fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sporty zimowe

Lekkie leci dalej, czyli głód skoków

Martin Schmitt
AFP
Martin Schmitt mówi, że odchudzanie zniszczyło mu ciało i duszę. Gdy Janne Ahonen opowiada o dietach, cierpnie skóra. FIS w nowym sezonie znów zaostrzy przepisy o wadze skoczków
Od dawna czuł się zmęczony, a podczas Turnieju Czterech Skoczni problemem stało się już nawet wskakiwanie na ramiona trenera podczas tzw. imitacji. Był ospały, a nie mógł zasnąć. Zajmował dalekie miejsca. Po badaniu krwi okazało się, że Martin Schmitt w ogóle nie powinien na razie skakać. [wyimek][b]Więcej o kulisach sportu - czytaj [link=http://www.rp.pl/temat/350599.html]Przewrotkę[/link][/b][/wyimek]
Niemcy wycofali go z ostatnich konkursów na Kulm, wielokrotny mistrz świata dostał czas, by odnaleźć formę i radość z tego co robi. - Wyniszczyły mnie lata pilnowania wagi - mówi Schmitt, który mimo 32 lat wciąż ma chłopięcą sylwetkę. Ale twarz coraz bardziej zniszczoną.
Austriak Arthur Pauli, rówieśnik Gregora Schlierenzauera, kiedyś skakał razem z nim w Pucharze Świata, teraz zagubił się w konkursach niższej rangi.
- Szydełkuję, żeby odciągnąć myśli od jedzenia. Zrobiłem już dziesięć czapek - opowiadał niedawno w jednym z wywiadów. Janne Ahonen w swojej biografii "Kuningaskotka" opisał diety jakie stosuje przed początkiem każdego sezonu. Rano chudy jogurt i müsli, na obiad nic, wieczorem chudy jogurt i müsli. Do tego tabletka na spalanie tłuszczu i napój energetyczny, żeby nie paść. Wszystkiego nie więcej niż 200 kalorii dziennie. I tak przez trzy tygodnie, żeby z wagi ponad 70 kg dojść do 64-65, optymalnej dla Ahonena. A do tego oczywiście kawa i papierosy, para znana niektórym skoczkom lepiej niż bułka z bananem.
To nie są wspomnienia z dawnych czasów. Kiedyś - siedem, osiem lat temu - było jeszcze gorzej. Gdy Finów trenował Mika Kojonkoski, odchudzanie było religią. Ahonen wspomina, że w oficjalnych danych zawsze zawyżali sobie wagę, bo trener o to prosił. A głodzili się tak, że Matti Hautamaeki mało nie zemdlał na odprawie podczas igrzysk w Salt Lake City w 2002. Żeby dojść do siebie, wziął sobie pączka. Ale zanim go ugryzł, czyjaś ręka złapała jego rękę i zabrała pączek. To był Kojonkoski. Fiński trener po tych igrzyskach przeniósł się do norweskiej kadry i zaczął tam odchudzać i wygrywać.
Franka Löfflera wyrzucono z niemieckiej kadry, bo nie chciał się odchudzić do wyznaczonego limitu. Symbolem ówczesnego szaleństwa stał się Sven Hannawald, latająca skóra i kości. A najczęściej powtarzanym hasłem: lekkie leci dalej. O problemie mówiło się głośno jeszcze zanim Hannawald wycofał się ze skakania wiosną 2004, wycieńczony i w depresji.
Pięć lat temu Międzynarodowa Federacja Narciarska powiedziała dość i zmieniła przepisy, by zatrzymać zabawę w latawce. Kiedyś dozwolona długość nart zależała tylko od wzrostu. Teraz jeśli ktoś waży mniej niż wskazuje mu tzw. indeks masy ciała (wzorcowe BMI, czyli waga podzielona przez wzrost podniesiony do kwadratu, ma wynosić 20 u skoczka ważonego w kasku, kombinezonie i butach), musi skracać narty i przez to zmniejsza swoją powierzchnię nośną w locie.
- Na początku zadziałało, wszyscy przytyli - mówi "Rz" Łukasz Kruczek, trener polskiej kadry. - Ale fiński naukowiec Mikko Virmavirta zbadał, że narta krótsza o centymetr skraca lot o metr. A dodatkowy kilogram - o dwa metry. I każdy sobie policzył, że jednak lepiej zbijać kilogramy i mieć krótsze narty. Ale przynajmniej nie ma już takich ekstremalnych przypadków jak kiedyś Sven Hannawald. A ryzykanci gotowi poświęcić zdrowie zawsze się trafią - mówi Kruczek.
Czasami są to ryzykanci, a czasami tacy skoczkowie jak Schmitt, uwięzieni w pułapce coraz mniejszych możliwości i ciągle tak samo wysokich oczekiwań kibiców i sponsorów. - Gdybym ważył trzy kilo więcej, lądowałbym sześć metrów bliżej. A takiej straty żaden skoczek świata nie odrobi, trzeba być konkurencyjnym pod każdym względem, wagi również - tłumaczy Niemiec.
- Skoki zawsze były i będą walką z kilogramami, chodzi tylko o umiar. Pierwszy wentyl bezpieczeństwa to samopoczucie zawodnika. Organizm ma swoje bariery, nie można zejść za nisko z wagą, bo to da efekt na kilka startów, ale nie na długim dystansie. Największy problem mają ci tężsi z natury, którzy szukają szybkiego efektu i cudownych recept.
Ahonen za kolejną dietę zapłacił niedawno chorobą, bo zrzucanie kilku kilogramów trzeba zaplanować na rok, a nie miesiąc - mówi Kruczek. Austriacy, dzisiejsi władcy skoków, uczą swoich zawodników od najmłodszego, indywidualnie, jak trzymać organizm w ryzach. Żeby unikać szybkich drastycznych diet, bo takie są najgorsze dla psychiki.
W polskiej drużynie problemu ryzykownego głodzenia się nigdy nie było. Adam Małysz mieści się w limitach bez problemu, Kamil Stoch ma wręcz kłopot, by przytyć do wymaganego BMI i skacze na krótszych nartach. - Podczas przerwy wiosennej wszyscy skoczkowie tyją, a Kamil wraca lżejszy niż był - śmieje się Kruczek.
Od następnego sezonu Stoch będzie musiał skrócić narty jeszcze bardziej. BMI zostaje podniesione o 0,5, do 20,5. - Nie wiem, czy tędy droga. Dla mnie ta reguła jest nieco sztuczna - mówi Kruczek. - BMI upośledza takich skoczków jak Kamil, urodzonych do latania, a nie rozwiązuje do końca problemu. Jeśli chodzi w tym wszystkim o zdrowie, to może o tym kto ma dobrą wagę, a kto nie, niech decyduje lekarz?
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA