fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wybory prezydenckie 2010

Ameryka wybrała Jarosława Kaczyńskiego

Jarosław Kaczyński
Fotorzepa, Mateusz Dąbrowski Mateusz Dąbrowski
Od Florydy do Alaski
Ze względu na różnicę czasu między Polską a USA wybory odbyły się tam już w sobotę. Polacy głosowali nie tylko w Chicago, Nowym Jorku czy Waszyngtonie, ale nawet na Alasce (do urny poszło tam 35 osób). W całych Stanach Zjednoczonych do udziału w wyborach zarejestrowało się ok. 38 tys. osób. [wyimek][b][link=http://www.rp.pl/artykul/406464,496863.html" "target=_blank]Jak przebiegało głosowanie za granicą[/link] [/b][/wyimek]
- To o wiele więcej niż w odbywających się w 2007 r. wyborach parlamentarnych – zauważa Paweł Maciąg, rzecznik polskiej ambasady w Waszyngtonie. Rekordowa była również frekwencja, która wyniosła ponad 80 proc., a w niektórych punktach wyborczych przekraczała nawet 90 proc.
Wśród Polonii w Stanach Zjednoczonych kandydaci PiS tradycyjnie mogą liczyć na zdecydowanie większe poparcie niż ci z PO. Tak było i tym razem.
– Głosowałem na Jarosława Kaczyńskiego, bo to człowiek, który wie, czego chce. Ma jasną wizję Polski, której brakuje Bronisławowi Komorowskiemu. Kandydat PO popełnia też więcej gaf niż kiedyś Lech Wałęsa – twierdzi Jerzy Surdziel, który od 20 lat bierze udział w wyborach w Stanach Zjednoczonych. – Poza tym czasy, gdy jedna partia miała i premiera, i prezydenta już przerabialiśmy i nie były one najlepsze dla Polski.
Według danych zatwierdzonych już przez Państwową Komisję Wyborczą Jarosław Kaczyński zwyciężył w Chicago – zdobył tam 13,3 tys. głosów, o 10,6 tys. więcej niż Bronisław Komorowski – oraz Nowym Jorku, gdzie dostał 8545 głosów, wyprzedzając kandydata Platformy o 4257 głosów. Kandydat PiS zwyciężył też w Los Angeles, Las Vegas, Seattle, Denver, Phoenix, Houston i na Florydzie. Bronisław Komorowski wygrał zaś w Waszyngtonie, San Francisco, San Diego, Portland i w Anchorage na Alasce (zdobył 20 głosów, a Kaczyński – 12).
Dla wielu Polaków podróż do lokalu wyborczego była wyzwaniem. Na przykład kilkunastoosobowa grupa Polaków z Karoliny Południowej, żeby oddać głos, jechała ponad osiem godzin autobusem do Waszyngtonu. W amerykańskiej stolicy do wyborów zarejestrowało się w sumie 757 osób, a głosowało 649.
– Tak duże zainteresowanie może wynikać między innymi z tego, że wybory prezydenckie są o wiele bardziej atrakcyjne niż na przykład wybór członków Parlamentu Europejskiego – mówi "Rz" Zbigniew Okręglak z komisji wyborczej w Ambasadzie RP w Waszyngtonie.
Wiele osób, wrzucając do urn zakreślone już karty wyborcze, robiło sobie pamiątkowe zdjęcia. Część głosujących przekonywała "Rz", że na wzrost liczby osób chcących wziąć udział w wyborach wpłynęła możliwość rejestracji przez Internet, a także kwietniowa katastrofa prezydenckiego samolotu.
– Wybory są dla mnie tak ważne, że mogę urwać się z pracy, byle tylko zagłosować – tłumaczy Agnieszka Pukniel. Zaznacza, że ponieważ jest także obywatelką USA, to nie chciałaby, żeby prezydentem został ktoś, kto mógłby zaszkodzić stosunkom polsko-amerykańskim. – W tym roku ten głos jest jeszcze ważniejszy. Śledząc publikacje w Polsce, widziałam wiele opinii o tym, że po śmierci Lecha Kaczyńskiego niegłosowanie na Jarosława Kaczyńskiego byłoby niepatriotyczne. Absolutnie się z tym nie zgadzam, bo uważam, że prezydent powinien znać chociaż język angielski – dodaje Pukniel.
[i]Jacek Przybylski z Waszyngtonu[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA