fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sporty zimowe

Norwegia. Narodowy zwyczaj biegania

AFP
Nie da się mieszkać w Norwegii i nie biegać na nartach. Tłumy kibiców, koczujących przy trasach podczas mistrzostw świata w Oslo to dla Norwega nic dziwnego.
 
Nie ma teraz ważniejszej imprezy i każdy chce ją zobaczyć, bo trzeba wiedzieć, co się dzieje, żeby mieć, o czym rozmawiać w pracy.
To nie jest zainteresowanie odświętne, jak w przypadku części kibiców piłkarskich, którzy ujawniają się tylko przy okazji mundiali. Tu zainteresowanie trwa przez cały rok, a każdy sprawdził na sobie, co to znaczy wbiegać pod górę na nartach. Żeby się o tym przekonać, nie trzeba się ruszać ze stolicy. Wystarczy wyjechać na przedmieścia Oslo, tam gdzie zaczynają się lasy.
Jeśli komuś nie chce się jechać na peryferie miasta, albo fantazja podpowiada mu co innego, zawsze może wybrać się do parku Vigelanda i pobiegać po szerokich alejach, wśród słynnych rzeźb. Ale najlepiej wybrać się na trasy biegowe. Te wokół stolicy liczą sobie około 2000 km i są znakomicie przygotowane. Chętnych do korzystania jest wielu.
Jest już dobrze po godzinie 21, a na trasach wokół dzielnicy Kjelsas nawet wtedy miga światło latarki. Mija kilka sekund i wyłania się sylwetka biegacza. Niewielu jest takich, którzy dopiero wychodzą na trasę. Większość kończy trening, choć biegać można do 23, bo do tej godziny włączone jest oświetlenie.
Parę kilometrów dalej, wokół Voksenkollen, kilka stacji metra za skocznią narciarską Holmenkollen, tłok jest do samego końca. Nawet w poniedziałkowy wieczór. Biegają nastolatkowie, studenci, ludzie w średnim wieku. Ci, którzy przeszli na emeryturę zakładają narty tuż obok dwu-, trzyletnich dzieci, które ledwie nauczyły się chodzić. Maluchy pokonują nawet proste slalomy. Nic dziwnego, że potem bez strachu zakładają narty i zjeżdżają w dół ze stromych stoków, pod okiem rodziców, albo trenerów. Bo narciarstwo w Norwegii to nie tylko biegi, ale też i narty alpejskie. Ale bieganie to świętość.
Słowo "moda", ani nawet styl życia nie oddaje w pełni tego, czym jest dla Norwega bieganie na nartach. – To jest tradycja, która sięga jeszcze czasów Wikingów. To jest nasza historia. To, że 99 procent Norwegów ma w domu przynajmniej jedną parę nart biegowych nie wynika z mody. Dzieci, wyprowadzając się z domu bałyby się spojrzenia rodziców, gdyby nie kupiły sobie nart – mówi Erik, sprzedawca w sklepie sportowym w centrum Oslo.
Nie przesadza. Jedna z narodowych legend opowiada o królu Haakonie Haakonssonie, którego od śmierci uratowali dwaj rycerze, uciekając z nim na nartach. Przyszły monarcha był wtedy noworodkiem i ważył 3,5 kg. Na pamiątkę tej ucieczki od 1932 roku, każdego roku, rozgrywany jest Bieg Birkenbeiner. Trasa wokół Lillehammer liczy 54 km, a każdy z 12 tysięcy uczestników niesie plecak, ważący tyle, ile wtedy ważył król. Chętnych nie brakuje.
– Myślałem o tym, żeby zgłosić się do zeszłorocznej edycji, ale nie zdążyłem. Internetowe zapisy skończyły się po 20 minutach. Spróbuję w przyszłym roku – mówi Łukasz Pietrzak, Polak pracujący w Norwegii. On, tak jak wielu innych, którzy przyjechali do Norwegii wsiąkł w bieganie. - Zaraziłem się tym, gdy mieszkałem w Lillehammer i tak już zostało. Trasy wokół Oslo są świetne, ale najpiękniejsze są tamte, olimpijskie. Raz spotkałem tam Ole Einara Bjoerndalena - dodaje Łukasz.
Takich jak on jest dużo więcej. W tramwaju można usłyszeć, jak polski robotnik, który wraca z pracy jeszcze w kombinezonie zapowiada, że będzie w domu dopiero wieczorem, bo idzie pobiegać. To jest element socjalizacji. Jeśli chcesz w Norwegii zdobyć znajomych, musisz zacząć biegać na nartach. Wcześniej, czy później ktoś ci to zaproponuje. Wtedy trzeba będzie się zaopatrzyć w sprzęt, a wybór jest naprawdę spory. Do wyboru, do koloru - różne firmy, różne modele, nawet różne kolory. - Początkujący najczęściej wybierają fischery, a ci którzy już trochę jeździli sięgają po madshusy, są bardziej wyczynowe - zdradza Erik. Jedna para nart i dobre wiązania może wystarczyć na długo, ale wielu jest takich, którzy podążają za modą i co sezon dokupują nową parę, bo zmienił się design. Kurtki zmienia się rzadziej, a kolorystyka jest zawsze taka sama: dominują czerwony, czarny i niebieski.
- To jest sposób na pokazanie się i poprawienie pozycji towarzyskiej. Tutaj szpanuje się nartami, wiązaniami, czy butami - śmieje się Łukasz. Kto chce połechtać swoją próżność musi się wysilić finansowo i logistycznie, bo każdy w Norwegii zna się na sprzęcie i pierwsza, lepsza para nart nie zrobi na nikim wrażenia. W wypożyczalni na Voksenkollen widziałem matkę z 12-letnim synem, którzy kilka minut dyskutowali ze sprzedawcą na temat smarów.
Po co w Norwegii wypożyczalnie nart, skoro każdy w domu ma swoje? - Często korzystają z nich turyści, na przykład z Polski, ale klientów mamy z całej Europy. Norwegowie też się zdarzają, najczęściej studenci, którzy własne narty zostawili w domu, albo goście, którzy przyjechali do stolicy na weekend. Po niedzielnym obiedzie często całe rodziny wybierają się na narty - mówi Odyn, który pracuje w wypożyczalni.
Sam dokładnie nie wie, ile kompletów mają do dyspozycji, ale na pewno kilkaset. Ten, kto tak jak ja, dopiero zaczyna przygodę z nartami, dostanie je od razu przygotowane do jazdy. Wystarczy tylko podać wzrost i numer buta. Koszt wypożyczenia kompletu na trzy dni to 300 koron. Tanio nie jest, ale spróbować warto.
Zacząć można tuż za wypożyczalnią. Oczywiście, od razu Justyną Kowalczyk się nie zostanie. Najpierw trzeba sobie poradzić z pierwszym podbiegiem, który specjalnie trudny nie jest, ale nowicjusza kosztuje sporo wysiłku. W zamian trasa oferuje niesamowite widoki - obsypane śniegiem świerki, czysty biały śnieg. Kto będzie miał szczęście, może spotkać łosia. A komu takich wrażeń zbyt mało i do cywilizacji dla niego zbyt blisko może wybrać się na północ i podróżować między chatami, rozstawionymi przez Norweskie Towarzystwo Turystyki Górskiej. Domków jest ponad 400, więc jest gdzie się zatrzymywać.
Można wykupić wycieczkę i wyruszyć np. Szlakiem Trolli albo wyciszyć się w Parku Rondane. Najodważniejsi, którzy chcą poczuć się jak ich przodkowie, decydują się na samotność, np. Lars Monsen - norweski Jacek Pałkiewicz. Jego podróż po Norwegii trwała rok.
Jeśli się uda z takiej wyprawy wrócić, można stać się gwiazdą telewizji. Zapotrzebowanie na programy dotyczące biegania jest zawsze. Śniegu też nie zabraknie.
—Łukasz Majchrzyk z Oslo
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA