fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Show-biznes

Niełatwo mnie rozbawić

Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak
Z Janem Kobuszewskim rozmawia Małgorzata Piwowar
Rz: „Rozmowy przy wycinaniu lasu" miały premierę w połowie lat 70. i nadal są grane. Na czym polega ich aktualność? Zbliżenie - czytaj więcej
Jan Kobuszewski: To zasługa autora, Staszka Tyma, bystrego rejestratora rzeczywistości, potrafiącego przenieść swoje spostrzeżenia na papier. Okazał się na tyle mądrym twórcą, że cenzura nie mogła się do niczego przyczepić. Była wręcz pomocna, bo zmuszała autorów do wytężonej pracy i ukrywania sensów. Dziś można powiedzieć wszystko, także po chamsku. Wtedy trzeba było szukać kamuflażu i to było twórcze. Ludzie wiedzieli z czego się śmieją i dlaczego się bawią. Poza tym w tym tekście i w spektaklu jest mało polityki, za to wiele interesujących obserwacji obyczajowych. Dlatego utwór się nie starzeje. To cecha najlepszych dramatopisarzy, takich jak Szekspir czy Fredro – ich teksty też nie straciły na wartości. Czytaj Magazyn TV
Z pozoru to banalna, choć zabawna opowiastka o kilku facetach, którzy siedzą w lesie i czekają na nie wiadomo co...
Raczej mądra komedia, a takie zawsze coś ważnego ze sobą niosą. Poza tym trzeba pamiętać, że komedia to gatunek dramatu.
Grał pan w tej sztuce dwukrotnie w odstępie 15 lat – w 1984 i 1999 roku. Czy zmieniła się interpretacja?
Nie. Grałem tę samą rolę, Siekierowego, i on pozostał tak samo pomyślaną postacią jak i całe przedstawienie. Obydwa wyreżyserował autor, więc nie mogło być mowy o odstępstwie od głównej idei. Choć, oczywiście, na pewno drobne zmiany były, bo grali inni aktorzy i każdy coś wnosił od siebie. Na przykład Boguś Sochnacki inaczej potraktował rolę niż jego poprzednik. Siekierowy manifestuje swoją władzę. I głupotę. To przykład przywódcy, który okazał się idiotą. Dość typowa postać naszych byłych czasów.
Ale poza nim widzę zbiór marzycieli i idealistów, jakkolwiek prostych i niewykształconych.
Coś w tym jest. Rzeczywiście bohaterowie „Rozmów przy wycinaniu lasu" zostali dobrze sportretowani. Chwała leśnym ludziom. Staszek Tym zna ich z Suwalszczyzny, ja z Mazur. Spędziliśmy w tamtych rejonach wystarczająco dużo czasu, by wiedzieć, że z dala od tzw. cywilizacji mieszka wielu ludzi prostych, ale nie prostaków. Nie myślicieli, ale myślących. Nie inteligentów, ale bardzo inteligentnych. I to jest właśnie cecha naszego gminu zamkniętego w lasach, który ma więcej czasu na przemyślenia niż gapie wpatrzeni w telewizyjne ekrany.
Postać Siekierowego ma jeszcze jeden smaczek. W pewnym momencie opowiada on zebranym bajkę – zupełnie jak pan w „Dobranockach dla dorosłych"...
Siłą tych dobranocek były mądre morały, których wygłaszanie przypadło narratorowi, czyli mnie. Pamiętam bajkę o Janosiku, który wpadł do knajpy i zapytał: „czy tu są biedni?" Byli. Bogaci też. Zarządził, by ci drudzy oddali pieniądze ubogim. Ale za chwilę był protest, bo pojawili się nowi biedni. Znowu bogaci zwrócili pieniądze, ale to nic nie dało – nigdy nie było sprawiedliwie. W końcu Janosik zdenerwował się i sobie poszedł. A morał – „do rozwiązania problemów ekonomicznych nie wystarczą dobre chęci. Konieczne jest solidne przygotowanie fachowe, dobranoc państwu". Bardzo aktualne, prawda?
Sława dobranocek przekroczyła granice naszego kraju.
Owszem, przekonałem się o tym, kiedy pojechałem do Związku Radzieckiego. Tam jedna z aktorek zaprosiła mnie do siebie, mówiąc, że chce mnie poznać jej ojciec – właśnie jako interpretatora bajek dla dorosłych. Okazało się, że dom jest piękny, z gustem umeblowany antykami. A ojcem okazał się Arkady Rajkin, wielki aktor – prześmiewca i satyryk. Opowiadał mi, jak na jednym z koncertów „chlapnął" coś przeciw rządowi i zaraz potem przyszli do niego smutni panowie i oświadczyli: „Rajkin, ty teraz będziesz chory przez następne dwa lata". I rzeczywiście, przez następne dwa lata nie dostał żadnej roboty. Musiał nawet sprzedać swój samochód, żeby jakoś przeżyć. Jak skończyła się karencja, zemścił się na towarzyszu Stalinie. Kiedy mu zaproponował konferansjerkę, Rajkin zażądał bajońskiego honorarium. I co ciekawe – dostał.
W latach 90. popularnością cieszył się telewizyjny „Kabaret Olgi Lipińskiej", który miał ponad sto wydań. W ubiegłym roku odbyła się próba powrotu programem „Pietruszka czy burak", ale ciągu dalszego nie było. Dlaczego?
W czasie nieustannych zmian władz telewizyjnych taka decyzja nie dziwi. Kabarecik miał często pod górkę, bo niektórzy decydenci uważali go za kabaret polityczny, a inni po prostu za szkodliwy. Do końca poruszał ważne sprawy społeczne, ekonomiczne. Za to my, wykonawcy, bardzo go lubiliśmy. Będąc jego współtwórcami, mieliśmy szerokie pole do popisu. Dobrze się też bawiliśmy, mimo że Olga była wymagającym autorem i reżyserem.
Ogląda pan kabarety w telewizji?
Nie bardzo. Ale z kolegów, których cenię, wymienię Artura Andrusa i Andrzeja Poniedzielskiego. Rzadko, ale jednak brylanty się zdarzają.
Trudno dziś pana rozśmieszyć?
Nigdy nie było mnie łatwo rozbawić. Zawsze najbardziej cieszyły mnie niespodziewane, zaskakujące sytuacje.
Dziś widzowie częściej się śmieją czy rechoczą?
W kabarecie nie występuję od lat, ale jako aktor Teatru Kwadrat od 35 lat stwierdzam, że nasi widzowie przychodzą, żeby się pośmiać inteligentnie. I dostają to u nas.
Od niespełna pół roku Teatr Kwadrat ma nową siedzibę. To jak zmiana domu...
Baliśmy się, że zespół się rozpadnie, ale na szczęście skończyło się na obawach. Sala teatralna na Czackiego miała 160 kilka miejsc i w każdy wieczór były komplety. Tu jest 300 foteli i też jest na szczęście pełno. I to nasz sukces. Kolejni dyrektorzy teatru: Edmund Karwański i Andrzej Nejman, utrzymują linię repertuarową wyznaczoną przed laty przez Dudka Dziewońskiego, co, jak widać, wciąż zjednuje nam publiczność.
Od 12 lat nie zagrał pan w Teatrze Telewizji ani w filmie. Obraził się pan na kino?
To straszna praca, dla mnie już ponad siły.
Dawniej też rzadko pan grywał w filmie.
Robiłem wyjątki dla Staszka Barei. Poznaliśmy się jeszcze jako studenci, miałem do niego zaufanie. Umówiliśmy się, że zawsze chętnie u niego zagram epizod – najwyżej – dwu, trzydniowy. Więc jeśli chodzi o mnie – za pracą w filmie nie przepadam, ale za to jestem zwariowanym kinomanem. Ulubione tytuły mógłbym wymieniać bez końca: „Ucieczka z kina »Wolność«", „Tańczący z Wilkami", „Kabaret" i mnóstwo innych. Film to cudo. Poza książką i radiem daje największe odprężenie. I nawet większą radość niż teatr. Lubię ułudę. Wierzę w to, co widzę, i oglądając tragiczne momenty na ekranie, muszę przywoływać się do rzeczywistości. A na komediach romantycznych chętnie się wzruszam – do łez. Jestem więc dobrym widzem – to jedyna dobra rzecz, jaką z pewnością mogę o sobie powiedzieć.
Był pan w ubiegłym roku ambasadorem Narodowego Dnia Życia przebiegającego pod hasłem „Dziadki – dziatkom". Jakie spoczywały na panu obowiązki?
Zgodnie z hasłem – dydaktyczne. Dzieci i wnuki to wielka frajda – z jednej strony, a obowiązek – z drugiej. Nie miałem wiele czasu na wychowywanie mojej córki, bo wychodziłem z domu o godzinie 9, a wracałem o drugiej w nocy. Zajmowała się nią moja żona i obie babcie, więc wyrosła na wspaniałą dziewczynę. Z wnukami mam kontakt dużo częstszy. Jeden ma już 19 lat, a drugi 11. Staram się im przekazać moje doświadczenie, chociaż twierdzę, że jak na własnej skórze człowiek nie odczuje niektórych rozczarowań i zawodów życiowych, to przez opowiadanie się tego nie nauczy. Bo teoria teorią, a empiria – empirią.
Jan Kobuszewski
Widzowie znają go jako niezrównanego majstra w skeczu „Ucz się Jasiu" z kabaretu Dudek, pana Janeczka z kabarecików Olgi Lipińskiej, a także narratora telewizyjnych „Dobranocek dla dorosłych".
Starsi pamiętają go z satyrycznego programu telewizyjnego „Wielokropek", w którym występował w duecie z Janem Kociniakiem.
W 1962 roku zagrał główną rolę w pierwszym polskim serialu telewizyjnym „Barbara i Jan". Stworzył też wiele charakterystycznych, drugoplanowych postaci m.in.: listonosza w „Nie ma róży bez ognia" i hydraulika w „Poszukiwany, poszukiwana" Barei.
W teatrze zagrał około 100 ról.
Od 1976 roku jest aktorem Teatru Kwadrat. Publiczność oklaskiwała go m.in. jako Rotmistrza w „Damach i huzarach" Fredry, tytułowego bohatera „Wstrętnego egoisty" Dorina, a także „Czarującego łajdaka" Chesnota.
Dziś Jan Kobuszewski ma 77 lat i gra rolę majętnego starego kawalera w spektaklu „Mój przyjaciel Harvey" oraz Anioła Stróża w „Przyjaznych duszach".
W 2008 roku ukazała się książka aktora „Patrzę w przyszłość (i przeszłość) z uśmiechem i radością".
Rozmowy przy wycinaniu lasu | 22.15 | TVP 1 | PONIEDZIAŁEK
Zawsze w niedzielę | 3.40 | Kino Polska | NIEDZIELA
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA