fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Herbatka lekarstwem na kryzys

Tomasz Wróblewski
Fotorzepa, Piotr Nowak PN Piotr Nowak
Choć Tea Party nie ma jednego lidera, nie ma stabilnej struktury, to już dziś jest najpopularniejszą organizacją polityczną w Ameryce - pisze publicysta
[wyimek][link=http://blog.rp.pl/wroblewski/2010/02/16/herbatka-lekarstwem-na-kryzys/" "target=_blank]Weź udział w dyskusji[/link][/wyimek]
Różnie pamiętamy daty. Jedne same stanowią historię, w innych ważniejsze są wydarzenia, które przyszły po nich. Rewolucja francuska – rok 1789, strzał z "Aurory" – rok 1917, krach na Wall Street – rok 1929, upadek muru berlińskiego – rok 1989. I teraz krach – rok 2009 . Czy zapamiętamy po nim szkody, jakie spowodował, czy wnioski, jakie z niego wyciągniemy?
[srodtytul]Wściekli ludzie[/srodtytul]
Amerykanie w swojej historii mają jeszcze jedną datę, od której wszystko się zaczęło – rok 1776, osławiona herbatka bostońska (Boston Tea Party). Bunt przeciw kolonialnym podatkom, który przerodził się w rewolucję, a ta w amerykańską demokrację. Rewolucji już nie ma, ale duch buntowników przeciwko nadużyciom władzy pozostał. Tea Party to dziś spontaniczny ruch polityczny, który ogarnął całą Amerykę. Od kwietnia 2009 r. w różnych miastach USA tysiące ludzi wychodzą na ulicę. Demonstrują przeciwko rozrzutności polityków, nadmiernym podatkom, niefrasobliwej polityce budżetowej, pakietom stymulacyjnym, ograniczaniu wolności. Demonstracje, protesty i nade wszystko szum w Internecie: "Ile twoich podatków ma iść na tandetne samochody"; "Czy nakarmiłeś dziś rano swojego bankiera?", "Więcej wolności, mniej długów", "Zaczynamy od nowa".
[wyimek]Dziś nikt nie mówi o Tea Party, że to oszołomy czy populiści. Nawet jeżeli niektóre ich postulaty są naiwne, libertyńskie, wzięte z księżyca. Życzyłbym jednak podobnej pasji i żarliwości Europie[/wyimek]
Nie tylko w Ameryce ludzie są dziś wściekli. Ulicami Aten codziennie przetacza się jakaś demonstracja – urzędników, pracowników lotnisk czy na przykład taksówkarzy przekonanych, że rząd powinien zapewnić im pasażerów. We Francji kierowcy ciężarówek protestują, bo nie mają czego wozić. W Hiszpanii na 22 lutego zaplanowano demonstracje przeciwko podniesieniu wieku emerytalnego z 65 do 67 lat i ograniczeniu świadczeń zdrowotnych.
W Waszyngtonie – wręcz przeciwnie. Tea Party chce, żeby politycy odczepili się od służby zdrowia, zlikwidowali zbankrutowany system emerytalny i pozwolili każdemu dbać o swoją własną starość. Kiedy niemieccy zieloni i pracownicy firm energetycznych w środku zimy protestują przeciwko zmniejszeniu dopłat do energii słonecznej, Tea Party na Florydzie protestuje przeciwko fundowaniu organizacjom ekologicznym wakacji w Kopenhadze.
[srodtytul]Organizacje duże i małe[/srodtytul]
Amerykańskie Tea Party to tak naprawdę żadna partia. To wciąż jeszcze luźna koalicja, skoordynowane protesty przeciwko lewicowej dezynwolturze, społecznej nieodpowiedzialności, niszczeniu amerykańskiej przedsiębiorczości, tłumieniu ludzkiej kreatywności nadmiernymi podatkami, przeciwko przerośniętej administracji i rozbuchanemu deficytowi budżetowemu. Tea Party to całe multum małych i dużych stowarzyszeń. Jest tam T.E.A. (Taxed Enough Already, czyli "dosyć już podatków"), jest FreedomWorks (obrońcy wolności obywatelskich zagrożonych arogancją władzy), jest też RedState.com (obywatelska organizacja broniąca konstytucyjnych wartości) oraz Smart Girl Politics (konserwatywny ruch wykształconych kobiet zmęczonych obłudą poprawności politycznej).
Podobnych stowarzyszeń są setki. Każde z własną stroną, blogosferą, z działaczami aktywnymi na Twitterze, Facebooku, na stronach konserwatywnej telewizji newsowej Fox News. Organizują marsze, konwencje. Wszyscy chcą jednego – naprawy systemu politycznego. Nie są przywiązani do jednej partii. W senackich wyborach uzupełniających w Massachusetts poparli republikanina Scotta Browna za jego sprzeciw wobec reformy zdrowia Obamy. I wygrali.
Dziś dwie postaci nadają ton Tea Party: Marco Rubio, syn kubańskich uciekinierów, dziś stanowy kongresmen z Florydy, oraz liberał Gary Johnson, biznesmen z Nowego Meksyku – obaj dotychczas związani z partią republikańską.
Choć Tea Party nie ma jednego lidera, nie ma stabilnej struktury, to już teraz jest najpopularniejszą organizacją polityczną w Ameryce. Według ostatnich sondaży NBC News/"Wall Street Journal" 41 proc. Amerykanów wspiera ten ruch. To o 6 proc. więcej niż Partię Demokratyczną i aż 13 proc. więcej niż Republikańską.
W stanowych sondażach potencjalni kandydaci Tea Party prawie wszędzie wygrywają z kandydatami demokratów i republikanów do Kongresu. Najbliższe miesiące i jesienne wybory pokażą, czy ruch przeistoczy się w partię, czy pozostanie masową organizacją nacisku wymuszającą na politykach zmiany. W USA, aby dokonać głębokich zmian, nie trzeba tworzyć nowych partii. Wystarczy zdobyć wpływ na stare.
Amerykanie mają już podobne doświadczenia. Kiedy w latach 70. powstał ruch Tax Revolt, mało kto brał poważnie ich groźby niepłacenia podatków, czy wytaczania procesów Departamentowi Skarbu. Jednak na skutek tych nacisków w 1978 roku Kalifornia zmieniła system podatków od nieruchomości. Dwa lata później prezydentem USA został gubernator Kalifornii Ronald Reagan i rozpoczął wprowadzanie propozycji liberalizujących prawo podatkowe na poziomie federalnym.
A w 1989 r. niewielka grupa studentów z Nowej Anglii zaczęła się domagać ograniczenia liczby kadencji w Kongresie. Rok później w 23 stanach propozycja została poddana pod referendum. Kampania prowadzona na słupach i przystankach doprowadziła do wygranej we wszystkich stanach. W 1994 r. projekt ustawy – wsparty przez republikanów – stał się prawem.
Może dlatego dziś nikt nie mówi o Tea Party, że to oszołomy czy populiści. Nawet jeżeli niektóre ich postulaty są naiwne, libertyńskie, wzięte z księżyca. Życzyłbym jednak podobnej pasji i żarliwości Europie.
[srodtytul]Europejska degeneracja[/srodtytul]
Chciałbym, aby choć kilka pielęgniarek – zamiast kolejnego protestu i żądania więcej socjalu w szpitalach – zabrało się za odbieranie systemu ochrony zdrowia państwu. Żeby francuscy farmerzy zaprotestowali przeciwko rozrzutności Unii. Żeby polscy górnicy pod Sejmem byli zatroskani o coś więcej niż prawo do przesiedzenia pół życia przed telewizorem za publiczne pieniądze. Żeby niemieccy bezrobotni powiedzieli prezydentowi UE Hermanowi Van Rompuyowi, że trzy lata na płatnym bezrobociu, to nie jest europejski styl życia, ale europejska degeneracja.
[i]Autor był redaktorem naczelnym tygodnika "Newsweek Polska" i wiceprezesem wydawnictwa Polskapresse. Współpracuje z "Rzeczpospolitą"[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA