fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Historia

Szczecińskie twarze

Stanisław Wądołowski
Archiwum
Piotr Semka rozmawia z uczestnikami wydarzeń sprzed 40 lat w Szczecinie
[srodtytul]NA ROBOTNIKÓW Z TANKAMI?![/srodtytul]
[b]Stanisław Wądołowski
młody technolog spawalnictwa w Stoczni im. Warskiego[/b]
W czwartek po pracy poszedłem pod KW. Tłum już zdobył gmach i krążył po kolejnych piętrach. Z okien komitetu wyrzucano rzeczy znajdowane w środku. Fotele, portrety Lenina i segregatory z dokumentami. Pokazywano luksusowe alkohole i wynoszono na zewnątrz kontenery z wędlinami z partyjnego sklepu. Ludzie stali jak zahipnotyzowani. Tak skończył się prestiż partii. KW płonęło i czarny, gesty dym widać było w całym mieście.
Następnego dnia, gdy przyjechałem do stoczni, stały już tam czołgi z lufami skierowanymi na zakład. Stoczniowców doprowadziło to do furii. Jak to? Na robotników z tankami? No i się zaczęło. Obrzucali czołgi benzyną, wkładali między gąsienice metalowe drągi. Około 10 rano czołgi wycofano, ale stocznię dla odmiany otoczono wojskiem i milicją. Odpalono świece dymne i zacząłem słyszeć strzały. Czołgi znów przysuwają się pod stocznię. Zobaczyłem padającego stoczniowca. Krzyki, płacz, zgiełk. Postrzelonych niesiono na deskach i drzwiach do stoczniowej przychodni.
Widzę I sekretarza POP Eugeniusza Muszyńskiego. Mówię mu, że trzeba koniecznie iść do jakiegoś dowódcy i wezwać, aby wstrzymano ogień. Dołączył do nas III sekretarz partii Janusz Wróbel i były szef rady zakładowej Klaman. Razem wchodzimy w dym i krzyczymy: nie strzelać, idziemy pertraktować. W końcu znajdujemy dowódców. „Niech wojsko odejdzie, bo będzie coraz większy rozlew krwi”. I gdy czołgi akurat zaczynały się wycofywać – jakiś stoczniowiec rzuca butelką z benzyną i trafia we właz czołgu. Od ognia zapala się żołnierz z załogi. Oficer stojący obok czołgu odpowiada ogniem i trafia stoczniowca w nogę. Ale widzę, że wojsko się jednak cofa. Do szpitala zabieramy zarówno poparzonego żołnierza, jak i rannego stoczniowca.
[srodtytul]FOTOMONTAŻ[/srodtytul]
[b]Eugeniusz SzErkus
członek tzw. drugiego i trzeciego komitetu strajkowego w Stoczni im. Warskiego w grudniu 1970 i styczniu 1971 roku[/b]
Ten pierwszy strajk z grudnia 1970 roku prowadzili głównie partyjni. Chcieli załogę zagadać, ułagodzić. Ten drugi, z 20, 21 i 22 grudnia, był już w pełni nasz, w pełni robotniczy. Ale dla samoświadomości robotników najważniejszy był ten trzeci protest ze stycznia 1971 roku pod wodzą Edmunda Bałuki. Zaczęło się od oburzenia, że w „Głosie Szczecińskim” tak zmontowano zdjęcie z niewielkiego wiecu na stoczniowej rurowni, żeby wyglądało to na masowe poparcie załogi dla nowej ekipy w PZPR.Ten styczniowy strajk zakończył się przyjazdem Gierka. Wtedy poczuliśmy, że nareszcie władza potraktowała nas serio. Nauczyliśmy się, że coś od nas zależy. Że już wiemy, jak odginać kark. Bez Stycznia ‘71 nie byłoby „Solidarności”.
[srodtytul]GIGANTOFON I RADIOWĘZEŁ[/srodtytul]
[b]Dorota Wilamowska
pracownica radiowęzła w Stoczni im. Warskiego[/b]
Po walkach ulicznych 17 grudnia i kanonadzie pod stocznią następnego dnia wiedzieliśmy już, że trzeba zostać w zakładzie. Strajk był niesamowity, pełna determinacja i jakieś odzyskane poczucie godności. Ja pracowałam w radiowęźle jeszcze przed strajkiem, a mój ojciec Franciszek był w komitecie strajkowym – więc miałam informacje z pierwszej ręki. Non stop odczytywaliśmy komunikaty. Zbieraliśmy informacje o ofiarach i odczytywaliśmy rezolucje innych zakładów. Nie nadawaliśmy muzyki, bo przecież wielu ludzi zginęło i było rannych.
W styczniu 1971 roku wybuchł kolejny strajk. Wtedy szef szczecińskiej milicji pułkownik Urantówka przywiózł pod stocznię gigantofony i zaczął straszyć stoczniowców, że jak nie wyjdą, zostaną wyrzuceni. Nasz radiowęzeł natychmiast zaczął to zagłuszać.
Po strajku odsunięto mnie od radiowęzła. Zostałam przeniesiona do kopiowania dokumentacji zdawczej statków. Porządnie zatrułam się oparami i zaczęły się kłopoty ze zdrowiem, ale znacznie gorsze zaczęły być wezwania na bezpiekę. W kółko byłam pytana o strajk. W małym pokoiku przesłuchań jeden esbek grał dobrego milicjanta, a drugi złego. Ten zły straszył mnie, że jak nie podpiszę zobowiązania do współpracy z SB, to wezmą mnie na górę i wylecę na podwórze – bo tam nie ma krat. Uwzięłam się i nie podpisałam. Jeszcze potrzymali mnie w powielarni do maja 1971, a potem wprost powiedzieli, że w stoczni nie ma już dla mnie miejsca.
[srodtytul]POGRZEB W CIEMNOŚCI[/srodtytul]
[b]Stefania Stawicka
matka 16-letniego Stefana Stawickiego, zastrzelonego ucznia Technikum Budowy Okrętów[/b]
Syn wyszedł do szkoły 18 grudnia godzinę później niż zwykle, bo miał wolną pierwszą lekcję. Gdy do późnego popołudnia nie wrócił do domu, zaczęłam go szukać. Razem z wychowawcą syna zaczęliśmy ze szkoły wydzwaniać po szpitalach. Wreszcie następnego dnia w wojskowym szpitalu na Piotra Skargi powiedzieli mi, żebym przyjechała. Lekarz dopiero po jakimś czasie wyznał mi, że syn nie żyje. Dostał kulę w aortę – śmierć na miejscu. Przywieźli go do szpitala już martwego. Gdy pojechałam nazajutrz do szpitala po zwłoki, okazało się, że esbecy zabrali zwłoki do prosektorium na Strzelecką. Kazali czekać na powiadomienie. Przez kolejne dni czułam się sama. Koledzy syna ze szkoły się nie odzywali. Każdy wtedy pilnował własnego nosa.
23 grudnia przed północą przyjechali tajniacy. Proszę się ubierać, jedziemy na pogrzeb. Kazali nam czekać dwie godziny w kaplicy na cmentarzu i dopiero zaprowadzono nas pod wykopany dół. Jakiś ksiądz odprawia egzekwia. Na początku nie chcieli otworzyć trumny, ale ja nie ustąpiłam. Musiałam przed pochówkiem upewnić się, że to na pewno moje dziecko. Pogrzeb odbywał się przy świetle latarek, niemal w ciemności.
[srodtytul]ŚLAD PO KULI[/srodtytul]
[b]Waldemar Brygman
16-letni uczeń przyzakładowej szkoły kolejowej, postrzelony przez MO[/b]
17 grudnia rano przybyliśmy do szkoły, ale nauczyciele krzyczeli, że mamy uciekać do domu. Poczuliśmy dym i poszliśmy zobaczyć, co się dzieje. Tłum już oblegał budynek KW PZPR. Aparatczycy skakali z pierwszego piętra i uciekali w kierunku komendy milicji wśród gwizdów ludzi. Nagle pod KW zajechało dziesięć nysek z zomowcami – próbowano odbić komitet. No to my kamyczkami w nich. Tę bitwę wygraliśmy. Za pół godziny nie było śladu po mundurowych – jedne nysy odjechały, a inne płonęły.
Potem jeden ze SKOT-ów potrącił człowieka. To rozeźliło ludzi. Szturm przeniósł się na komendę milicji. Z pobliskiego placu zabaw dla dzieci ludzie zabrali wielką szalupę, którą próbowano rozbić solidne drzwi komendy. Młodych było wokół mnie pełno – bo ci mieli najmniej wyobraźni i się nie bali. W pewnym momencie usłyszałem strzały. Na początku wyglądało to jak smugi świetlików lecące po niebie. Dopiero po chwili słyszę, jak coś mi gwiżdże koło ucha – taki dziwny, niespotykany dźwięk. Potrącam kogoś, więc odwracam się, aby pomóc wstać, i wtedy dostaję kulę. Koło krzyża. Próbuję stać, ale noga robi się jak z waty. Pocisk przebił nerw. Runąłem na ziemię, ale jacyś ludzie ponieśli mnie do ciężarówki. Było tam już paru rannych. Leżałem na samym dole i krew z rannego leżącego u góry kapała mi na twarz.
Jak w szpitalu zobaczyli moją zalaną krwią twarz, to myśleli, że dostałem w głowę. A ja im powtarzam, żeby nie oglądali głowy, bo brzuch mnie boli. Na szczęście lekarka była sąsiadką z bloku i zaczęła mnie ratować. Miednicę miałem naruszoną kulą, a ponadto straciłem w czasie pierwszej operacji 1,5 metra jelit. W ranę brzucha wdało się zakażenie i potrzebna była druga operacja. Do szpitala przyszli smutni panowie z SB, aby szukać tych, co mieli rany postrzałowe.
Pielęgniarka podchodzi i szepcze:
– Walduś, pamiętaj, leżysz tu już od tygodnia, byłeś potrącony w wypadku samochodowym. Powtórz!
Zmieniono mi kartę i nadano inne nazwisko: Mirek Kazimierczak czy Mirek Kazimierski. Wyszedłem po paru tygodniach, mama wybłagała w szkole, by mnie znów przyjęli.
Ślad po kuli mam do dziś – wlot koło krzyża, a z przodu wylot na brzuchu.
[i]Piotr Semka[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA