fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Media

Prezydencki woal

Paweł Bravo
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
„Polacy to twórczy naród i stać nas nie tylko na Nokię, ale i na Google i Mercedesa. Takich rzeczy chciałbym“ – Rafał Dutkiewicz w wywiadzie dla „Polski“ śmiało kreśli horyzont, choć spora część rozmowy jest poświęcona właśnie temu, że już dawno PO pogoniła go z dużej polityki z powrotem do Wrocławia, gdzie „robi najlepsze miasto w Polsce“ - a więc międlenie nic nie znaczących porównań nie jest mu konieczne do żadnej kampanii.
Czytelnik ma jeszcze okazję poczytać refleksje, że „nie da się tak łatwo sklasyfikować ludzkich poglądów“ (to o jego nieudanej współpracy z jednoznacznie konserwatywną Polską XXI). Oto Dutkiewicz chce połączyć ogień z wodą, a mianowicie: „żeby Polacy chodzili w niedzielę do kościoła, ale też żeby mieli szerokopasmowy internet“. Szybkie łącze jako symbol laicyzacji? Sam do kościoła nie chodzę i mam tzw. broadband, ale jakoś nie odnajduję się w pokrętnej logice Dutkiewicza. Jego pogląd w sumie jest bliski przekonaniu Jarosława Kaczyńskiego, że internauci to tacy, co tylko piwko i pornosy, czyli nihilizm w wersji domowej.
[wyimek][b][link=http://blog.rp.pl/pawelbravo/2010/02/13/prezydencki-woal/]skomentuj na blogu[/link][/b][/wyimek]
Mnie najbardziej ujęło obrazowe ujęcie awansu, jakiego doznała nasza elita polityczna przez 20 lat. „Na początku lat 90. Grzesiu [nie muszę chyba uzupełniać nazwiska, we Wrocławiu jest tylko jeden Grzesiu] mnie odebrał z lotniska, jechaliśmy do niego do domu, kupiliśmy majonez (…) i sok pomarańczowy. Grzesiek powiedział: ja bym kiedyś chciał być taki bogaty, żebym mógł zawsze pić sok pomarańczowy na śniadanie. Bo te kartonowe soki były drogie, wszyscy mniej zarabialiśmy“. Sok pomarańczowy to już nie problem, za to powrót z lotniska jak za czasów cytronety. Zamiast gadać, że „chciałby Google’a“ Dutkiewicz mógłby zechcieć usprawnić połączenie transportem publicznym lotniska ze swoim miastem. Nie na każdego, kto przylatuje aeroplanem, czeka tam w samochodzie przyszły prezydent.
Na pytanie o ambicje ogólnokrajowe słyszymy o „zawoalowaych ofertach kolegów z PO“, które „są tak bardzo zawoalowane, że nie wiem“. Nieco tylko mniej ścisły woal spowija realnych pretendentów do prezydentury, czego dowodem bardzo „fusowe“ teksty czołowych publicystów „Polski“ Piotra Zaremby i Michała Karnowskiego. Obaj podjęli się odpowiedzi: Komorowski czy Kaczyński i dlaczego akurat ten a nie drugi? Zaremba lekko przychyla się do Komorowskiego (zastrzegając, że nie „angażuje się emocjonalnie“), uznając, że jako stabilniejszy lepiej wytrzyma bardzo jednak zmienną kampanię a potem będzie bardziej przewidywalnym partnerem dla premiera Tuska.
Dla Karnowskiego życiowe doświadczenie i przewidywalność obecnego marszałka to raczej minus, a w ogólnonarodowym konkursie o „pałac z żyrandolem“ potrzeba mieć „jasną ofertę polityczną“, którą Sikorski wedle tego autora ma. W obu tekstach publicyści mieszają dwa porządki – cechy i przymioty przydatne z punktu widzenia Tuska i szeregowców PO, oraz atuty prowadzące do wygranej w wyborach powszechnych i dobrze sprawowanej prezydentury. A to dlatego, że po raz pierwszy mamy do czynienia z czymś na kształt prawdziwych prawyborów – tzn. realnej, nie do końca „ustawionej w drugim pokoju“ konkurencji o partyjną nominację do startu i prawie pewnego zwycięstwa w wyborach powszecnych. Dla odróżnienia od amerykańskich „prawdziwych“ prawyborów Karnowski używa wprowadzonego chyba przez spin doktorów PO słownego potworka: „preelekcja“. Brzmi ohydnie, ale cóż, tu na razie jest ściernisko.
„Wyborcza“ dwukrotnie odwraca w tę sobotę kota ogonem, dając zarazem ciekawy materiał do lektury. Pierwszy raz, gdy dokładnie opisuje świeżo zakończoną gehennę krakowskich biznesmenów zgnojonych w 2003-4 przez prokuraturę (oraz pokrewne historie np. Romana Kluski). Warto przeczytać dokładny opis mechanizmu, w którym nierzetelny (delikatnie mówiąc) prokurator jest w stanie udławić ambitnych, działających śmiało ale w granicach uczciwości i prawa przedsiębiorców. Szczególnie gorzko brzmi uwaga, że dwaj główni bohaterowie tekstu nie poszli (w przeciwieństwie do współoskarżonych) na żadne zgniłe deale z prokuraturą, bo jako byli działacze opozycji zdążyli za komuny się otrzaskać z więzieniem i zastraszaniem przez funkcjonariuszy. „Nie spodziewałem się, że już niedługo polskie państwo – wolne, niepodległe i demokratyczne – może być głownym przeciwnikiem polskich firm. I to przeciwnikiem, który dosłownie rzuca się do gardła swoich ofiar (…) z brutalnością ktora wcześniej znana była w gospodarkach krajow położonych bardziej na wschód“ – stwierdził jeden z biznesmenów.
Dobry, wartko napisany tekst… i tylko szkoda, że tę historię dziejącą się pod dawnymi rządami SLD „Wyborcza“ wciska czytelnikom z dwukrotnie podbitym morałem – że to dowód na ekscesy działań antykorupcyjnych – czyli na pohybel CBA. „Bananowa republika? Latynoska junta? Nie, Kraków, Polska 2010“ podkreśla Jarosław Kurski w komentarzu na drugiej stronie. Otóż nie. Wcale nie Polska 2010, lecz Polska 2003-5. Nie każda historia nadużyć prokuratorskiej władzy w walce z biznesem nada się na bicz na Mariusza Kamińskiego.
Druga okazja, żeby podgryźć CBA, trafiła się w tę sobotę przy okazji skądinąd ciekawej historii o urządzaniu w Muzeum Powstania Warszawskiego uroczystości zaprzysięgania funkcjonariuszy różnych służb widnych, tajnych i dwu-płciowych. „Tomek Podrywacz i Antek Rozpylacz“ – zatytułował tekst Paweł Smoleński i od razu wiemy z kogo mamy się pośmiać, chociaż autor dochował staranności i wymienia wiele różnych służb, które przysięgają pod makietą Liberatora a przede wszystkim wskazuje na okres rządów lewicy i na ABW pod Andrzejem Barcikowskim jako na źródło nowej tradycji.
Autor daje się wypowiedzieć dyrektorowi Muzeum, który zapewnia, że są granice, w których jego placówka może służyć na użytek podmiotów „zewnętrznych“, inni rozmówcy w sumie zgadzają się, że pomysł nie jest taki absurdalny, bo lepiej, aby np. ABW szła przysięgać do muzeum, a nie do starej sali im. Feliksa Edmundowicza, a wszelka służba państwowa ma prawo do swego ceremoniału. No, chyba że to jest CBA i wtedy to jest „ślubowanie tajniaków“, z którego można sobie tylko robić jaja, w czym pomaga mniej rozrechotanym czytelnikom Marek Piwowski. Sam mam dystans do celebrowania ducha służbistości zarówno mundurowej jak i utajnionej, ale przecież nikt nie każe ani mi, ani Smoleńskiemu się przyglądać rytuałom. To przecież tylko „teatrum“ (termin użyty w tekście przez Magadalenę Środę), co to komu szkodzi? Ale większy problem z tym tekstem to takie rozpisanie historii o ceremoniach wielu podmiotów, żeby na koniec zostało wrażenie, że szalony Mario piętnuje swoje falangi krwią powstańców.
Obiecywałem sobie jeszcze, że opowiem szczegółowo o liście ministra Michała Boniego do „drogiego Witka“ Gadomskiego w „Wyborczej“ i wywiadzie, jakiego tenże Boni udzielił wespół z minister Bieńkowską w „Polsce“. Miało być o zmienianiu Polski drogą małych kroków – już za chwilę, bo „strategia matka jest już właściwie gotowa“ a także „kalendarz realizacyjny“ z „punktami na osi czasu“, jest też „plan rozwoju i konsolidacji finansow oraz aktualizacji planu konwergencji“ oraz „alfabet reform“ i w ogóle wszystko zaraz będzie, tylko nie popędzać. A jak padają jakieś konkrety, to człowiek nie wie, gdzie oczy podziać. Np. wzór młodych Polaków, „silniejszej generacji“ to rodzeństwo z filmu „Sztuczki“ (czyli: dziewczyna tyrająca na zmywaku w podłym barze, której szanse na posadę sekretarki wynikają z tego, że wpadła w oko włoskiemu właścicielowi biznesu). Pan minister jest chyba zbyt zajęty żeby dokładnie pamiętać filmy, a ja już nie mam siły mu towarzyszyć w tych szybowaniu gdzieś między konsultancką gadką-szmatką a przemówieniami Gomułki, niby pełnymi danych o walcowaniu stali, a tak cudownie odklejonymi od świata.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA