fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Jarosław Gowin ministrem sprawiedliwości - lepszy byłby ekonomista?

Tomasz Pietryga
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Jarosław Gowin skazany jest na konflikt ze środowiskami prawników. Jednak nie dlatego, że jest filozofem, ale dlatego, że będzie musiał dokonać wielu finansowych cięć – uważa publicysta „Rzeczpospolitej"
Ten resort nigdy nie miał szczęścia do ministrów – takie zdanie można było usłyszeć na korytarzach gmachu przy Al. Ujazdowskich w Warszawie w ostatnich latach wielokrotnie. Teraz jest podobnie. Jarosław Gowin idzie do resortu jako osoba spoza środowiska. – Filozof, który nie rozumie prawa, któremu trudno będzie zbudować autorytet w środowisku, na ogólnikach, bez rozumienia istoty rzeczy – można usłyszeć w resorcie.
Ale, jak pokazuje niedaleka historia, także kompetencje prawnicze w tym resorcie nie gwarantowały posłuchu i szacunku środowiska. Zbigniew Ziobro, Zbigniew Ćwiąkalski, Andrzej Czuma czy Krzysztof Kwiatkowski są tego najlepszym przykładem.

Wróg numer jeden

Zbigniew Ziobro był bez wątpienia najbardziej twórczym ministrem, jeśli chodzi o reformy legislacyjne. Na konflikcie z korporacjami prawniczymi wręcz budował swoją pozycję. Przystąpił do swojego urzędowania, głosząc hasło likwidacji układów, również w środowisku prawniczym. I trzeba przyznać, że swój plan próbował realizować do końca.
 
 
Bardzo szybko zraził do siebie profesurę, odwołując w mało elegancki sposób z funkcji przewodniczącego Komisji Kodyfikacyjnej Prawa Karnego prof. Stanisława Waltosia, wybitnego karnistę z Krakowa. I było to tylko preludium do dalszych działań, potem nastąpiło otwieranie korporacji, ograniczenie dochodów notariuszy, pojawiły się pomysły na karanie dyscyplinarne sędziów i adwokatów. Wszystko to szybko sprawiło, że w prawniczym światku zawrzało. Stąd liczne publiczne środowiska w tamtym okresie. Ziobro dla wielu prawników stał się wrogiem numer jeden.

Ofiara z ministra

Z tego powodu pierwszy rząd Donalda Tuska i jego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego, profesora z UJ, w gmachu przy Al. Ujazdowskich witano z dużymi nadziejami. Następca Zbigniewa Ziobry miał zaprowadzić długo oczekiwany spokój po "szaleństwach" poprzednika. Spokój trwał jednak krótko. Właśnie za czasów urzędowania Ćwiąkalskiego po raz pierwszy twardo głos w sprawie swoich wynagrodzeń podnieśli sędziowie i prokuratorzy – miały miejsce pierwsze tzw. dni bez wokandy, których jako formy protestu używa się do dzisiaj.
Sędziowie i prokuratorzy dopięli wtedy swego. Ćwiąkalski zgodził się na 1000 zł podwyżki i zmianę zasad naliczania wynagrodzeń. Niezadowolenie zaczęło przychodzić jednak z innych stron. Sporej części środowiska adwokackiego nie podobały się – podówczas jeszcze mgliste – plany fuzji ich zawodu z radcami prawnymi. Do tego doszedł kontrowersyjny projekt ustawy o państwowych egzaminach prawniczych, który miał uchylić drzwi do zawodu młodym prawnikom bez aplikacji. To władzom korporacji nie mogło się podobać.
Ale również młodzi prawnicy nie mają powodu, aby ministra dobrze wspominać, gdyż podczas jego urzędowania liczba osób, które dostały się na aplikacje, spadła.
Kariera Ćwiąkalskiego w resorcie sprawiedliwości została przerwana nagle. Premier złożył z ministra polityczną ofiarę.

Seria niefortunnych wypowiedzi

Głośna śmierć w Zakładzie Karnym w Płocku Roberta Pazika, jednego z zabójców Krzysztofa Olewnika, spowodowała, że miejsce Zbigniewa Ćwiąkalskiego zajął Andrzej Czuma. Człowiek z barwną – nie tylko, jak się okazało, opozycyjną – przeszłością.
Pierwsza afera wybuchła zaraz po nominacji, gdy tygodnik "Polityka" ujawnił niejasności wokół spraw finansowych Andrzeja Czumy podczas jego pobytu w Stanach Zjednoczonych. Chodziło o wyroki za niespłacone długi. W efekcie już po kilku tygodniach jego kariera ministra zawisła na włosku.
Nie to było jednak głównym powodem odwołania Czumy, ale późniejsza seria niefortunnych wypowiedzi. Minister stwierdził, że prokuratorzy stawiający zarzuty prezydentowi Sopotu Jackowi Karnowskiemu mogli się pomylić – co sprawiało wrażenie politycznych nacisków. Krytykowano także jego wypowiedź o porwaniu i zgładzeniu polskiego inżyniera w Pakistanie – zarzucono mu, że złamał tajemnicę państwową, ujawniając informacje z tajnego raportu wywiadu służb polskich i pakistańskich. Gdy minister stracił posadę, środowisko prawnicze znowu odetchnęło z ulgą

Piarowski efekt

Nadzieją środowisk prawniczych był kolejny szef resortu sprawiedliwości – Krzysztof Kwiatkowski. Uśmiechnięty, młody, energiczny senator z Łodzi miał tchnąć w resort nowego ducha. Na konflikt jednak nie trzeba było długo czekać. Pomysł wprowadzenia ocen okresowych dla sędziów i prokuratorów doprowadził do furii środowiska prawnicze. Konflikt z sędziami i prokuratorami trwał niemal przez cały okres jego urzędowania w ministerstwie.
Właśnie w opozycji do tych zmian zaczęły powstawać i rozrastać się organizacje sędziowskie i prokuratorskie. Spora ich część – na bardzo popularnych branżowych forach, które zresztą z dużą uwagą śledzono w resorcie – okazywała niemal codziennie swoją dezaprobatę dla poczynań Kwiatkowskiego.
Ponadto środowisko prawnicze z coraz większą trwogą przyjmowało pomysły ministra na zmiany w prawie. Oceniano, że były one nastawione bardziej na piarowski efekt, niż na rozwiązanie problemu. Rzeczywiście – Krzysztof Kwiatkowski pod tym względem przebił wszystkich ministrów, reagując praktycznie na każde bulwersujące opinię społeczną wydarzenie, nawet jednostkowe, projektem zmian przepisów. Zwłaszcza dotyczyło to prawa karnego, gdzie zazwyczaj zaostrzano sankcje za popełnione właśnie przestępstwo (tak było m.in. po zabójstwie na warszawskiej Woli policjanta Andrzeja Struja, po powrocie sprawy Olewnika czy po zamieszkach pseudokibiców na Litwie).
Mimo to (a może dzięki takim populistycznym wystąpieniom) Kwiatkowski dotrwał na swoim stanowisku do końca kadencji, z bardzo dobrym wynikiem uzyskując poselski mandat w nowym parlamencie. Tym bardziej fakt, że nie uzyskał od premiera ponownej nominacji na fotel ministra sprawiedliwości, musiał być dla niego sporym ciosem.

Filozoficzne spojrzenie

Już pierwsza informacja o powołaniu nieprawnika – Jarosława Gowina – na stanowisko ministra sprawiedliwości wywołała ostrą krytykę ze strony opozycji, a także przedstawicieli środowisk prawniczych, a nawet kolegów z PO. – To nie jest resort, w którym można filozoficznie patrzeć na przebieg zdarzeń za oknem gabinetu – tak skomentował wybór były minister Krzysztof Kwiatkowski. To był ewidentnie przytyk do wykształcenia Gowina.
Szybko pojawiły się też przewidywania, że zaraz dojdzie do konfliktu nowego ministra z korporacjami prawniczymi. Przewidywania niewątpliwie mocno przesadzone, bo czego taki konflikt miałby dotyczyć? Zawody prawnicze zostały już otwarte i nie ma się o co bić. Obecnie największym problemem korporacji jest zapewnienie szkolenia dla tysięcy przyjętych aplikantów oraz coraz większy tłok na rynku usług prawniczych. Zapowiedzi, że nowy szef resortu miałby skupić się na walce z korporacjami, mogą się więc okazać jedynie tematem wykreowanym z przyczyn czysto politycznych, niemającym jednak nic wspólnego z realiami.
– Brak wykształcenia nie będzie zapewne głównym problemem nowego ministra. Na obecne czasy najlepszy na tym stanowisku byłby nie prawnik, ale ekonomista – mówią pracownicy resortu sprawiedliwości. I – gdy spogląda się na perspektywę cięć budżetowych w najbliższych latach, które zapewne dotkną także wymiaru sprawiedliwości – jest w tym sporo racji.
Pierwsze silne oznaki niezadowolenia już się pojawiły. Sędziom i prokuratorom zamrożono właśnie podwyżkę wynagrodzeń w 2012 roku i zapowiedziano likwidację stanu spoczynku (który zastępował w tych zawodach emeryturę, gwarantując jednak znacznie korzystniejsze warunki). To może być sygnał, że nadchodzą chude lata dla wymiaru sprawiedliwości, który już teraz boryka się z brakiem środków.
Z uwagi na coraz większe cięcia budżetowe w najbliższych latach może ucierpieć m.in. więziennictwo. Już obecnie ponad 30 tys. skazanych czeka na wykonanie wyroku, gdyż w zakładach karnych brakuje miejsc. Do tego do sądów wpływają setki pozwów o odszkodowania od więźniów, którzy przebywali w zbyt ciasnych celach.

Druga strona medalu

W złej sytuacji jest prokuratura, w której brakuje pieniędzy na prowadzone sprawy. Ostatni raport Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości wskazuje np., że walka z handlem podróbkami szwankuje, gdyż brakuje pieniędzy na biegłych, którzy byliby w stanie ocenić, co jest podróbką, a co nie. Ten przykład to jedynie czubek wielkiej góry lodowej, którą są kłopoty finansowe wymiaru sprawiedliwości.
I właśnie finanse będą największym problemem dla nowego ministra. Pierwsze bardzo ostre konflikty z częścią środowisk prawniczych wywołają raczej dalsze cięcia finansowe niż filozoficzne wykształcenie czy konserwatywne poglądy nowego ministra.
Trzeba jednak pamiętać o drugiej strona medalu. Minister sprawiedliwości to funkcja polityczna. Jego resort ma działać przede wszystkim dla dobra i w interesie obywateli. Interes korporacji prawniczych nie zawsze jest z nimi zbieżny. Wielu poprzedników Gowina o tym zapominało.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA