fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Za ciepło na miłość

Elfstedentocht 1997, 15. i do dziś ostatni wyścig przez 11 miast Fryzji. Drugi od prawej zwycięzca, Henk Angenent
Associated Press
Łyżwiarstwo to bzik Holandii. Pisze się o nim wiersze, kręci filmy, pomarańczowy tłum jeździ za panczenistami po świecie z orkiestrą i hektolitrami piwa
Dwóch rzeczy mu teraz potrzeba do szczęścia: złota w Vancouver i mrozu we Fryzji. O złoto na razie łatwiej
Kolejka do wejścia jest dłuższa niż przed którymkolwiek z olimpijskich obiektów. W te wieczory, gdy Holandia zdobywa medal, lepiej w ogóle w niej nie stawać. Pierwszeństwo i tak będą mieli ci z holenderskimi paszportami. To jest w końcu ich miejsce: Holland House, ruchoma ambasada królestwa łyżwiarzy. Właściwie nazywa się Holland Heineken House, co tłumaczy te kolejki, ale przychodzi się tu nie tylko dla piwa. Można dobrze zjeść, porozmawiać z olimpijczykami, potańczyć, stanąć na symulatorze jazdy na łyżwach, choć z tym akurat lepiej uważać.
Następca tronu książę Willem Alexander mało z niego nie spadł, a był trzeźwy. Premier Jan Peter Balkenende wolał rower, przed Holland House stoi ich kilkaset. Wszystkie niebiesko-żółte, przywiezione z kraju, do wypożyczenia dla kibiców i sportowców. Do hali Richmond Olympic Oval, w której startują panczeniści, jedzie się nimi kilka minut. A dla Holendra igrzyska są właśnie tam, gdzie panczeniści. Kraj bez gór, prawie bez śniegu, zdobył w zimowych olimpiadach już 79 medali, osiem razy więcej niż Polska, i wszystkie na lodzie: trzy w łyżwiarstwie figurowym, resztę w szybkim. W reprezentacji na igrzyska w Vancouver jest ośmioro bobsleistów i dwoje snowboardzistów. Reszta ściga się na łyżwach.
[srodtytul] Małysz zbiorowy [/srodtytul]
Ścigają się u siebie. Olympic Oval jest małą Holandią. Na trybunach pomarańczowi przebierańcy, orkiestra dęta Kleintje Pils gra "Tulipany z Amsterdamu", na krzesełkach leży olimpijski dziennik "Daily Dutch". "Kleintje Pils" znaczy "małe piwo". Grają w jedenastu, zna ich każdy, kto był na igrzyskach albo mistrzostwach świata. Dziś ich domem jest Richmond Oval, jutro będzie M-Wave w Nagano albo Thialf w Heerenveen. Holendrzy uczą się nazw tych hal od małego, jak Polak nazw skoczni. Bo panczeniści to ich zbiorowy Małysz.
Zimowy serial, który oglądają w weekendy do śniadania i obiadu. Znają łyżwiarzy, ich żony, narzeczone, rywali. To jedyny kraj na świecie, w którym Polak, gdy powie, skąd jest, może usłyszeć nie "Wałęsa", "papież", "Boniek", tylko "Jaromir Radke". Radke był kiedyś medalistą mistrzostw świata na 5000 m, ale nawet wtedy szybciej by go rozpoznano na ulicach Hagi niż Warszawy. Miał w Holandii swój fanklub, bo tu się kocha łyżwiarzy, a nie tylko własne medale. Choć one są oczywiście najważniejsze. Gdy Sven Kramer, największa dziś gwiazda panczenów, jechał kilka dni temu w Vancouver po pierwsze złoto, oglądało go 5,5 mln telewidzów. Czyli co trzeci Holender.
Jest widownia, są pieniądze. Kramer ma pensję porównywalną z piłkarzami, co też jest możliwe tylko w Holandii. Według szacunków zarobił w ubiegłym roku 1,25 mln euro, po olimpijskich tytułach będzie dostawał jeszcze więcej. Z reklam, ale przede wszystkim od sponsora zawodowej grupy, w której jeździ, ubezpieczyciela TVM. Takie grupy, na wzór kolarskich, powstawały w Holandii od lat 90., w pewnym momencie łyżwiarska gorączka była tak wysoka, że tworzono drużyny marzeń z międzynarodowymi gwiazdami, licytując się na wysokość kontraktów. Nawet dziś, w czasach kryzysu, można tu zarobić na dostatnie życie. Holenderskie gwiazdy przyznają, że wystarczą dwa, trzy dobre sezony.
[srodtytul] Szybsi niż strusie [/srodtytul]
Skąd to uwielbienie i popularność, i dlaczego właśnie tutaj? Holendrzy odpowiadają: – Bo jesteśmy w panczenach dobrzy. A dobrzy są, bo jest uwielbienie i popularność. Koło się zamyka. Łyżwiarstwo po prostu tu jest, z dziada pradziada, tak holenderskie jak skąpstwo i Zwarte Piet, czarnoskóry pomocnik Świętego Mikołaja. Spokojne wody w delcie Renu, trzymane w ryzach przez wydmy i tamy, zamarzały w mig, zwłaszcza kanały. Wolno było – i wolno nadal – jeździć wszędzie, trzeba tylko uważać na ciemniejsze plamy, lód pod mostami, przy śluzach i fabrykach. To wie każdy mały Holender, od kiedy się uczy jazdy na łyżwach, sunąc po lodzie za krzesłem jak za chodzikiem.
Łyżwy z krowich żeber, wysmarowane świńskim smalcem i przywiązane do butów, pojawiają się już w tekstach z XII wieku. Znajdowano je przede wszystkim w kurhanach Fryzji, najbardziej na północ wysuniętej prowincji Holandii. Fryzowie to lud z własnym językiem, uparty i pracowity. Pasterze, rybacy, żeglarze, o charakterystycznych końcówkach nazwisk: -stra, -ma. Zawsze było tych nazwisk wiele wśród łyżwiarzy.
Na takich samych kościach krowy czy wołu, a potem żelaznych płozach, ślizgano się w całej Europie, a i na Syberii czy w Chinach. Ale tam to było tylko sposobem na szybsze podróże i rozrywkę. A w Holandii było częścią życia i folkloru, malowaną przez wielkich mistrzów, sławioną w wierszach. Tak podróżowano w odwiedziny, a lodowiska z muzyką i tańcami były dla życia towarzyskiego tym, czym dzisiaj dyskoteki. Partyzanci na łyżwach nękali oddziały Hiszpanów, a potem w XVII wieku gonili Francuzów. Ambasador z arabskiego kraju pisał do swojego króla, że jest tutaj taka pora roku, gdy się woda pokrywa białą warstwą jak kandyzowanym cukrem. "A ludzie jeżdżą po niej na dwóch kawałkach metalu i szybsi są niż nasze strusie na pustyni". Jego wysokość odpowiadał: "Byłoby to cudowne, ale nic a nic nie wierzę".
Wyścigi szybko stały się dodatkową atrakcją. Te na krótkich torach, przy oberżach, ale też na długich, ponad 100-kilometrowych trasach przez Fryzję. Łyżwiarze rzucali sobie wyzwania: dla chwały, pieniędzy, a czasami tylko dla słoniny z fasolą. Nagrody fundowali właściciele knajp, bo wiedzieli, że emocje na torze ściągną do nich klientów. W czasach wielkiego kryzysu na starcie takich zawodów stawało nawet po kilka tysięcy chętnych, bo premie były wyższe niż ich pensje.
Nigdzie się tak nie fascynowano samą szybkością jazdy jak tutaj. Mieli swoje lodowe biegi Szwedzi, Finowie, Norwegowie. Ale wcześniej czy później przy łyżwach pojawiał się w tych krajach kij i krążek albo przynajmniej kręcenie figur. A Holendrzy uparli się na wyścigi albo jazdę w kółko na czas. Hokej, owszem, mają mocny, ale ten na trawie. W jeździe figurowej od dawna się nie liczą. Za to w łyżwiarstwie szybkim mają swoje relikwie (choćby odmrożone palce trzymane w słoiku z alkoholem przez zwycięzców maratonów) i bohaterów.
Takich jak Rintje Ritsma, pyskacz zwany Johanem Cruyffem toru, który razem z Bartem Veldkampem pomógł w latach 90. przyciągnąć do panczenów potężnych sponsorów. Jak Ids Postma, wojownik na lodzie, między treningami doglądający krów. Jak Gianni Romme, który miał imię po piłkarzu Giannim Riverze i obezwładniający uśmiech. Jak Marianne Timmer, która po dwóch złotych medalach igrzysk w Nagano została, jak to ujął jeden z komentatorów, "ideałem piękna w naszym chłopskim kraju". Bo fenomen łyżwiarzy polega też na tym, że oni, w przeciwieństwie do oderwanych od rzeczywistości piłkarzy, przypominają, jaka kiedyś była Holandia. Że się nie składała tylko z wyzwolonych, kosmopolitycznych miast i wsi ze sterylnymi gospodarstwami. Że łyżwiarski peleton pachniał brukselką, zupą z zielonego groszku i oporządzanymi od rana do wieczora zwierzętami.
Czasami wciąż nimi pachnie, ale nie w tym łyżwiarstwie wymuskanym, na taflach jak lustro, tylko na lodzie naturalnym. Tam obok zawodowców nadal jeżdżą ludzie, którzy wiedzą, jak się doi krowę i robi sery. Taki lód to jest czysta miłość Holendrów, niestety, ostatnio trochę na nią za ciepło. Zamiast oryginału, wyścigów po kanałach i jeziorach, zwykle dostają namiastki: zawody na wyasfaltowanych torach, gdzie nie trzeba długo czekać na taflę. Albo na zagranicznych jeziorach, np. na austriackim Weissensee, gdzie się rozgrywa mistrzostwa Holandii. Ale za to jak mróz mocno ściśnie po długiej przerwie, szaleństwo atakuje ze zdwojoną siłą. Jednego popołudnia ze sklepów znika cały zapas łyżew, zabawa jest na każdym kawałku lodu. A w Leeuwarden, stolicy Fryzji, w siedzibie stowarzyszenia Friesche Elf Steden, nie nadążają z odbieraniem telefonów: – Będzie Elfstedentocht? Zbieracie rayonhoofdów na naradę?
[srodtytul]Lodowe implanty [/srodtytul]
Friesche Elf Steden to władca najsłynniejszego maratonu świata. Elfstedentocht, czyli 199 kilometrów szlakiem 11 fryzyjskich miast. Start rano w Leeuwarden, meta w tym samym miejscu. W każdym z miast dostaje się stempelek na karcie na dowód przejazdu. Gdyby był Elfstedentocht, nawet igrzyska by przybladły. Problem w tym, że wyścig, choć mu niedawno stuknęło 101 lat, udało się rozegrać tylko 15 razy. Najdłuższa przerwa trwała 22 lata. Od 1963 roku, od Piekła Północy, wyścigu, który doczekał się filmu fabularnego, "De Hel van 63", bo przez mróz i zawieje śnieżne do mety dojechał tylko co setny uczestnik. Szpitale wzdłuż trasy były pełne rannych, ludzie łamali sobie ręce, nogi, miednice, wpadali na filary mostów, bo im zamarzały powieki. A po tym piekle przyszły tak łagodne zimy, że wielu zwątpiło, czy jeszcze kiedykolwiek będzie wyścig.
Teraz jesteśmy w trakcie drugiego najdłuższego odliczania. Mija już 13 lat, królem holenderskiego lodu wciąż jest hodowca koni Henk Angenent, zwycięzca z 1997 roku. A rekordzistą dwukrotny triumfator – z 1985 i 1986 roku – Evert van Benthem. Przejechał trasę w niespełna siedem godzin i stał się własnością publiczną, bo to były pierwsze wyścigi z telewizyjną transmisją totalną, z kamerami na motocyklach i w helikopterach. Wycieczki wjeżdżały potem van Benthemowi autobusami na podwórko, jak Małyszowi do ogrodu w Wiśle. I w końcu Evert sprzedał krowy, zamknął sklep z serami i wyemigrował do Kanady. Można go zobaczyć na trybunach w Richmond, zaprosił go sam premier Balkenende.
Gdy Angenent jechał do mety w 1997, patrzyło na niego 11 mln Holendrów w telewizji i tłumy wzdłuż trasy. Stany Generalne odwołały swoje posiedzenie, bo parlamentarzyści chcieli popatrzeć. Startowało 16 tysięcy łyżwiarzy, bieg odbył się dzięki temu, że strażacy zatopili w wielu miejscach implanty, lodowe bloki. Elfstedentocht potrzebuje 15-centymetrowej pokrywy. Od 1997 już się jej nie doczekał. Kilka tygodni temu zima zmroziła kanały i rozgrzała telefony w Leeuwarden, ale mimo że rozegrano wiele innych maratonów uśpionych od 13 lat, to we Fryzji nawet nie zebrali się wspomniani rayonhoofdowie. To szefowie 22 odcinków biegu, pilnujący lodu na swoim terenie. Gdy się zbierają, to kraj już jest w łyżwiarskiej gorączce, bo bieg może się zacząć nawet po 36 godzinach od ogłoszenia. Wielu maratończyków wpisuje w swoje umowy o pracę klauzule, że dostaną wtedy wolne. Każdy łyżwiarz wie: Nie ty wybierasz, kiedy wystartujesz w Elfstedentocht. To wyścig wzywa. Może raz na całe życie.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA