fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Czy Jarosław Gowin zostanie rewolucjonistą

Jędrzej Bielecki
Minister sprawiedliwości ma nad podziw dobry start. Ale przed nim pole minowe
Bartosz Arłukowicz, Sławomir Nowak czy Jarosław Gowin to politycy, którzy w tej kadencji objęli resorty w rządzie Tuska. "Rz" oceniła, jak się sprawdzają w nowej roli. Zaczynamy od ministra sprawiedliwości. Jutro opiszemy dokonania ministra transportu, a następnie - szefa resortu zdrowia.
Gdy Gowin obejmował resort, towarzyszyła mu fala krytyki, bo był pierwszym od niepamiętnych czasów ministrem sprawiedliwości bez prawniczego wykształcenia. Na dodatek zajmował miejsce zbierającego najlepsze oceny Krzysztofa Kwiatkowskiego. Na samym początku - o czym nie dowiedziała się opinia publiczna - groził mu bunt wysokich urzędników ministerialnych. Został zażegnany dzięki dobrym stosunkom z odchodzącym ministrem.
Gdy dziś ktoś zadaje pytanie, jak Gowin funkcjonuje w resorcie, słyszy odpowiedź: dobrze wszystko sobie poukładał. Mówią to zasiadający w Sejmowej Komisji Sprawiedliwości posłowie, także z klubów opozycyjnych. Być może na ich pochwały wpływa to, że Gowin, de facto jako jedyny minister, utrzymuje stałe kontakty z parlamentem. Przychodzi na posiedzenia komisji. Spotyka się też z posłami konserwatywnymi PO, co może świadczyć, że jego ambicje nie ograniczają się do teki ministra.
Na razie zręcznie unika konfliktów. W sporze między prokuratorem generalnym a szefem prokuratury wojskowej jednoznacznie wziął stronę tego pierwszego. Zrobił to wbrew prezydentowi i poniekąd wbrew własnej partii, która kibicuje raczej "antypisowskiemu" gen. Parulskiemu niż chwalonemu przez PiS Andrzejowi Seremetowi. Gowin nie poniósł jednak z tego powodu strat wizerunkowych ani nie wszedł z nikim w otwarte starcie.
Dobre "poukładanie resortu" sprowadza się m.in. do doboru współpracowników. Po Kwiatkowskim pozostała większość wiceministrów i urzędników. Gowin przyprowadził ze sobą dwie osoby - byłego ministra w rządzie PiS Mirosława Barszcza i szefa sejmowego Biura Legislacyjnego Michała Królikowskiego.
Szeregowi posłowie PO szemrali z powodu PiSowskiego ministra, ale Gowin miał tu błogosławieństwo najwyższych czynników. Barszcza wysoko ocenia szara eminencja rządu Jan Krzysztof Bielecki. Donald Tusk zaś ograniczył się do żartów z Gowina, że ten w swoim resorcie urządza prawicową jaczejkę.
W Klubie PO jest grupa konserwatywnych posłów, którzy gorąco kibicują nowemu ministrowi. Widzą w nim osobę, która dokona rewolucyjnej modernizacji wymiaru sprawiedliwości. Kogoś, kto będzie w tej dziedzinie kimś jak Mieczysław Wilczek w gospodarce (to określenie jednego z tych posłów).
Gowin w tych planach ma zrealizować zapowiedzi z exposé Tuska - zwłaszcza skrócenie czasu postępowań sądowych i deregulację kilkuset zawodów. Według naszych informacji ma tu sporo swobody. Kłopoty zaczynają się w kontaktach z poszczególnymi ministrami. Dostał wsparcie ze strony ministrów administracji, finansów, spraw zagranicznych oraz sportu. Opór stawiło Ministerstwo Zdrowia, którego urzędnicy twierdzą, że w przypadku zawodów medycznych należy wprowadzić bardziej rygorystyczne kryteria dostępu, niż je liberalizować.
Chcąc sprawić, aby sądy szybciej pracowały, Gowin rozpoczął niezwykle kontrowersyjne działanie. Ponieważ konstytucja gwarantuje sędziom pozostawanie na stanowiskach, uznał, że trzeba przekształcić małe sądy w wydziały zamiejscowe. To umożliwi przesuwanie sędziów wewnątrz rozszerzonego sądu okręgowego. Minister argumentuje m.in., że mieszkańcy tego nie odczują, gdyż będzie to jedynie zmiana szyldu. To jednak nie do końca prawda - np. z wielu wydziałów zamiejscowych znikną odrębne sądy rodzinne. Reforma dotyczy ponad 100 miast. Już teraz do Gowina ciągną pielgrzymki rozwścieczonych samorządowców i posłów zabiegających o ratowanie sądów w ich okręgach wyborczych. Sam Gowin jeździł do kilku miast w swoim okręgu wyborczym, gdzie raczej nie udało mu się przekonać rozgoryczonych mieszkańców. Przeciw zmianie są też koalicjant z PSL i opozycja. Fala krytyki narasta i może doprowadzić do protestów w kilkudziesięciu miastach.
Zmiana nie przyniesie dużych oszczędności, więc posłowie zadają sobie pytanie, po co to Gowinowi. Projekt reformy był przygotowywany w jednym z ministerialnych departamentów od wielu kadencji, ale wszyscy poprzedni ministrowie woleli go nie wdrażać. Uważali to za "radosną twórczość" urzędników nieuwzględniających realiów społecznych i politycznych. Pierwsza teoria zakłada, że Gowin - osoba świeża w branży - dał się omotać ministerialnym urzędnikom. Na dodatek mieli go zachęcać do tego kroku partyjni koledzy, którzy liczą na to, że fala protestów będzie dogodnym pretekstem do usunięcia konserwatywnego ministra.
Druga teoria mówi o planie politycznym Gowina, który sam wybrał pole wyrazistego konfliktu. Wygrana udowodni, że jest twardym reformatorem. Przegrana, że nie boi się konfrontacji, nawet z wpływowymi grupami interesów. W obu przypadkach może być to korzyść dla ambitnego i relatywnie młodego polityka, którego plany sięgają z pewnością dalej niż to, co dostał dzięki arbitralnej decyzji Donalda Tuska.
CZYTAJ TAKŻE:
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA