Qi, szef chińskiej ekipy pływackiej.
Linia obrony chińskich przewag jest skuteczna. Colin Moynihan, prezes Brytyjskiego Stowarzyszenia Olimpijskiego (BOA) nawołuje: – Badania wykazały, że są czyści. To koniec tej historii.
Są rzecz jasna powody, by nie ufać Chińczykom. Goniąc za medalami i rekordami przekraczali granice nie raz. Wykazały to skandale z pływakami w latach 90., gdy z Igrzysk Azjatyckich wyrzucono siódemkę na dopingu i jeszcze czwórkę przed mistrzostwami świata w Australii. Była słynna lekkoatletyczna armia trenera Ma i jego zupa z żółwia, która gwarantować miała rekordy świata w biegach długich. Były wpadki na lotniskach związane z przewożeniem hormonu wzrostu przez trenerów i sportowców. Były rekordzistki świata w ciężarach znikające z pomostów po spełnieniu zadania. Były reportaże pokazujące jak nieludzko traktowane są dzieci trenowane na mistrzów gimnastyki.
Chińczycy twierdzą, że to już historia. Że oczyścili sport, dużo zainwestowali w jego rozwój i w badania antydopingowe. I że przecież na miesiąc przed igrzyskami wyrzucili z ekipy pływackiej 16-letnią Li Zhesi, co świadczy o szczerości działań.
Jednemu wcale nie zaprzeczają: chcą wygrywać  i robią wiele, by tak się stało. Ta chęć rzeczywiście pojawiła się względnie niedawno. Może nie wszyscy pamiętają, że igrzyska w Londynie to dopiero ósmy poważny start olimpijski Państwa Środka.
Kroniki olimpijskie mówią  wprawdzie o delegacji ludowej republiki Chin w 1952 roku w Helsinkach, ale oficjalnie na zawody zdążył tylko jeden pływak. Ekipa siedziała w stolicy Finlandii 10 dni, po to by wziąć udział w ceremonii zamknięcia oraz spierać się z działaczami MKOl o udział Tajwanu, a nawet Hongkongu. Skończyło się na bojkocie igrzysk przez Chiny Ludowe do 1980 roku.
Wrócili w zimie w Lake Placid, potem wystartowali w lecie 1984 roku w Los Angeles. Tamte letnie igrzyska nazwano przełomowymi, bo dały Chinom pierwszy złoty medal (Xu Haifenga w strzelectwie) i pierwszą olimpijską legendę w postaci gimnastyka Li Ninga (6 medali, w tym 3 złote), którego nazwisko jest dziś marką wielkiej firmy produkującą odzież sportową. To m.in. sponsor Jeleny Isinbajewej. W Los Angeles, gdy nie było bloku wschodniego, Chiny zajęły 4. miejsce. Prawdziwe, czyli 11. miejsce w szyku pokazał im Seul (1988), ale od Barcelony Chińczycy już nigdy nie byli niżej, niż na 4. pozycji. W Sydney znaleźli się na najniższym stopniu podium, w Atenach przegrali tylko z USA, w Pekinie wygrali ze wszystkimi.
Zawsze byli mocni w gimnastyce, strzelectwie, tenisie stołowym i badmintonie, ale cierpliwie zdobywali nowe dyscypliny i zawsze stawiali na młodych. Próbowali wszędzie, poszli ławą, nawet w dyscyplinach, które były im obce. Strategia, choć kosztowna, zdała egzamin. Pojawiły się chińskie medale w pływaniu, skokach do wody, kajakarstwie, lekkiej atletyce, kolarstwie, nawet w tenisie. Płotkarz Liu Xiang – pierwszy złoty medalista na bieżni (Ateny 2004), stał się idolem milionów.
Wygląda na to, że Chiny dziś najchętniej kierują wielkie nakłady tam, gdzie medalowy zwrot jest największy. Pierwsza piątka chińskich sportów olimpijskich jest taka (wedle zdobyczy): skoki do wody, gimnastyka, podnoszenie ciężarów, tenis stołowy, strzelectwo. Za nimi są niedaleko: badminton, judo, pływanie, taekwondo i szermierka. Ale znaleźć sport bez Chińczyka już niemal niemożliwe.
Pytanie podstawowe: czemu służy Chinom ta gonitwa za sukcesem sportowym, czemu kolejne pokolenia młodzieży poświęcają się dla medalu, który niekiedy kosztuje więcej, niż zdrowie? Odpowiedzi jest wiele.
Pierwsza jest prosta. –  Ludzie nas będą obrażać, jeśli zdobędziemy mniej medali niż  w Pekinie – mówił angielskiemu dziennikarzowi zastępca szefa chińskiej misji Xiao Tian.
Jednak nie wszyscy Chińczycy zgadzają się z twierdzeniem, że to proste przeniesienie systemu narodowej propagandy na sport, że kolejne złoto i hymn mają tylko poprawiać wizerunek kraju. Zhan Yiwu, profesor uniwersytetu pekińskiego mówi o społecznym odreagowaniu na lata zamknięcia na świat. Sport wydaje się dla wielu rodzin jedyną realną furtką zrobienia kariery (także finansowej) przez dziecko, jedyne dziecko. Do tego dochodzi oczywiście wszechobecna w chińskim systemie wychowawczym promocja narodowej dumy, patriotyzmu, trącąca niekiedy nacjonalizmem. Pekińscy naukowcy widzą też, że partia komunistyczna stała się wrażliwa na krytykę i nie chce, by chińskie sukcesy były wciąż kojarzone ze zbudowanym na starych sowieckich wzorach systemem niemal obozowej pracy w szkołach i na zgrupowaniach.
Poświęcenie tak, patriotyzm tak, walka z dopingiem tak, solidna praca tak, ale opowieści o oderwaniu dzieci od rodzin nie, twardy odsiew słabszych w czasie szkolenia nie, nędzna dola byłych mistrzów nie – to dzisiejsza linia propagandowa.
Może najbliżej prawdy jest twierdzenie, że chińskie parcie na medale to efekt kilku sił – i tej propagandowej związanej z partią, i tej społecznej, która każe Chińczykom pokazać światu, że potrafią wyrwać się z biedy i udowodnić, że potrafią wiele.
Chińska pasja do sportu na pewno nie przeminie. Może tylko słyszeć będziemy więcej o kosztach tych sukcesów, ale, jak zauważył jeden z amerykańskich dziennikarzy, okrzyki: „USA! USA! " brzmią w Londynie podobnie jak: „Naprzód Chiny! ". I jakby przyjrzeć się losom amerykańskich gimnastyczek, to ich droga do medalu nie jest wcale inna niż dziewczynek z Guangdong i Szanghaju.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA