fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Orzecznictwo

Poprawiający tekst mogą być współautorami

Fotorzepa, Michał Walczak Michał Walczak
Weryfikacja pracy naukowej polegająca na usunięciu z niej wątpliwych naukowo fragmentów uprawnia do współautorstwa
To sedno środowego (25 maja 2011 r.) wyroku Sądu Najwyższego (sygnatura akt II CSK 527/10), ważnego zapewne dla środowisk naukowych, w których podobne praktyki ponoć należą do codzienności, a nieraz mogą się ocierać o plagiat.
Taki zarzut pojawił się w sporze Wity Szulc, profesor Uniwersytetu Wrocławskiego, pedagog, przez pewien czas związanej z poznańską Akademią Medyczną, gdzie wykładała m.in. kulturoterapię i sztukę w medycynie.
Gdy otrzymywała w 2001 r. pracę w Katedrze Zdrowia Matki i Dziecka AM, przełożeni (Tomasz O. i Jakub B.) zaproponowali jej wydanie publikacji, by placówka mogła się wykazać na tym polu. Jej wkładem miał być artykuł „Muzyka w medycynie a muzykoterapia" opublikowany w „Przewodniku Lekarza". Tekst był esencją wcześniej wydanej przez nią książki na ten temat. Oddała go szefom na dyskietce i stroną redakcyjną już się nie zajmowała. Gdy go opublikowano, okazało się, że jako autorów wymieniał nie tylko ją, ale też dwóch przełożonych i jeszcze jednego lekarza, Pawła R., którego w ogóle nie znała.
Najpierw zastrzeżenia miała do umieszczenia nazwiska Pawła R., a gdy została zwolniona, zgłosiła je także wobec byłych przełożonych. Ponieważ podała je prasie i sprawa stała się głośna, lekarze wystąpili z pozwem o sądowe ustalenie, że są współautorami artykułu (dodajmy, że kwestia wynagrodzenia, zresztą niewielkiego, nie odgrywała w sporze większej roli).
Sądy okręgowy i apelacyjny zgodnie ustaliły 10-proc. udział tych lekarzy w stworzeniu artykułu. Uznały, głównie na podstawie zeznań powodów, że doszło do twórczego opracowania artykułu Wity Szulc.
Adwokat Hubert Basiński, pełnomocnik pani profesor (pozwanej), autor skargi kasacyjnej, przekonywał Sąd Najwyższy, że nie ma mowy o współautorstwie powodów (lekarzy), gdyż praca ich polegała na wycięciu kilku fragmentów. Nie można więc mówić o utworze. Pozwana przyniosła w zasadzie gotowy artykuł. To prawda, że musieli nad nim trochę popracować, ale nie każdy wysiłek ma twórczy charakter. Aby wreszcie mówić o współautorstwie, współtwórcy muszą się znać, a prof. Szulc Pawła R. nawet nie widziała.
Zdaniem adwokata wymuszanie na nowych pracownikach „współautorstwa" ich utworów przez starszych kolegów przełożonych ma być nierzadkim procederem, dlatego orzeczenie Sądu Najwyższego może wskazać granice, za którymi jest to niedopuszczalne.
Powodowie nie mieli pełnomocnika, ale i tak wygrali. – Do zawarcia umowy o współwykonanie utworu może dojść także przez fakty dokonane, a zatem współtwórcy nie muszą się widzieć, znać – uzasadniał sędzia Dariusz Zawistowski.
Co najważniejsze, SN uznał, że wyeliminowanie części utworu (artykułu) było jego współtworzeniem. Chodzi bowiem o pracę naukową, a w pracy naukowej usunięcie jakiegoś fragmentu może zmienić jej sens. Przy tej pracy tak właśnie było – powodowie lekarze usunęli te fragmenty, które z punktu wiedzenia wiedzy medycznej (tej pozwana nie ma) były kontrowersyjne. Jednocześnie – dodał SN – wyrok niższych instancji docenia wkład pozwanej, określając go na 90 proc.
Wyrok SN jest ostateczny.
Zobacz więcej w serwisie:
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA