Katastrofa smoleńska

MAK obstaje przy swoim

Członkowie rosyjskiego komitetu komentowali raport komisji Jerzego Millera
PAP/EPA, SERGEI CHIRIKOV Sergei CHIRIKOV
Rosjanie: polscy piloci do końca chcieli lądować, a kontrolerzy w Smoleńsku są bez winy
Korespondencja z Moskwy
Międzypaństwowy Komitet Lotniczy wczoraj na konferencji w Moskwie odpierał wszystkie zarzuty, jakie komisja Jerzego Millera sformułowała wobec działań strony rosyjskiej z 10 kwietnia 2010 r. I przekonywał, że za katastrofę pod Smoleńskiem odpowiadają polscy piloci. MAK ogłosił swój raport w styczniu. Polska komisja – w ostatni piątek. Do niego odnieśli się rosyjscy eksperci.
– W polskim raporcie nie ma niczego nowego – zaznaczył na wstępie Aleksiej Morozow, szef komisji technicznej MAK. Kilka godzin później minister Miller o wystąpieniu MAK mówił: – Nic nowego w nim nie odczytałem. Rosjanie podtrzymali swoje wszystkie wnioski. Twierdzą, że załoga chciała lądować, była pod presją, a kontrolerzy z wieży w Smoleńsku nie popełnili żadnych błędów. – Jesteśmy przekonani, że załoga nie podjęła decyzji o odejściu na drugi krąg – twierdził Morozow. Przekonywał, że piloci byli zdecydowani lądować i zrezygnowali, dopiero gdy zobaczyli ziemię, czyli kiedy tupolew zaczął uderzać o drzewa. Stwierdził, że przycisk „uchod" automatycznego pilota wcale nie był naciśnięty. – Nie ma na to żadnego dowodu – podkreślali kilkakrotnie wiceszef MAK Oleg Jermołow oraz piloci Ruben Jesajan i Władimir Sznejder. Polska komisja twierdzi inaczej. – Mamy niezbity dowód na to, że dowódca podał komendę „odchodzimy" – mówił wiceszef polskiej komisji płk Mirosław Grochowski, który wraz z Millerem, wkrótce po konferencji MAK, odniósł się do uwag Rosjan. Jaki to dowód? Słowa z zapisu nagrania z kabiny tupolewa, które udało się rozszyfrować dopiero Polakom. MAK utrzymywał też wczoraj, że feralny lot nie był wojskowy – jak orzekła polska komisja – ale „nieregularny, o statusie międzynarodowym", więc 10 kwietnia nie można było zamknąć lotniska. – Rosjanie kręcą ze statusem lotu. Komisja Millera też mówiła, że był cywilny, a teraz uznała, że wojskowy. Po co ta manipulacja? Skoro lot był wojskowy, to przy badaniu katastrofy powinno się zastosować porozumienie polsko-rosyjskie z 1993 r., a nie konwencję chicagowską – ocenia poseł PiS Jarosław Zieliński. Rosjanie wciąż przekonują też, że piloci byli pod presją ze strony szefa Sił Powietrznych gen. Andrzeja Błasika. – On nie musiał nic mówić. Wystarczyła jego obecność w kabinie – stwierdził Morozow. Płk Grochowski komentował to tak: – Nie mamy potwierdzenia w faktach, że były jakiekolwiek naciski na załogę. Za to według MAK presji nie podlegali kontrolerzy ze Smoleńska. Obecność w wieży ich przełożonego płk. Nikołaja Krasnokutskiego Morozow uznał za naturalną: – Utrzymywał łączność ze swoim przełożonym, trudno mówić o presji. Z kim z „góry" rozmawiał Krasnokutski, gdy decydował co dalej z Tu-154? Rosjanie nie zdradzili. – MAK widzi naciski na stronę polską, bo w kokpicie był gen. Błasik. Ale chociaż w wieży było kilka osób, a płk Krasnokutski w pewnej chwili nawet przejął kierowanie, takich nacisków po ich stronie już nie dostrzegają. A one bez wątpienia były – mówi „Rz" płk Edmund Klich, były polski akredytowany przy MAK. Jak Rosjanie tłumaczą fakt ustalony przez komisję Millera, że kontrolerzy błędnie informowali załogę o kursie i ścieżce? MAK przekonywał, że choć odchylenia od planowanego toru przekraczały te dopuszczalne dla rosyjskich lotów państwowych, to lot Tu-154 takim nie był. Tu stosowano inne przepisy i według nich dopuszczalnego odchylenia nie przekroczono. Pilot płk Piotr Łukaszewicz, były szef oddziału szkolenia lotniczego polskich Sił Powietrznych, mówi „Rz", że każdy kontroler – i cywilny, i wojskowy – musi ostrzec załogę o odchyleniach od ścieżki, i to tak dużych. – Nigdy, bez względu na zastosowaną ścieżkę podejścia: wojskową czy też cywilną wysokość 150 m powyżej ścieżki schodzenia 8 km od pasa, jak i wysokość 50 m poniżej ścieżki 3 km do pasa, nie jest pozycją prawidłową przy podejściu do lądowania – wyjaśnia. – Jeśli kontroler twierdzi, że to prawidłowe, kompromituje siebie i swoją profesję. MAK utrzymuje też, że sprzęt na lotnisku działał prawidłowo. Dlaczego nie ma nagrań z wieży, które by to potwierdziły i o które bezskutecznie zwracali się Polacy? Bo zacięła się taśma i nic się nie zapisało. Przedstawiele polskiej komisji twierdzą, że wcześniej w swoim raporcie MAK podał inną przyczynę – zwarcie lub przerwę w kablu. – Rosjanie świadomie fałszują dowody w sprawie katastrofy i forsują jednostronną, wygodną dla nich wersję: że winni tragedii są Polacy, ci, którzy zginęli. Oni nie mogą się bronić – komentuje Zieliński. A poseł SLD Jerzy Wenderlich zaznacza: – To, że MAK próbuje wyczyścić winę Rosjan, jest oczywiste. Ale z drugiej strony zachowuje się tak, by nie sprawiać kłopotu polskiemu rządowi. Dlaczego? Kiedy MAK ogłosił swój raport i wskazywał winę pilotów i kompromitował polskiego generała, to rząd milczał. Według Wenderlicha polska wina jest bezsprzeczna. – Gdyby minister Radosław Sikorski zachował się tak, jak powinien, i zareagował na informację ambasadora Bahra, że lotnisko jest nieczynne i pozbawione infrastruktury, Tu-154 nigdy by tam nie wylądował – uważa. Komisja Millera oceniła, że raporty różnią się interpretacją, a nie faktami. Chce się spotkać z ekspertami MAK i dyskutować. masz pytanie, wyślij e-mail do autorów p.skwiecinski@rp.pl g.zawadka@rp.pl
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL