fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sport

Olimpijska rodzina spod Tatr

Adam Małysz i Agnieszka Gąsienica-Daniel
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Agnieszka Gąsienica-Daniel - niewysoka, ładna dziewczyna z Zakopanego. To jedyna polska alpejka na igrzyskach.
Jest trochę zaskoczona, że ktoś z prasy chce z nią rozmawiać, bo nic wielkiego jeszcze nie osiągnęła. Ma świadomość, że i w Whistler na wiele nie może liczyć, bo konkurencja jest szalona.
Oczy całego alpejskiego świata będą zwrócone na gwiazdy – Amerykankę Lindsey Vonn, Niemkę Marię Riesch i Szwedkę Anję Paerson. Przy nich czuje się malutka, tym bardziej że one, szczególnie Vonn, noszą głowę wysoko.
[srodtytul]Dziadkowie i babcie[/srodtytul]
– Czasami jest tylko zwykły strach. Gdy patrzysz przed siebie i widzisz oblodzoną przepaść, w którą za chwilę runiesz z szybkością ponad 100 km/godz., nogi lekko drżą. One też się boją, jestem o tym przekonana. Jesteśmy tylko ludźmi, a to, co robimy, wymaga, by o tym zapomnieć. Lubię jednak, gdy adrenalina się podnosi, lubię trudne trasy i agresywną jazdę. Taka już jestem i nasz nowy włoski trener Livio Magoni to widzi, więc namawia mnie, bym startowała również w zjeździe – mówi Agnieszka, dziewczyna z Krzeptówek, która w rodzinie ma aż pięciu olimpijczyków.
– Są to dziadkowie: Andrzej, skoczek narciarski – startował na igrzyskach w Oslo (1952) i w Cortinie d’Ampezzo (1956); Józef, specjalista kombinacji norweskiej – olimpijczyk z Grenoble (1968), oraz babcie: Helena Szadkowska – biegaczka ze Squaw Valley (1960), i Maria Lewandowska – alpejka z Cortiny (1956) i Innsbrucku (1964). Ze strony mamy był jeszcze Andrzej Krzeptowski, biatlonista – uczestnik igrzysk w St. Moritz (1928). Razem ze mną jest więc nas szóstka. Wielka szkoda, że mojej olimpijskiej nominacji nie doczekał dziadek Franciszek, skoczek. Byłby bardzo dumny z tego, że tu jestem. On nie zaznał tego szczęścia. Nigdy na igrzyskach nie startował – opowiada o swojej rodzinie Agnieszka.
Korzystając z wolnego czasu, pojechała z wioski olimpijskiej do miasta, kupiła trochę pamiątek dla najbliższych. Wszyscy jej przecież kibicują. Najwięcej korzysta z rad babci Marii, która też była alpejką, i o trasach czy mniej lub bardziej udanych przejazdach mogą rozmawiać godzinami.
W wiosce olimpijskiej Agnieszka mieszka w pokoju z saneczkarką Eweliną Staszulonek. Gdy zginął gruziński saneczkarz, nie wiedziały, co mają mówić. Obie uprawiają niebezpieczne sporty, w których wypadki się zdarzają.
– Każda z nas ma za sobą cięższy lub lżejszy, a urazów bez liku. Kiedy z ogromną szybkością musisz wejść w zakręt 90 stopni, wszystko się może zdarzyć. Raz wyleciałam z takiego zakrętu jak z procy, poleciałam w siatki. Później długo leczyłam zerwane więzadła. Te najlepsze, Vonn, Riesch czy Paerson, też się rozbijają. Każda chce później wrócić do sportu jak najprędzej, ale nie wszystkie wracają.
[srodtytul]Włoski szlifierz[/srodtytul]
Ona jeździ od dziecka. Dla góralskiej dziewczyny spod Giewontu, do tego z tak usportowionej rodziny, to normalne.
– Miałam trzy latka, gdy zjeżdżałam z Kasprowego. Mama trzymała mnie na lince, bym nie odjechała jej gdzieś na krechę. Małe dzieci nie lubią skręcać. Kochają pędzić przed siebie możliwie najszybciej – wspomina dziecięce czasy.
Trzykrotnie zdobywała mistrzostwo Polski w slalomie gigancie, raz w slalomie. W ubiegłym roku w Aspen w zawodach Pucharu Świata była 20. Pierwszy przejazd pojechała w miarę ostrożnie, ale w drugim poszła na całość. Była dziesiąta. To już jest coś, co daje nadzieję, że kiedyś dopadnie największe gwiazdy.
– Mam czas, w Soczi powalczę o medal. Tu nie stawiam sobie konkretnych celów. Te, które jeżdżą na końcu, tak jak ja, mają mniejsze szanse, bo trasy są już znacznie wolniejsze.
Chwali sobie współpracę z włoskim trenerem. – Odpowiada mi jego styl. Wcześniejsza długa, bo sześcioletnia, współpraca z Austriakiem Rolandem Bairem nie dawała tyle satysfakcji. Z Włochem, który cierpliwie szlifuje jej technikę, dobrze dogaduje się po angielsku i – co najważniejsze – czuje, że robi wreszcie postępy. Kilka razy była już blisko światowej czołówki. Być może przyjdzie taki czas, że znajdzie się w niej na stałe.
[i]-Janusz Pindera z Vancouver[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA