fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Muzyka

Legendy wciąż przed emeryturą

Fotorzepa
Dziś w Warszawie Grandmaster Flash, za miesiąc Bryan Ferry, a potem Robin Gibb, Ringo Starr, Bonnie Tyler i John Mayall. Gwiazdy są jak wino? Tak, ale nie każde wino lubi leżakować
Informacja o zakończeniu kariery Phila Collinsa zdążyła już obiec świat. Artysta, którego chorzowski, zagrany z grupą Genesis, koncert trzy lata temu okazał się dla nas ostatnim – wybrał rodzinę.
Zobaczymy za to – i to w Warszawie – przedstawicieli innych słynnych zespołów – The Beatles, Roxy Music i Bee Gees.  Należy jednak zachować czujność, gdyż niezapomniane wrażenia z obcowania z legendą mogą zmienić się w beznamiętne dopłacanie do jej emerytury. Zbyt łatwo zapłacić słoną cenę i wyjść z kwaśną miną.

Ojcowie założyciele

Powtórka z rozrywki rozpoczyna się dziś za sprawą Grandmaster Flasha. Jak na weterana jest młody, ukończył bowiem dopiero 53 lata. Był kamieniem milowym dla rozwoju sceny hiphopowej i przyczynił się do traktowania gramofonu jako pełnoprawnego instrumentu.
Tym samym dla muzyki współczesnej pozostaje herosem. Tyle że limit heroicznych czynów wyczerpał w latach 80. Występuje raczej sporadycznie, ma w karierze dwie bardzo długie przerwy, po nich zaś nie najlepsze powroty – wydaną przed dwoma laty płytę „The Bridge" nie bez przyczyny przyjęto chłodno.
Na żywo może wypaść lepiej, zwłaszcza że didżej zagra nie w zarezerwowanych dla tak nobliwych gości, przaśnych wnętrzach Sali Kongresowej, a w nowym stołecznym lokalu – Butiklubie. Będzie miał okazję nawiązać kontakt z publiką, a z tym nigdy nie miał problemu.
Ponad miesiąc później, bo 26 kwietnia, już w Kongresowej, zobaczymy Bryana Ferry'ego. To jasne – bez niego nowa fala postpunkowego grania lat 80. mogłaby nie istnieć.
Dziś ze słuchaczami Ferry obchodzi się ponoć raczej zimno niż romantycznie. Fani z Nowej Zelandii donoszą, że solidne 90 minut grania pozostawia niedosyt i emocjonalny deficyt.

Nie rwać włosów

W podobnym tonie wypowiadali się ci, którzy ostatnio widzieli na żywo jednego z trójki wyspecjalizowanych w disco braci Gibb. Robin Gibb, mając na karku 61 lat, dźwiga na swych barkach show, w którym najwięcej jest właśnie z przebojów nagranych w ramach Bee Gees. „Moja mama nie była pod wrażeniem" – napisał po występie jeden z dziennikarzy. Ten wymowny komentarz wiele mówi osobom planującym udać się 29 maja do Sali Kongresowej.
Co ciekawe, inne bożyszcze tłumów dziewcząt – Ringo Starr (rocznik 1940) – wciąż potrafi urzekać. Może nie doprowadza do histerii, ale dwugodzinne występy pełne przebojów, tak własnych („It Don't Come Easy"), jak i nagranych z pozostałą trójką z Liverpoolu (choćby „Yellow Submarine"), uchodzą za rarytas. Osiągnął wszystko, jednak wciąż bawi się muzyką. A zatem 15 czerwca warto trzymać się wieczorem Pałacu Kultury i Nauki.

Odcinanie kuponów od mody na lata 80.

Jeszcze lepszą kondycję ma Bobby McFerrin, dekadę młodszy od Starra, znany zaś z „Don't Worry, Be Happy" i tego, że zamiast 20 instrumentów używa jednego – własnego głosu.
Do dziś potrafi poderwać publikę z krzeseł (to niezbędne u kogoś, kto w Kongresowej ośmiela się grać dzień po Ringo) i zaangażować ją w niepoważne zabawy.
Choć o wieku kobiet mówić nie wypada, Bonnie Tyler w tym gronie znalazła się nieprzypadkowo. Pani, której zawdzięczamy nieśmiertelny przebój „Holding Out For A Hero", zręcznie odcina kupony od mody na lata 80. Stawia na anachroniczne brzmienia i zgrabnie stara się zapchać czas między wszystkim trzema przebojami.
Kto jednak będzie szukał prawdziwego bohatera, nie pójdzie 30 czerwca do Kongresowej. Poczeka dwa tygodnie i 13 lipca uda się do Stodoły na koncert Johna Mayalla. Ten 70-letni bluesman potrafi osiągnąć niesamowity efekt, korzystając z minimalnych środków, szarpie struny gitary i szarpie emocje.

Źródło: Życie Warszawy
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA