fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Krasnodębski: PO ośmiesza Kaczyńskiego

Fotorzepa, Radek Pasterski RP Radek Pasterski
Wydaje się, że nasz system polityczny będzie ewoluować w stronę ukrytego ograniczenia swobód obywatelskich. Oczywiście nie powstanie w Polsce jawny reżim autorytarny, ale powoli będą zamierać dyskusja i pluralizm – przewiduje filozof społeczny
Kryzys gospodarczy, reorientacja polityki amerykańskiej, marsz Chin ku światowej potędze, nowa strategia Rosji, decyzje dotyczące Grecji, napięcia w relacjach między Francją i Niemcami zmieniły sytuację w Europie, co ma zasadnicze znaczenie dla Polski. A czym niemal bez wytchnienia zajmują się polskie media – Jarosławem Kaczyńskim.
Godzinami analizuje się jego wypowiedzi, daje się im odpór, pobudza do oburzenia już i tak nadmiernie pobudliwe autorytety. Bez niego cały ten teatr nie miałby sensu i nawet posłowie Palikot i Migalski straciliby swe walory rozrywkowe. Nawet wtedy, gdy Jarosław Kaczyński milczy, jego milczenie uznawane jest za prowokacyjne. Jak to się dzieje, że jeden człowiek stał się centralnym punktem odniesienia całego dyskursu politycznego?
Ktoś by powiedział, że to oczywiste. To przecież przywódca największej partii opozycyjnej wypowiadający się ostro i kontrowersyjnie. Ale przecież jednocześnie wielokrotnie przekonuje się nas, że jest to partia, która się do niczego nie nadaje, a dopóki będzie jej przewodził Jarosław Kaczyński, pozostanie zamknięta w swoim ograniczonym żelaznym elektoracie i nigdy już nie obejmie władzy.
Skoro tak, to czyż nie lepiej zajmować się partią, która nadaje się do wszystkiego i która będzie – zgodnie z tymi prognozami – jeszcze bardzo długo rządziła? Czy nie lepiej więc studiować lotną myśl Bronisława Komorowskiego lub głębokie refleksje Donalda Tuska, analizować ich poczynania i zamiary? Zastanawiać się nad tym, dokąd prowadzą Polskę?
[srodtytul]Winny Kaczyński[/srodtytul]
Ale, jak się dowiadujemy, nawet za ich politykę – wtedy gdy nie idzie im najlepiej – odpowiada Jarosław Kaczyński (zwłaszcza teraz, kiedy prezydent Lech Kaczyński już nie przeszkadza). Można usłyszeć, że jeśli Donald Tusk nie realizuje swoich zapowiedzi i podejmuje nietrafne decyzje, to dlatego, że słaba jest opozycja, a opozycja jest słaba, bo przewodzi jej Jarosław Kaczyński itd.
Nikt nam jednak nie wyjaśnił, co by było, gdyby przewodził jej jakiś ulubiony przez media polityk. Żaden z tych polityków nie powiedział nam, jaki jest jego program i czym się różni od tego, który proponuje Jarosław Kaczyński. Dowiadujemy się tylko, że chodzi o to, by lepiej wypadać w telewizji, a wypada się dobrze dopóty, dopóki mówi się to, co dziennikarze chcą usłyszeć, głosi poglądy im sympatyczne.
Inne wyjaśnienie tego obsesyjnego zainteresowania brzmi, że swoimi wypowiedziami i działaniami Kaczyński dzieli Polaków. A inni łączą? Od trzech lat PO, partia Niesiołowskiego, Kutza i Palikota, rządzi przez podział, konflikt, wykluczenie i agresję słowną. W dodatku jest to zupełnie inny konflikt niż w latach 2005 – 2007. Wtedy PiS ostro atakowało różne grupy społeczne, które mniej lub bardziej uznawało za skorumpowane lub szkodzące interesowi państwa, ale nigdy nie odmawiało prawa Platformie do bycia partią opozycyjną i do obecności w życiu publicznym.
W konflikcie, który stał się podstawą rządów PO, jej pomysłem na Polskę, nie chodzi o to, by rozwiązać jakiś problem społeczny, lecz o załatwienie konkurenta politycznego, o zdezawuowanie go, by przez jego demonizację lub ośmieszenie utrzymać się przy władzy. Partia ta nigdy nie porywa się na silne grupy społeczne, dobrze żyje z elitami i w przyjaźni z przedsiębiorcami. Integrując establishment i mając poparcie mediów, można sobie też pozwolić na lekceważenie tych wcale nie nielicznych Polaków, którym nie odpowiadają jej rządy, którzy z powodów politycznych i społecznych przeciw nim protestują.
[srodtytul]Zerwana umowa[/srodtytul]
Teraz doszedł nowy aspekt tego konfliktu, bo Jarosław Kaczyński zerwał nową niepisana umowę społeczną, co jest tym bardziej oburzające, że przez chwilę wydawało się, iż ją w pełni zaakceptował. Pamiętamy, jak tuż po wyborach powszechnie go chwalono i przekonywano nas, że mimo przegranej, jest także zwycięzcą, bo „zmienił język polityczny”.
Nowa umowa społeczna dawała mu spokojne miejsce na polskiej scenie politycznej za cenę przemiany. Ale nie chodziło tylko o potrzebną zmianę sposobu komunikowania się z Polakami, tylko o treść tego przekazu. Przede wszystkim chodziło zaś o milczenie o Smoleńsku. Przerwanie tego milczenia ma być ukarane wyrokiem śmierci politycznej. I kolejny raz widać, że jeśli chodzi o organizowanie nagonki, nie brak w Polsce talentów organizacyjnych.
Dlaczego nie należy mówić o katastrofie smoleńskiej – zwłaszcza tak, jak to robi Jarosław Kaczyński? Powód jest prosty – widać gołym okiem, że ta katastrofa zdarzyła się także z powodu karygodnych zaniedbań i lekceważenia przygotowania wizyty prezydenta RP przez polski rząd oraz z powodu zaniedbania i lekceważenia jej przez rząd rosyjski.
Wielu Polaków (a także wielu ludzi na świecie) jest przekonanych, że w Smoleńsku działy się rzeczy jeszcze gorsze. Jak wszyscy wiemy, w Internecie krąży film, z którego wyciągane są najbardziej mroczne wnioski. Nikt nie kwestionuje jego autentyczności. Każdy z nas widział ten film, jednak większość udaje, że nigdy o nim nie słyszała i że nie dostrzega, co na nim widać. Można się spierać co do tego, co daje się z niego odczytać. Na pewno jednak nie przedstawia on sprawnie prowadzonej akcji ratunkowej w cywilizowanym kraju. Wręcz przeciwnie.
[srodtytul]Kłamstwo smoleńskie[/srodtytul]
Kłamstwo smoleńskie wyrażone radosnym obwieszczeniem Bronisława Komorowskiego i Donalda Tuska, że państwo zdało egzamin w chwili, gdy poniosło ogromną klęskę i ujawniło swoją katastrofalną słabość, musi mieć konsekwencje także dla naszej zewnętrznej i wewnętrznej sytuacji. Państwo, które pozwala, by tak traktowano zmarłego prezydenta i 95 osób należących do jego ścisłej elity, by w ten sposób prowadzone było śledztwo, pokazuje wszem wobec swoją bezsilność. To nie pozostanie bez konsekwencji. A przyzwolenie społeczne na tuszowanie sprawy przez rządzących wskazuje na brak wśród Polaków poczucia odpowiedzialności za państwo i brak poczucia narodowej godności. To, że ci rządzący nami politycy nie mają honoru, już wiemy. Pytanie, czy honor mają jeszcze Polacy?
Na kłamstwie smoleńskim usiłuje się też zbudować przyjaźń polsko-rosyjską. Ale wiemy z historii, że tylko prawda może być trwałą podstawą dobrych stosunków między narodami. Powinny nas tego nauczyć dzieje przyjaźni polsko-radzieckiej.
Władza oparta na tak zasadniczym kłamstwie musi także tłumić wolność debaty. Wydaje się więc, że system polityczny będzie ewoluować w stronę ukrytego ograniczenia swobód obywatelskich. Oczywiście nie powstanie w Polsce jawny reżim autorytarny – na to nie pozwala kontekst międzynarodowy – ale powoli będzie zamierać dyskusja i obumierać pluralizm, dokona się też stopniowa „Gleichschaltung” (proces unifikacji, wyrównywania – red.) organizacji i instytucji.
[srodtytul]Głos ludu[/srodtytul]
Nie przypadkiem protesty przenoszą się na ulicę. To ulica przypomina, że nie wszystko jest w porządku. Przypomniały o tym również gwizdy dla Tuska, a owacje dla Kaczyńskiego w Gdyni. Od razu uspokojono się jednak stwierdzeniem, że obecna „Solidarność” jest „pisowska”.
Tymczasem należy pytać, dlaczego nie jest „platformerska” i jak ma się do polityki rządu, szczególnie do „inwestora z Kataru”. Tak się składa, że akurat w tych dniach media niemieckie podały, że Unia Europejska zaakceptowała fuzję Thyssena-Krup Marine System z koncernem Abu Dhabi Mar w dziedzinie budowy i naprawy statków cywilnych i wojskowych. Przed stoczniami w Hamburgu i Kilonii otworzyły się obiecujące perspektywy.
Obronić wizerunku premiera nie mógł nikt z dawnych działaczy „Solidarności”, którzy dzisiaj należą do szeroko rozumianego obozu rządzącego. Polacy wiedzą, że wszyscy stali się politykami jednej orientacji politycznej i że dobrze się im powodzi. Potrzeba więc było głosu ludowego, spontanicznego wystąpienia „zdrowego trzonu klasy robotniczej”. Dlatego zafundowano nam nową, zmodernizowaną i zaktualizowaną wersję Zofii Grzyb. Dzisiaj już wiemy, że PO popierają nie tylko „młodzi, wykształceni, z wielkich miast”, ale także jedna zasłużona, postępowa robotnica. Teraz chodzi o to, by związek zawodowy „Solidarność” oddzielić od dziedzictwa „Solidarności”, aby dziedzictwo to zarządzane było w pełni przez obóz rządzący – tak, by nie motywowało do protestu, tylko legitymizowało władzę.
Można już przewidzieć, jak będzie przebiegała dalsza ewolucja, jeśli nie napotka oporu społecznego. Na koniec dojdzie do rozprawy z odchyleniem „prawicowo-nacjonalistycznym” w samej PO – i nic nie pomoże kolejny list do proboszczów.
[i]Autor jest profesorem Uniwersytetu w Bremie i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie oraz współpracownikiem „Rzeczpospolitej”[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA