fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Marketing udający dyplomację

Rzeczpospolita
Trudno oprzeć się wrażeniu, że nowy rząd chce uczynić z dyplomacji kolejny element w swojej kampanii wizerunkowej – pisze publicysta „Rzeczpospolitej” Piotr Semka
Rząd Donalda Tuska istnieje raptem trzy tygodnie, a już można się pogubić w wypowiedziach jego członków na temat polskiej polityki zagranicznej. Czy w takim mętliku można prowadzić jakąkolwiek spójną dyplomację? Czy nieustanna kampania wyborcza daje szansę na jakąkolwiek koordynację polityki zagranicznej premiera i prezydenta?
Pierwsze wrażenie niestety jest takie, że nowy rząd chce uczynić z dyplomacji kolejny element w swojej kampanii wizerunkowej. Oczywiście każdy gabinet dba o to, by jego polityka zagraniczna była mocnym atutem w kreowaniu pozytywnego wizerunku. W wypadku nowego rządu jednak proporcje między przemożną chęcią błyszczenia a racjonalnością działań zostały wyraźnie zachwiane. Najważniejszy jest efekt medialny, daleko za nim – głębszy pomysł na zmianę polityki po epoce Jarosława Kaczyńskiego.
Taki właśnie, wyraźnie PR-owski, charakter miała decyzja Donalda Tuska o wycofaniu sprzeciwu wobec wejścia Rosji do OECD. Nie wiadomo, w jakim gronie premier przedyskutował ten krok. Wiadomo natomiast, że nie raczył skonsultować się w tej sprawie ani z prezydentem Lechem Kaczyńskim, ani z naszymi partnerami z krajów bałtyckich. A z kim pan premier rozmawiał na ten temat w Platformie? Też nie wiadomo.
Trudno uniknąć zatem przypuszczeń, że Donald Tusk chciał jak najszybciej wcielić w życie swe wyborcze obietnice poprawy relacji z Rosją i Niemcami. Chce też szybko i efektownie zbudować swój pozytywny wizerunek za granicą, nie interesując się zbytnio działaniami poprzedników. Jakiś kryzys z Niemcami? Na pewno zawinili wyłącznie wychowani na antyniemieckich fobiach bracia Kaczyńscy. Lodowa era w stosunkach z Rosją? To efekt oczywistych niezręczności minister Anny Fotygi. Wizja tarczy antyrakietowej w Polsce? Jeśli PiS ją popierało, to teraz trzeba obejrzeć te plany pod lupą.
Poza tym sukcesy dyplomatyczne to wymarzona okazja do szybkiego stworzenia wizerunku premiera jako człowieka nowoczesnego, zgodnego i światowego. W końcu Tony Blair też cieszył się opinią mistrza dyplomacji równie atrakcyjnie prezentującego się w Białym Domu, jak i wśród uchodźców z Darfuru. Nic więc dziwnego, że Donald Tusk zadbał o to, by wyjątkowo dokładnie kontrolować tę sferę działań.
Dziś przy kreowaniu polityki zagranicznej najbardziej rzuca się w oczy premier, konsekwentnie spychając na drugi plan szefa MSZ Radosława Sikorskiego. To w Kancelarii Premiera otrzymał biuro Władysław Bartoszewski, wykreowany przez Donalda Tuska na współszefa polskiej dyplomacji.
Chaos decyzyjny pogłębiają dodatkowo deklaracje wagi dyplomatycznej składane co pewien czas przez ministra obrony narodowej Bogdana Klicha. Również wicepremier Waldemar Pawlak zaczyna prowadzić własną politykę rosyjską. Nawet szef MSWiA Grzegorz Schetyna wchodzi na ten teren, popierając stworzenie w aglomeracji Zgorzelec – Görlitz wspólnego polsko-niemieckiego centrum „Wspominajmy razem”.
Najwyraźniej ministrowie usiłują naśladować swego szefa. Premier zaś, który powinien działania te koordynować, najzwyczajniej może nie mieć na to czasu, zwłaszcza gdy co i rusz musi wpadać na kolegia redakcyjne do „Faktu” lub zjeżdżać na górniczy przodek. Z tej perspektywy okres przed wyborami, gdy sprawy związane z polityką zagraniczną koordynowano na linii Bronisław Komorowski – Jacek Saryusz-Wolski, można z rozrzewnieniem wspominać jako czas ładu i porządku.
Ale ta sytuacja – gdy miesza się polityczny PR z dyplomacją – jest też mało korzystna dla Radosława Sikorskiego. Podejrzewam, że premier chętnie będzie firmować wszystkie sukcesy dyplomatyczne, ministrowi zaś pozostawi żmudne administrowanie resortem. Pomijam już nawet złośliwe plotki, że Donald Tusk pilnuje, by ludzie typowani na ewentualnych kandydatów w wyborach prezydenckich nie robili w PO olśniewających karier. A nie można zapominać, że nowy szef MSZ będzie teraz musiał w swoim resorcie zmierzyć się z tzw. korporacją Geremka, która na fali defotygizacji czeka na rekonkwistę i powrót na dawne stanowiska. W jakim stopniu minister Sikorski ulegnie temu ciśnieniu, a w jakim – odmłodzi kadry, zobaczymy w najbliższych miesiącach. Doświadczenie ostatnich 18 lat pokazuje jednak, że z gmachu przy alei Szucha bardzo trudno wypchnąć fachowców ze stażem sprzed 1989 roku.
Donald Tusk, hołubiony na europejskich salonach, z powodzeniem może się kreować na polskiego Tony’ego Blaira
Do tego ostry konflikt między największymi partiami prawicy może ułatwić weteranom MGIMO przetrwanie. Choć z drugiej strony Platforma – jako mniejsze zło – będzie zapewne w MSZ popierana. Prawie tak samo gorąco jak niegdyś Unia Wolności.
Nawet publicyści, którzy bronią działań Donalda Tuska wobec Rosji (np. Jędrzej Bielecki w „Dzienniku”), przyznają, że jego polityka wschodnia jest „chaotyczną serią gestów, a nie realizacją długofalowej strategii”. Tym bardziej że na razie nie widać, by Kreml odwdzięczył się znaczącym ustępstwem wobec Polski. Jednocześnie jednak ci sami publicyści oburzenie opozycji przyjmują wzruszeniem ramion. Tłumaczą, że Tusk po prostu bierze przykład z wielkich państw Unii, które wybaczają Rosji wszystko, bo współpraca ekonomiczna z Moskwą jest niezwykle atrakcyjna, a Kreml i tak nic sobie nie robi z protestów.
Ale czy Polska naprawdę jest w takiej samej sytuacji jak RFN czy Francja? Problem w tym, że nie. Nie jesteśmy mocarstwem ani militarnym, ani przemysłowym. Rosyjska dyplomacja lekceważyła i lekceważy Polskę tak samo jak Estonię czy Czechy. Jeszcze niedawno bracia Kaczyńscy odpowiadali na to twardo i wskazywali na nieuczciwą grę Kremla. Donald Tusk na zasadzie działania a rebours wyciąga do Rosjan rękę. W ten sposób pośrednio uznaje rosyjską propagandę obwiniającą nasz kraj o pogorszenie dwustronnych stosunków. Jeśli to próba zmiany stylu, ale ze świadomością, że pieszczoty z niedźwiedziem mają swoje granice, to pół biedy. Gorzej, jeśli zaczynamy grę nieprzemyślaną, bo wtedy Rosjanie bezwzględnie wykorzystają każdą chwilę słabości nowego rządu.
Podobnie rzecz się ma z polityką europejską. Niedawno polski premier bawił w Brukseli serdecznie witany przez José Manuela Barroso i szefa Parlamentu Europejskiego Hansa-Gerta Pötteringa. Pragnąc wyrazistej zmiany na wszystkich dyplomatycznych frontach, Tusk hurtowo unieważnił większość polskich zastrzeżeń z ostatnich dwóch lat. Ponownie pojawia się więc pytanie: czy to przemyślana strategia, czy PR udający dyplomację? Nawet życzliwa dla nowej ekipy „Gazeta Wyborcza” pyta, gdzie szukać osoby, która wyznaczy dalekosiężną strategię dyplomatyczną nowego rządu wychodzącą poza bieżące „eventy medialne”. Naturalny zdawałoby się kandydat do tej roli – Jacek Saryusz-Wolski – jest na dworze króla Donalda źle widziany i na razie nikt nie ma zamiaru go ściągać z Brukseli.
Prawdziwy test na dojrzałość ekipa Tuska zda jednak dopiero wtedy, gdy trzeba będzie wybierać (choćby w sprawie tarczy rakietowej) między akceptacją Amerykanów a oczekiwaniem Europejczyków czy Rosjan.
Donald Tusk z dużą pewnością siebie głosi, że polityka zagraniczna pozostaje w wyłącznej gestii premiera, a prezydent winien skupić się na godnym – acz biernym – reprezentowaniu Polski. Swoim zachowaniem szef rządu przeczy jednak takim twierdzeniom. Nawet spotkanie premiera z prezydentem w ostatnią środę nie zmieniło ogólnej tendencji. Konflikt został co prawda załagodzony, ale tylko na chwilę. Logika rywalizacji w przyszłych wyborach prezydenckich będzie bowiem pchać Donalda Tuska do dyskredytowania głowy państwa. Premier z premedytacją może więc prowokować konflikty protokolarne z prezydentem. Tym bardziej że Lech Kaczyński, bez przerwy oburzający się na dyshonory, z czasem może wydać się Polakom groteskowy. Natomiast Tusk hołubiony na europejskich salonach z powodzeniem może się kreować na polskiego Tony’ego Blaira.
Wchodzimy w kolejną fazę zimnej wojny PiS – PO. Na tej rywalizacji może ucierpieć polska polityka zagraniczna
Poniekąd prezydent sam ułatwił Tuskowi zadanie, czyniąc z nominacji Radosława Sikorskiego spór ambicjonalny. Rzecz w tym, że z konfliktu prezydenta z szefem MSZ zwycięsko może wyjść właśnie premier. Sikorski ma bowiem związane ręce, ale gdy zajdzie potrzeba, Tusk spotka się z prezydentem i ogłosi chwilowy kompromis.
Chciałbym się mylić, ale wszystko wskazuje, że niedługo wejdziemy w kolejną fazę trwającej od 2005 roku zimnej wojny na linii PiS – PO. Potrwa ona do kampanii prezydenckiej w 2010 roku. Na tej rywalizacji może ucierpieć polska polityka zagraniczna. Dostrzegł to już Jacek Saryusz-Wolski, który na łamach tygodnika „Newsweek” wskazywał jałowość tego sporu i możliwe pogorszenie się pozycji Polski. Bo trzyletnia wojenka Donalda Tuska z Lechem Kaczyńskim na pewno nie zmartwi tych, którzy w dzisiejszej Europie nie chcą widzieć zbyt silnej Polski. Oni zaś potrafią oddzielać to, co w ostatecznym rozrachunku służy public relations, od tego, co jest twardym interesem państwowym.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA