fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Biznes

Ropa mniej polityczna

Ropociąg ma newralgiczne znaczenie nie tylko dla Polski. To najtańsza trasa przesyłu ropy. Każda przerwa w dostawach, nawet krótkotrwała, powoduje problemy.
Rzeczpospolita
Naftowy spór Rosji z sąsiadami mniej groźny dla Polski niż gazowy
Polska jest znacznie lepiej przygotowana do kryzysu naftowego niż gazowego. W obu krajowych rafineriach informacje o zakręceniu w Nowy Rok kurka z rosyjską ropą dla białoruskich firm przyjęto z wyjątkowym spokojem. Choć przez Białoruś właśnie tzw. północną nitką ropociągu Przyjaźń płynie surowiec do Polski, a przez nasz kraj też tranzytem do Niemiec.
Tak w Orlenie, jak i Lotosie usłyszeliśmy, że nawet jeśli Rosjanie wstrzymaliby dostawy Przyjaźnią, to rafinerie w Płocku i Gdańsku będą miały surowiec do produkcji paliwa. – Mamy zabezpieczone dostawy ropy drogą morską poprzez Naftoport – przekonuje „Rz” prezes Lotosu Paweł Olechnowicz. – Kilka tygodni temu zawarliśmy też specjalną umowę z norweskim koncernem Statoil na dodatkowy, szybki import surowca, właśnie w przypadku zatrzymania Przyjaźni. Poza tym w kontraktach wieloletnich zapisaliśmy gwarancje, że jeżeli z rurociągiem będą jakiekolwiek problemy, to nasi dostawcy prześlą ropę statkami.
Takie same zapisy w nowo zawartych wieloletnich umowach na import ropy ma PKN Orlen. Tak w jednym, jak i drugim przypadku koszty zmiany drogi transportu obciążą dostawców, a nie polskie firmy.
Nawet gdyby organizacja dostaw drogą morską potrwała kilka dni, to i tak polskie rafinerie mają zapasy, tzw. rezerwy operacyjne, a poza tym Polska – jak każdy kraj unijny – jest zobowiązana do zgromadzenia zapasów obowiązkowych ropy i paliwa. Nasz kraj jest też dodatkowo chroniony jako członek Międzynarodowej Agencji Energetycznej. MAE gwarantuje pomoc w kryzysie i organizację awaryjnych dostaw ropy lub gotowego paliwa.
W znacznie gorszej sytuacji gdy chodzi o zaopatrzenie w gaz jest Polska. Choć uzależnienie kraju od importu tego surowca wynosi „tylko” ok. 70 proc., w przypadku ropy – ok. 95 proc.
Problemem jest brak dodatkowych dróg dostaw gazu, większość importowanego surowca trafia przez Ukrainę i Białoruś z Rosji. Dostawy drogą morską są niemożliwe, póki nie powstanie gazoport w Świnoujściu (ma być gotowy w połowie 2014 r.). Dlatego Polska zawsze boleśnie odczuwa skutki konfliktów: czy to o ceny gazu między Rosją a Ukrainą, jak to miało miejsce rok temu, czy też spory na linii Mińsk – Moskwa w 2004 r. Za każdym razem gazu z importu brakowało, a nawet wszelkie próby wykorzystania rurociągu tranzytowego Jamał, biegnącego przez Polskę do Niemiec, też kończyły się fiaskiem. Korzystające z tej drogi transportu Niemcy czy Francja nie mogły nam go „odstąpić” bez zgody Rosji. A o tę zgodę było wyjątkowo trudno.
Obecnie mimo mrozów nie ma problemów z dostawami dla wszystkich odbiorców. Ale dzieje się tak tylko dlatego, że Rosjanie wykazali dobrą wolę i ślą do Polski o ok. 20 proc. więcej gazu, niż by to wynikało z obowiązującego kontraktu.
[ramka][srodtytul]Powracające kryzysy[/srodtytul]
Problemy Rosji z głównymi krajami tranzytu surowców, czyli Ukrainą i Białorusią, zdarzają się co roku. Zwykle kończą się zakręceniem gazowego lub naftowego kurka. Potem strony wzajemnie się oskarżają o spowodowanie kryzysu, który najczęściej uderza też w kraje Unii. Bruksela oferuje mediację i apeluje o wznowienie dostaw – to stały scenariusz. A gdy już jest po wszystkim, Rosja przekonuje, że niezbędne są nowe drogi dostaw surowców.[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA