fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Prezydent na serio

Fotorzepa, AW Andrzej Wiktor
- Większość Polaków nie wróci już raczej tak po prostu do dawnego dyskursu o obciachowym Kaczorze – pisze publicysta
Próbując ogarnąć, co właściwie się wydarzyło tragicznego 10 kwietnia, wciąż omijamy to, co najważniejsze. Każdy obdarzony choćby minimum wrażliwości metafizycznej musi być wprost porażony wielopiętrową symboliką. Miejsce: nieopodal katyńskiego lasu. Czas: sakralny – wigilia Niedzieli Miłosierdzia Bożego; świecki – 70. rocznica mordu katyńskiego; sakralno-świecki – tuż po piątej rocznicy odejścia Jana Pawła II. Osoby: prezydent RP, jego małżonka, ludzie zasłużeni dla państwa i społeczeństwa, komplet dowódców wojska, duchowni różnych wyznań, rodziny pomordowanych w Katyniu.
To nie był jeden z tysięcy samolotów, jakie przemierzają przestrzeń powietrzną całego świata. Okoliczności katastrofy: jeśli potwierdzi się hipoteza rosyjskiego hobbysty lotniczego i samolot rzeczywiście uderzył o ziemię, odwróciwszy się na grzbiet, będzie to znaczyło, że w tych warunkach nikt nie miał szansy na przeżycie.
A mogło być zupełnie inaczej, mniej tragicznie: niewielka prędkość i wysokość lotu, mała ilość paliwa, o czym świadczyłby niezbyt intensywny pożar. Ale było tak: musieli zginąć wszyscy. Ktoś tak dopuścił. I jeszcze ten wulkan...
Naprawdę, głowa pęka od tej symboliki. Rozmawiamy o tym, bo nie sposób nie rozmawiać, ale nikt nawet nie próbuje tego interpretować. Ja z pewnością też nie będę. Za wcześnie na to. I nie chodzi tu o racjonalne zrozumienie. Nie warto próbować, to prosta droga na manowce. Jednak każdy znak – a to naprawdę Znak przez ogromne „Z” – wymaga naszej odpowiedzi.
Więc te gorączkowe rozmowy, pytania bez odpowiedzi, nieudolne próby interpretacji – to nie jest tylko rozpaczliwe poszukiwanie sensu w czymś, co po ludzku sensu nie ma. Szukać trzeba, nawet jeśli dziś nie sposób nawet znaleźć choćby pierwszych, wstępnych słów do opisania tego, co naprawdę – w najgłębszym sensie – się wydarzyło i co to znaczy dla nas – tych, którzy pozostali.
 
 
Nie jest natomiast moim zdaniem za wcześnie na próby opisania Narodowej Żałoby (te duże litery nie są nadużyciem) na poziomie bardziej ludzkim. Trwa już zresztą podskórny spór o sens ostatnich dni. Nie zawsze zresztą podskórny, jak pokazuje choćby kontrowersja w sprawie pochówku pary prezydenckiej na Wawelu.
Należy przy tym odróżnić dwie warstwy tego sporu. Jedna to poważny namysł, w którym racje są po obu stronach. Nie będę ukrywał, że moim zdaniem Lech i Maria Kaczyńscy na Wawel zasługują. Nie mam jednak zamiaru odmawiać dobrej woli wszystkim, którzy są innego zdania. Choć nie, niektórym jednak odmawiam. Zwłaszcza tym, którzy zaangażowali się w hałaśliwą, dramatycznie uwłaczającą powadze żałoby kampanię listów, demonstracji itp.
O ile nie dziwi, choć smuci, udział w niej ludzi młodych, którzy uwierzyli, że świętości są wyłącznie po to, by je szargać, o tyle niepojęte dla mnie jest to, że twarz tej kampanii chciał dać Andrzej Wajda. Legenda kinematografii, kręcący filmy nie z pustej fascynacji obrazkami, ale po to, by mówić o sprawach ważnych – nie dostrzegł małości i nędzy akcji, na której czele stanął.
Niepojęte to, tym bardziej że właśnie jego „Katyń” odegrał w ostatnich wypadkach tak ogromną rolę, sprawiając, że siłą filmowego obrazu mord na polskich oficerach zyskał po tylu latach świadków – nas wszystkich, którzyśmy film Wajdy widzieli.
 
 
Na czym jednak polega spór o sens żałoby – ten prawdziwy, pod warstwą mętnej piany? Otóż moim zdaniem chodzi o odpowiedź na pytanie, co właściwie czcimy w Narodowej Żałobie. Czy wyłącznie warstwę symboliczną: powagę urzędów, majestat śmierci – nagłej, niespodziewanej, masowej i okrutnej – czy także osoby? Paradoksalnie, co do osób towarzyszących parze prezydenckiej odpowiedź jest raczej oczywista: jedno i drugie.
Różnice dotyczą samego prezydenta. Jedni zdają się sugerować, że właściwie obojętne, kto by zginął, pełniąc najwyższy urząd w państwie – reakcja ludzi byłaby taka sama. Inni – przeciwnie: nie ujmując znaczenia powyższym czynnikom symbolicznym, są zdania, że setki tysięcy ludzi składają hołd temu właśnie prezydentowi – śp. Lechowi Kaczyńskiemu.
Różnica to niebagatelna, nawet jeśli wciąż jeszcze ukryta. Wystarczy jednak się wsłuchać i wczytać w ton komentarzy, by ją dostrzec. I trudno się dziwić: duża część świata polskiej polityki, mediów, kultury przekonywała nas i siebie konsekwentnie, że prezydentura Lecha Kaczyńskiego to obciach. To infantylne słowo zrobiło niezwykłą i nieprzypadkową karierę. Pamiętam je z lat szkolnych, i to ze szkoły podstawowej: w liceum czuliśmy się zbyt dorośli, by tak dziecinnego słowa używać.
Ostatnio padało ono z ust osób uważających się za poważne. Zawierało w sobie przede wszystkim pogardę – dla małego, śmiesznego, żałosnego, niegodnego swego urzędu Kaczora. Nieprzypadkowo stałym wątkiem antyprezydenckich „dowcipów” był jego niski wzrost. Owszem, uczymy dzieci, że drwić z wyglądu zewnętrznego nie należy, ale jeśli chcemy wyrazić pogardę – podkreślenie niskiego wzrostu jest wymarzone.
Nigdy nie mogłem zrozumieć ludzi wybitnych, o pięknej karcie opozycyjnej, którzy, dowiedziawszy się, że prezydent przyznał im – jak najbardziej zasłużone – odznaczenia, gorączkowo porozumiewali się, czy od „kogoś takiego” godzi się je przyjąć. Wyjaśnienie, czego tak strasznego dopuścił się Kaczor, że zasłużył na taką pogardę, sprawiało zwykle wielkie problemy.
I oto ktoś taki niepojętym zrządzeniem wyborców zajmuje najwyższy urząd w państwie. A teraz jego śmierć wywołuje powszechny wstrząs u zwykłych ludzi, skłaniając ich do podróży przez całą Polskę i wielogodzinnego oczekiwania na możność złożenia hołdu. I to komu – temu małemu, śmiesznemu człowieczkowi?
Nic dziwnego, że dla kogoś, kto ma takie zdanie o prezydencie, myśl, że to jemu, a nie tylko symbolom składa się hołd, jest nie do przyjęcia. Nie mam złudzeń: obawiam się, że już niedługo po zakończeniu oficjalnej żałoby dowiemy się, że wprawdzie umarł straszną śmiercią i reprezentował majestat Rzeczypospolitej, ale jednak był obciachowy.
 
 
Wiele jednak wskazuje na to, że sporo ludzi składających hołd prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu czyni to nie tylko ze względu na majestat śmierci i powagę urzędu, ale także ze względu na to, kim był. Do tego, o czym już mówiono – człowiek zasad, patriota – dodałbym jeszcze jedno: wielu widzi, że Lech Kaczyński był postacią integralną. Nie był aniołem, miał słabości i śmiesznostki, ale niczego z jego życiorysu nie trzeba przemilczać w wersji oficjalnej. Mimo intensywnych poszukiwań znaleziono tylko tyle, że w pracy doktorskiej miał się powołać na Lenina. To naprawdę niewiele jak na 60 lat życia, w tym 40 w PRL.
Tymczasem chyba wszyscy tęsknimy za takimi postaciami integralnymi. Paradoksalnie dostrzec to można nawet w karczemnych nierzadko awanturach wybuchających, gdy komuś czczonemu w jakimś środowisku wytknie się, że donosił, napisał wiersz o Stalinie albo chociaż pił na umór lub zdradzał żonę. Chcemy dostrzec integralność nawet u tych, którzy – mimo zasług – tego akurat przymiotu nie posiedli.
A tu – życie przyzwoite od początku do końca. I dlatego, choć prezydent nie wygrał żadnej bitwy, nie jest powszechnie uznanym symbolem, nie dostał Nobla, ba – większą część życia był raczej w tle, setki tysięcy ludzi, niekoniecznie politycznych sympatyków, składa mu hołd.
Gdy ostatni raz słyszałem prezydenta – kiedy na zjeździe gnieźnieńskim mówił o wartości rodziny – pomyślałem sobie, że jest to zapewne ostatni prezydent Polski, który mówi to, co myśli, po prostu dlatego, że uważa to za ważne i słuszne. Słuchając go, nie musiałem się zastanawiać, po co on to mówi, co myśli naprawdę ani kto i dlaczego podpowiedział mu, że warto akurat coś takiego powiedzieć. Chciałbym się mylić, ale obawiam się, że tacy ludzie stają się „niewybieralni”.
 
 
Spór o interpretację tej Narodowej Żałoby mamy wciąż przed sobą. Zwolennicy tezy o prezydencie obciachowym nie zaniedbują żadnej okazji, by przekonać Polaków, że Lech Kaczyński w istocie nie zasłużył na to, by właśnie jemu składać hołd, że widoczne gołym okiem narodowe poruszenie nie ma związku z jego osobą. Ten spór jest o tyle istotny, że większość ludzi, niezajmujących się na co dzień śledzeniem życia publicznego, jest podatna na wnoszone z zewnątrz gotowe interpretacje.
Spór nie jest i z pewnością nie będzie łatwo rozstrzygnięty. Jednak jedno wydaje się niewątpliwe: nie da się po prostu powrócić do dawnego dyskursu o obciachowym Kaczorze. Oczywiście, nie brak zacietrzewionych, którzy nigdy nie przestaną tak myśleć. Ale większość społeczeństwa nie wydaje się skłonna przyjąć, że ten, który zginął pod Smoleńskiem, to był mały, śmieszny człowieczek. Ludzie widzą, że ta prezydentura była na serio.
Autor jest publicystą i redaktorem miesięcznika „Więź”
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA