fbTrack

Piłka nożna

Nie pomógł nam nawet miód spod Nowego Sącza

Rzeczpospolita
Opowieść o sporcie po wojnie, o warszawskich klubach – Polonii i Legii, o meczach z ZSRR. Z Edmundem Zientarą – byłym reprezentantem Polski w piłce nożnej, rozmawia Stefan Szczepłek
Rz: Jak w dawnych czasach piłkarze spędzali święta?
Edmund Zientara: Tak samo jak dziś, z rodzinami. Ale zaraz po wojnie istniał zwyczaj urządzania wspólnych wigilii tam, gdzie to było możliwe. W Legii nie bardzo, bo piłkarze pochodzili z różnych części kraju. Otrzymywali powołanie do wojska i musieli grać. Na święta dostawali przepustki, wracali więc do swoich rodzin. W Polonii sytuacja była zupełnie inna. Drużyna składała się z samych warszawiaków, pod koniec lat 40. spotykaliśmy się więc przy opłatku. To były szczególne spotkania. Każdy z nas przeżył okupację, prawie każdy stracił kogoś bliskiego, takie wyjątkowe sytuacje bardzo nas łączyły. W ogóle ludzie byli wtedy dla siebie bardziej życzliwi. Polonię witano serdecznie w całym kraju, widząc w niej bohaterskich warszawiaków, którzy na gruzach stolicy zdobyli pierwsze po wojnie mistrzostwo Polski. Ja w tej mistrzowskiej drużynie jeszcze nie grałem, byłem za młody, ale wkrótce stałem się kolegą Edwarda Brzozowskiego, Zdzisława Gierwatowskiego, Jerzego Szularza, Tadeusza Świcarza i innych. Nie miałem jeszcze wtedy 20 lat. Jak starsi traktowali wówczas takich juniorków jak pan?
W zależności od tego, jak młody grał. Ale pamiętam, jak było na sylwestra z roku 1948. Zabawę zorganizowała Polonia w swoim lokalu klubowym, który znajdował się wtedy na czwartym piętrze w Alejach Ujazdowskich 22. Tam, gdzie jeszcze dziś PZPN ma kilka swoich pokoi. Wtedy to była wielka sala. Polonia gromadziła wówczas kibiców przedsiębiorców, których dziś nazwalibyśmy sponsorami. Stanisław Syrzycki był znanym jubilerem, miał zakład na Nowym Świecie, Ludwik Marmor – sklep z futrami na ulicy Zgoda. Podczas zabawy piłkarze pełnili rolę kelnerów. Ja, jako najmłodszy, byłem pikolakiem. Dostawaliśmy napiwki i do domu wróciłem z kieszeniami pełnymi pieniędzy. Później takiego sylwestra już nie było. Władza przykręciła śrubę, sponsorzy ratowali resztki swojego dobytku, Marmor uciekł z kraju. Zaczynała się epoka gospodarki socjalistycznej, w której dla takich prywatnych przedsiębiorców nie było już miejsca. Polonia skończyła się na początku lat 50. nie tylko dlatego, że wojskowa Legia i milicyjna Gwardia były dla władzy ważniejsze, a piękna przedwojenna przeszłość Czarnych Koszul nie pasowała do nowych czasów. Także dlatego, że wraz ze zmianami politycznymi od polonistów musieli odejść prywatni przedsiębiorcy. Ale przecież Polonia cieszyła się sympatią i popularnością wśród kibiców. Nawet dużą. Kiedy jeździliśmy po Polsce, ludzie domagali się spotkań po meczach, ponieważ chcieli posłuchać opowieści o przeżyciach warszawiaków. Wielu z nas walczyło przecież w powstaniu. Ja miałem 15 lat, kiedy w Szarych Szeregach nadano mi pseudonim Dante i postawiono zadanie – przygotowanie szkiców tzw. domów przechodnich, co przydało się podczas walk powstańczych. Stałem już pod murem na Chłodnej razem z grupą mężczyzn, których mieli rozstrzelać własowcy. Uratował mnie esesman, pytając ile mam lat. Na szczęście wiedziałem, jak po niemiecku powiedzieć 15. Nie zawsze chcieliśmy o tym opowiadać, więc czekano, że chociaż zaśpiewamy albo powiemy coś wesołego. Przy okazji jednego z meczów, bodajże w Pucku, daliśmy występ dla około 700 osób zebranych w kinie. Ja byłem konferansjerem, Gierwatowski, Lolek Szczawiński, Rysiek Wilczyński i Makuś Łącz śpiewali albo opowiadali skecze. Polonię witano serdecznie w całym kraju, widząc w niej bohaterskich warszawiaków, którzy na gruzach stolicy zdobyli pierwsze po wojnie mistrzostwo Polski Marian Łącz był znanym aktorem... Grał w Polonii, w Teatrze Polskim i w filmie. Był bardzo dobrym napastnikiem. A dzięki jego aktorstwu piłka nożna, zwłaszcza zaś Polonia, stała się popularna wśród artystów. Na nasze mecze na Konwiktorską przychodziła śmietanka towarzyska Warszawy – Adolf Dymsza, żona Makusia, też aktorka Halina Dunajska, z córeczką w wózku Laurą, która też potem została aktorką. Bywał słynny przedwojenny amant ekranu Jerzy Pichelski, inni aktorzy Teatru Polskiego, uczestnik zamachu na kata Warszawy Franza Kutscherę Michał Issajewicz „Miś”. W porównaniu z Polonią Legia to nie była Warszawa. Ale w ciągu kilku lat Legia miała się stać potęgą, a ja tego też doświadczyłem. O ile Polonia tworzyła warszawską rodzinę, o tyle Legia stanowiła zbiorowisko prostych ludzi z całej Polski, bo przecież takich powoływano do wojska. Stosunki między obydwoma klubami były zresztą wzorowe. Ponieważ boisko na Konwiktorskiej zostało zniszczone podczas powstania, Polonia trenowała na bocznym boisku Legii, bliżej Myśliwieckiej. Piłkarze obydwu klubów kolegowali się, nie było chamstwa. Może taką atmosferę tworzyła bieda i wspólne przeżycia wojenne. Ja sam chodziłem na spotkania do baraku koło dzisiejszego Torwaru, gdzie mieszkali niektórzy legioniści z legendarnym Wacławem Kucharem i starszym ode mnie o osiem lat Kazimierzem Górskim. W jakich warunkach mieszkali wtedy piłkarze? Mieszkaliśmy, gdzie się dało. Po śmierci rodziców podczas okupacji zostałem sam i opiekowała się mną ciotka. Wuj był dozorcą w alei Róż, pod ósmym i tam mieszkałem. Tyle że w piwnicy. W roku 1948 wyrzucono nas stamtąd, bo trzeba było przygotować mieszkania dla działaczy partyjnych. Ciotka i wuj otrzymali nawet wysokie odszkodowanie, przenieśliśmy się na Ogrodową, a do domu w alei Róż sprowadził się Józef Cyrankiewicz. Jakie jest pańskie najstarsze wspomnienie piłkarskie? Mając kilka lat, zacząłem chodzić na boisko Warszawianki znajdujące się mniej więcej tam, gdzie teraz jest stadion Skry. Mieszkałem wtedy niedaleko, na rogu Grójeckiej i Kopińskiej. To działo się w drugiej połowie lat 30. Warszawianka grała wtedy w pierwszej lidze. Tacy jak ja chłopcy czekali pod szatnią, aż piłkarze pobiorą sprzęt na trening, a potem dawali go nam, żebyśmy nieśli za nimi, jakieś 100 metrów do boiska. Pamiętam, że niosłem buty za Stanisławem Baranem, który grał przeciw Węgrom. To było największe szczęście, jakie mogło mnie spotkać. A na mecz z Węgrami, cztery dni przed wybuchem wojny, zabrał mnie ojciec. Miałem dziesięć lat. Najpierw trzymał mnie na barana, ale zasłanialiśmy innym i przepuszczono nas do pierwszych rzędów na tej trybunie, gdzie dziś siadają najzagorzalsi kibice. Widziałem z bliska, jak Ernest Wilimowski strzela bramki. Już dobrze wtedy wiedziałem, kto to jest, ale do tej pory nie zdawałem sobie sprawy, dlaczego jest taki sławny. Pamiętam, że bilet na ten mecz kosztował 2 zł. A pamiętam dlatego, że była to równowartość dziesięciu lodów Pingwin. Z punktu widzenia dziesięcioletniego dziecka wydatek spory. Ojciec był robotnikiem, szlifierzem kamienia, więc jakoś te dwa złote wysupłał. Zresztą to była nagroda za moje bardzo dobre stopnie w szkole. Na 11 minut przed końcem Rosjanie strzelili na 2:1, a ja nie miałem siły biegać. Ledwie truchtałem. Serce chciało, ale nogi nie dawały rady W tym roku minęło pół wieku od słynnego meczu ze Związkiem Radzieckim. Polska wygrała na Stadionie Śląskim 2:1, sprawiając rodakom radość, jakiej po wojnie nie mieli. Co pan pamięta z tego meczu? Najpierw, po dwóch bramkach Gerarda Cieślika – radość, a potem strach. Na 11 minut przed końcem Rosjanie strzelili na 2:1, a ja nie miałem siły biegać. Ledwie truchtałem. Serce chciało, ale nogi nie dawały rady. Za dużo w tamtym sezonie grałem, byłem przemęczony, odnowa biologiczna stała na niskim poziomie. Nie wiem, jak to by się skończyło, gdyby mnie nie asekurowali koledzy – Jurek Woźniak i Roman Korynt. Na trzeci mecz, decydujący o awansie do mistrzostw świata, jechaliśmy do Lipska. Rosjanie zadbali, żeby odbył się właśnie tam, bo mogli liczyć na swoich żołnierzy stacjonujących w NRD, którzy wypełnili trybuny. Przygotowywaliśmy się do meczu na stadionie olimpijskim we Wrocławiu. Jedną z gwarancji naszego dobrego zdrowia miało być spożywanie miodu. Przywieziono nam spod Nowego Sącza wiadro miodu. Codziennie przed snem trenerzy Tadeusz Foryś i Ewald Cebula zmuszali nas do picia przed snem szklanki miodu rozcieńczonego wodą. Ten miód pojechał z nami nawet do Lipska, ale ostatecznie gdzieś zginął, bo nikt nie chciał się opiekować wiadrem. Kiedy jechaliśmy pociągiem do Lipska, ludzie nas żegnali na stacjach, jakbyśmy udawali się na wojnę z antychrystem. Bramkarz Tomasz Stefaniszyn otrzymał od jakiejś kobiety ryngraf z Matką Boską i nawet z nim grał, ale mecz przegraliśmy 0:2. Pierwszą bramkę strzelił nam Edward Strelcow, geniusz tamtych czasów. Kiedy na chwilę zszedł z boiska, trzymając się za udo, mieliśmy nadzieję, że przynajmniej jego mamy z głowy. Zmian wtedy nie było. I tak nas to uśpiło, że kiedy wrócił do gry, trochę go zlekceważyliśmy. No i źle to się skończyło. Wiele, wiele lat później spotkałem na jakiej konferencji UEFA prezesa związku piłkarskiego Gruzji, który w tamtym meczu był piłkarzem rezerwowym. Powiedział, że radzieccy piłkarze zostali poinformowani, że jeśli nie pokonają Polski, zostaną zesłani na Syberię. Walczyli więc jak o życie, a nam nie pomógł miód spod Nowego Sącza. Urodził się 25 stycznia 1929 w Warszawie. 40-krotny reprezentant Polski (1950 – 1961). Zawodnik Polonii Warszawa (1947 – 1950), Legii (1950 – 1952 i 1956 – 1962), Lublinianki (1952), Gwardii Warszawa (1953 – 1955), Polonii Melbourne (1962 – 1965). Pod koniec lat 40., po dezercji z wojska, używał nazwiska ciotecznego brata rozstrzelanego przez Niemców w alei Szucha Andrzeja Szczepańskiego. Dlatego do dziś dla wielu kolegów pozostał Andrzejem. Kapitan reprezentacji, olimpijczyk z Rzymu (1960). Jedyny, który zdobył z Legią tytuł mistrza Polski jako piłkarz (1956) i trener (1970). Trener Legii (półfinał Pucharu Mistrzów), Pogoni Szczecin, Stali Mielec (tytuł mistrza Polski 1976), Wisły Kraków oraz reprezentacji Polski juniorów (trzecie miejsce w Europie, 1978), młodzieżowej i olimpijskiej. Szef wyszkolenia PZPN, współpracownik Antoniego Piechniczka podczas mundialu w Hiszpanii, sekretarz generalny PZPN w pierwszej połowie lat 90. Wciąż aktywny w Kole Seniorów PZPN.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL