Kraj

Dyplomatołki, bomby i kapiszony kampanii

Nigdy do tej pory polityczna walka nie obfitowała w tyle kwiecistych wypowiedzi i bon motów, a politycy nie prześcigali się w wymyślaniu nowych słów
„Mordo ty moja” – to określenie, wymyślone przez sztabowców PiS, powtórzone później w spocie PO, a na koniec rzucone do Aleksandra Kwaśniewskiego przez Marka Borowskiego (SdPl), otwiera słownik kampanii wyborczej. Będzie bomba – takie zapowiedzi składali na początku przedwyborczej agitacji politycy PO. – Żadna bomba, co najwyżej podmokły kapiszon – tak skwitował je Jarosław Kaczyński na wieść, że ową bombą jest przejście pod sztandary PO marszałka Senatu Bogdana Borusewicza. Ten transfer należał do istotniejszych.
Zresztą słowo „transfer”, zapożyczone ze sportu, zrobiło furorę w tej kampanii. Partie, którym nie udało się w ten sposób zabłysnąć, robiły wszystko, by zaistnieć w mediach. Bo ta kampania – podkreślają specjaliści – odbywa się głównie na szklanym ekranie. A to oznacza, że szczególnie liczy się ten z polityków, który przebije się przez tłum innych jakąś barwną wypowiedzią. Tak narodziła się kariera wymyślonego ad hoc przez Romana Giertycha (LPR) słowa „ciamciaramcia”. – Charakteryzowało ono pewną postawę, w której ktoś sam nie wie, czego chce, niby coś próbuje, ale nie bardzo mu wychodzi, coś mówi, ale nie bardzo wierzy w to, co mówi – tłumaczy Giertych.
Modne stało się też słowo „debata”. – Nagle wszyscy sobie uzmysłowili, że kampania to debata – dziwi się Wojciech Olejniczak (SLD). O debatę z premierem apelował przez kilkanaście dni Tusk. W odpowiedzi usłyszał jednak, że jest „pomocnikiem” Aleksandra Kwaśniewskiego i Jarosław Kaczyński woli rozmawiać z jego „szefem”. W końcu jednak premier zgodził się spotkać z Tuskiem. – I wypadł jak dziadziuś Jaruś – tak występ premiera określił Giertych. Przez moment pod znakiem zapytania stanęła debata Tuska z Kwaśniewskim, który chwilową niedyspozycję podczas konwencji LiD w Szczecinie tłumaczył tajemniczą „chorobą filipińską”. – A dla mnie absolutnym hitem tej kampanii jest określenie wymyślone przez prof. Władysława Bartoszewskiego „dyplomatołki” – mówi Zbigniew Chlebowski (PO). – To właśnie ono w pełni odzwierciedla styl polityki, jaki uprawiają politycy PiS. Za chwilę jednak wszystkie te barwne sformułowania pokryje kurz. Tak przynajmniej przewiduje językoznawca prof. Jerzy Bralczyk. – Nie wydaje mi się, żeby na trwałe zagościły w naszym słowniku. Bo to są tylko okazjonalizmy.
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL