fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Znużona pantera śpiewa dla siebie

Erykah Badu tym razem oferowała tylko efektowne pozory
Fotorzepa, Magda Starowieyska Magda Starowieyska
W warszawskim parku Sowińskiego zabrakło neosoulowej magii. Erykah Badu zwodziła i rozczarowała
– Kiedy byłam mała, nauczycielka w szkole pytała, kim chcemy być. Dzieci odpowiadały, że będą lekarzami, pilotami samolotów, prawnikami. Ja mówiłam, że chcę być funky! – żartowała Badu w połowie koncertu, gdy jeszcze mieliśmy powody, by jej wierzyć. Wspomnienie z dzieciństwa było obietnicą, że lada moment zacznie się muzyczne szaleństwo.
Od niemal godziny zwodziła nas pysznymi, elektryzującymi fragmentami, po czym serwowała muzykę z pogranicza eksperymentu i hochsztaplerki. Teraz też płomień zabłysł tylko na chwilę. Po szalonej wersji "Appletree", w której funk stopił się z rock'n'rollem, a Badu wyrzucała frazy w zawrotnym tempie, temperatura drastycznie spadła. To był najsłabszy koncert artystki w Polsce. Pozbawiony aury, jaką wytwarzała dotychczas, chaotyczny i nużący.
Był bladym cieniem pierwszego występu wokalistki w Sali Kongresowej, gdzie zaprezentowała się jako mistyczna diwa, czy widowiska na Open'erze, gdy witała różowy świt niepowtarzalnymi wokalizami. Wtedy Erykah Badu emanowała charyzmą, a jej obecność na scenie była tak intensywna, że wystarczała za całe widowisko.
Teraz w warszawskim parku Sowińskiego przez 20 minut słuchaliśmy mdłego wstępu instrumentalistów, wreszcie Badu zjawiła się na scenie w meksykańskim poncho i potężnym kapeluszu. Ale nie przypominała szamanki szykującej muzyczny rytuał – tylko wokalistkę, która dla efektu ukryła się za kostiumem.
Miałam wrażenie, że nas nabiera – imituje dawną siebie, działa według sprawdzonej receptury. Ulotnił się gdzieś magiczny proszek "baduizmu". Ta nazwa, zaczerpnięta z tytułu płyty, była doskonałym określeniem filozofii, którą Badu stworzyła wokół neosoulowych kompozycji. W utworach zredukowanych do pulsu i wokaliz szukała wolności, prawdy o emocjach, osobistej swobody. W sobotę szukała raczej sposobu, by zapełnić czas.
Za każdym razem, gdy na scenie zaczynało iskrzyć, jak w mocnej, wyrazistej wersji "Healer", Badu skręcała w sobie tylko znanym kierunku i usuwała napięcie. Wracała z tych niezrozumiałych wycieczek na chwilę – w "On & On", "Love of My Life" czy świetnej, swobodnej aranżacji "Certainly". Kilkakrotnie pokazała, że stać ją na wokalny szał. Ale to przebłyski. Czarna pantera chodzi po pustej klatce, od czasu do czasu pokazując kły. Ta zabawa szybko ją nuży, więc kładzie się i zasypia.
Po godzinie z kwadransem Erykah Badu zeszła ze sceny i nie wróciła na bisy.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA